psychiatra nikomu

psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
nie do oderwania od szczęścia
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
panna młoda w rogu sali jeszcze
śpiewa zabita pluskiewką
obraduje
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
korniszon
karaluch
do wygniatania marzeń
karawan
człowiek nie do oderwania od smyczy
mandolina zamiast wiosny
klapki
tunel
następne jest portofino?
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
żadnego teraz żadnego nigdy
tenorem
spleśniała
światła krwią
szympanse przeglądają się w oknach
któremu stadu się kłaniasz?
kura lepka kangur przewrócony władza drań
z ręką na sercu
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
olej na płótnie
stąpa
dotyka
flanela
z nadzieją zaślinione
podrapana
wagonów
życie to nic z tych rzeczy
krwią
zemdlał
czarna cykada chwyta się gałęzi
plemeniem
w kropli
rzesza wyjątek
albo postać nieważna
pięknie się wije
niepodłączony
od zarania
na odludnej wyspie
na połamanym krześle
jakie pytanie taka krew
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dziś to baśń bez dna
obdarty
policjant tęskni rzeczy jedzą
źle wbite
po dwóch sekundach
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie otyle
pięknieje
jeż czyha w zakonie
ja to nikt w liczbie mnogiej
taka jest sprawiedliwość
dzida
425 mln lat temu
armata
jeż
świat nie do oderwania od wzroku
nim się pojawi
w czerwonej pieczarze
noc o krok do zatopienia
masło się stara
wyzwolony
porcelanowa strzelanina
pyskaty
chodziłam po tamtym świecie
czas się w nas umówił z nikim
przemieszcza się kura olbrzyma
koniec przebiega najpierw
i drobne konkrementy żółciowe
krótkochwiły
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
sól drgnęła mielony zawadził
w czasie wytrysku
piracki balkon żąda pilota
i brak obojczyka
o niej chmarzy ziemia
drzewo bez kapelusza
potem dziecko jest już tylko na części
nienastrojony
rakietą
do mądrości się przytrafia
w pomidorowej
temu winien
paryżanka
tramwajem zarosłe
o krok
ogromnieje do joktotaktu
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
plemniki dojrzewają w najądrzach
piłkarzy chorych na aids
z gzymsu odpadłe
jej ciało oplatają węże
w każdej postaci
agrest pada
kochanek
obłok płynie utonąć
albo postać na niebie
inną postać tli się
borówką
przenika wtędy
drapieżny zemdlał tygrys
ptak się kończy
światła
drzewa
olbrzyma
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
człowiek jest tym którym nie chce być
leżał owad w locie
mapa bez środka
z nor
mowa ciała sekunda
bóg nie do oderwania od wszy
ubolewa
wygrywa ten kto głębiej zapomina
nerwicy
pęknięty
błądzi
w jamie otrzewnej
zdziwiony
olbrzymia broda torpedą
w postaci ulewy
chuj odziedziczył naród
najeżony
kosmos ma miejsce w lupie
kominiarz
torpedą
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w milczenie zawinięte
w naczyniu
murzyn ma wiadro sylaby
biegnie
kangur
jest nierozsłowny widnokrąg
a pan daleko?
tonie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kardynał sztucznych tulipanów
pokrzywie dłoń wyrasta
głaz
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
szaleniec
nieśmiały w studni szklany stój
w przybliżeniu nieistniejące
brzmi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
żyrafy
ciemniejący w światło
w miłości skulone
wzgórza
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
o ośmiu wargach
włóczka podwórek
ujada
rybą
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
wyje
ma sześć ramion
z niegojącą się raną pachwiny
pauzą dotknięte
deszcz korbką malowany
obywatele istnieją by służyć państwu
brzegiem i krwią
srebrnokulawy
bez oczu
sprężyna
olbrzymia
przerywa
otyłe
kura
wiadro
w porządku własnym
wyrasta
ślepym podarowane
kto zdechnie wcześniej?
osioł zbankrutowanym kotem
paznokieć
oby bozia dał
morze karłów przewozi oliwa
zawsze nas coś omija
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kakao
siekierą
wiatr ma tytuł czapka
puszczyk zanurza się śniegu
patelnia wyglądająca jak żywa
szczerze
w swetrze
papieża
wypełniony treścią ropną
drapieżny
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
zagląda matce pod majtki
w półmroku
twarzą ostemplowany
pośród lodów arktyki
skalpelem tajfun uważa na schodach
sąsiad
jacht
kalarepa
w pluszowej oddali
chuj
sól
do mszy
lufcikiem
jak ślepy jest ten ślub
jedno jest pewne
mydło
pyskaty krucyfiks
statek
proboszczem
stąd że nie ma żadnego stąd
w powiększeniu
nie do oderwania od śmierci
huśtawka
jak gęsty bywa
we śnie
na wardze
albo postać połamana
pędzi
jest są
ząb proroczy wypada głaz
proszę zamknąć oczy gitarze
w przebraniu
55 milionów lat świetlnych od nas
policjant
w locie
w banku
piwnica
david attenborough poświadcza
wyprostowany bez odpowiedzi
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
jego wysokość
głowa bez tacy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
zręcznie
dziecko i narośl
skalpelem
krążąc wokół ziemi
jest są bogiem zwyczajnie
nieziemskiej urody
każdy się rodzi we własnej przepaści
łotr na apostole uchylając powiekę
armata czerwony poplątał zupę zielony
igła w oko puka
drogą polna
często uderzają w wysokie samotne obiekty
czereśnie z tłumanami
w drodze do po nic
ciepły
but cebulowy nerwicy
potrząsa
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w postaci rosy
albo postać do góry nogami
melania trump odwiedza sierociniec
harfa
otoczony przez mywyje
albo postać już niepotrzebna
kaleka
w neuronalnym metrze
w podróży
dziurawy
mydliny
krowa
ojciec bez froterki
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w garażu
wagonów widelec w pobliżu błądzi
wandale podlewają kwiatki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
plują
ze słoniną na oczach
otwór
zadziorna brzoza w miniówie
w studni
w szyfonowej sukni
okɔliczności
kominiarz bez ćwierci
karaluch ciepły jabłkowy
udręka
w kolorze ukrytym
sedno bez izolacji
pokrywka w bażancie stuka
kotem
ambitna
koza spoglądajaca na drzewo
kwiaty plują
na odwrót otulona
w lustrze
z paniką
poranek
albo postać rozlana
szpak w puszce wieczór nietknięty
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
szklany
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wnikliwa
w zakonie
larwa plemeniem podrapana
praca czyni kopią
gumowy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
wiosłują
naprawdę istnieją tylko mniemania
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
smród to marka gówna uśmiech człowieka
otyle
słoń na druty tyje
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
czym zbierać czas?
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
grad
sława
nietknięty
odra zabiła matkę
o prawidłowej echostrukturze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
pilota
na schodach
głęboka
pokrywka
sylaby
wygląda ze smoczej jamy
mielony
w podmiejskiej kolejce
tajfun
a ty do której masarni należysz?
czyha
zaśnieżonych
wieczność rozpryskujące
cebulowy
odciskiem w duszy
ciemny
jabłonki
gigantyczny
kobra
kropla przerywa węgorza
dziurawy fortepian widzi
okazało się że to prawda
zawadził
fiołkowy
w nigdy umorusana
rycerz na koninie
na stertę
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
okryte potłuczonym obrazem
w rzeczywistości
chciałabym umrzeć
do straszenia umarłych
na tylnych łapach
widelec
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
osioł
przebiega
w galaretce rozsiadłe
snu muszlo nasza
igła
również wystaje z każdej rzeczy
zaciska oczu kleszcze
wartość tuczna i rzeźna
z paniką kroczy karawan
głód bez kolców
daleko mu do spiewu płetwali
prześcieradło się po nim lepi
nacina
na południowy wschód od vöru
przez cały listopad
znalazły dziewczynkę
nie do oderwania od wzroku
strumień lawy pochłania wszystko
bez kolców
nie do oderwania od mroku
w masarni
piła olbrzyma weryfikuje
czarne plamki na liściach klonowych
drabina opiera się o ścianę
bez parasola
mgłą
łopatą rozdzielone
porcje rozychylają się porcjom
głaz bezgłowego pilota szkoli
tygrys
proroczy
konduktor
idiota wyje pomidory
lotnisko
w hordzie
wślizguje się
kochanka
nie do oderwania od pustki
słowa wdychają się przez inne
zjełczały
sarna spotyka sarnę
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
alpinista
w nosie
sową
idiota
piach rozkwita
pająk
truchleje
ręka sunie po udzie
alpinista w futrze na antenie
zadziorna
atleta gotowy na raka klapki
gryzie
samowściekłe
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
pod wpływem oczywistego cudu
zakręca
spadł w jej paszczę
mucha
rywal wkłada tunel
o wieczność się napotyka
po chwili grząskie
biegnie przez grząski jesienny las
powraca
udaje
a początek nie ma końca
płonie
byk
szyja inwazji krocze
bagnista ujada rzęsa
nie wiadomo po co
kobra nacina przyjęcie
umiejscowiona w gruczołach potowych
żmija
tako rzeczą czamorro
dotyk inne mamiątki
jałowy
miękka
dzwonnica bez kałuży
do zatopienia
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
stuka
człowiek służy też do podlewania ziemi
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
pokryte meszkiem
jabłonki wychodzą z nor
klacz
sobą pomazane
to najlepsza ochrona przed zarazą
szczebiota mięso
wiatr
zwykle pod nosem lub na wardze
w lektyce chwili
małpa śpiewającą na drzewie
spadzisty poranek
i wę że
jak wyglądało prawdziwe życie
kreda rozpala warzywa
na ludzi zakłada wnyki
między muzyką a mózgiem
albo postać odwrócona
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
w łydkę ugryzione
w puszce
ciało ma postać stróżki
to ślep stróż
uważa
czapka
cytat nakręca mydło
wspina się na chwilę
snu
w cenie
aorta brzuszna nieposzerzona
w wylęgarni
zawiedziony
w wilczurze
potwór przysięga obsesji
wczesnopierzasta
wysmukła
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w postaci zakrzepów
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
noc
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
bananów
nieruchomo
szczudeł tupot
tęskni
szpak
jest są bogiem
przyjęcie
na trzecim piętrze
jamnik tenorem urzędu
sunie
bagnista
kroczy
cyna pościeli
ja do rzeźni jadę
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
gdy pęcherzyk graafa pęknie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
roztwór
domysłem świat świeci
albo postać nieprzewidziana
dialekt dzierżawi rolnika
wchodzi
na antenie
poduszka bez falochronu
w postaci krzywej
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
zdolne do niewysuwania wniosków
w gardle
musisz to zobaczyć
pomidory
ukłony
w kropce dojrzewające
w wylęgarni kwiaty plują
przecięta
pomachajcie tatusiowi
z mułu wychodzą tysiące
za miastem
cukierek robotnikowi pieskiem
z turkusowym kamieniem
krzyk zarasta bulwary
po północnej stronie krateru schröter
chwiliwarta
szczur
u którego lęku mieszkasz?
obłok
moknie dziewczęca drużyna
krokodyl
nurek składany nikomu
w futrze
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
rozsypane
fryzura bez kierowcy
obsesji
zamazana
głęboka żmija
blizna dokonuje osoby
marszałek
gdzie jest dżem?
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
przewrócony
rekin
w obcisłej spódnicy
nagi bez klucza
stado ze słoniną na oczach
i inne niepodobne
modlitwą nażarte
stopa bez kaleki
albo postać porzucona
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w domu schadzek
dłuto autobusu
tuńczyk
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
wilgotna
w miniówie
to kruchość jest złotem
są światła widzialne i nie
śnieg wymiotuje
jak to się stało
węgorza
głód
parasol
nienasmarowane
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
przemieszcza się
oczodołami
larwa
chmura
pieskiem
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
przysięga
jest taki pociąg dlaczego
i szczypiące trawę jelenie
burzy się jagnię zapina szelki
w kiełbasie
taczka do włosów
blizna
wydają się ślepo przecinać niebo
w klatce
do góry nogami
rzęsa
trzustka prawidłowej wielkości
księżyc zgasło
jakie to piękne!
gorliwa
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
muskularny zad
w ubiegłej osobie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu