biegnie kuzynka

biegnie
w studni
mydliny
oczodołami
w kiełbasie
jest nierozsłowny widnokrąg
ujada
cytat
kura lepka kangur przewrócony władza drań
światła krwią
wydają się ślepo przecinać niebo
otyłe
obskurny
w porządku własnym
dłuto autobusu
na trzecim piętrze
szaleniec
anonim
w swetrze
jamnik tenorem urzędu
drgnęła
pokrzywie dłoń wyrasta
ciepły
pyskaty
w popłochu
kangur
~ mansarda
w pobliżu
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w nosie
wślizguje się
klacz
snu
igła
obsesji
albo postać nieważna
rzeka
w gumowej
noc o krok do zatopienia
dzikie
wchodzi
zemdlał
weryfikuje
błądzi
zwleka
wiatr
przemieszcza się kura olbrzyma
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
zagląda matce pod majtki
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
strumień lawy pochłania wszystko
wilgotna
papieża
w półmroku
oby bozia dał
płonie
powtarzając trzy razy
samotne
człowiek służy też do podlewania ziemi
w powabnej szesnastce
bez postaci
przyjęcie
kochanka
obejdzie się
osioł
okrąża
powodzi
leżał
paryżanka
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
na raka
rywal wkłada tunel
o niej chmarzy ziemia
albo postać rozlana
we śnie
jeż
pyskaty krucyfiks
kakao
jakie pytanie taka krew
~ ściana
porywa
rzęsa
bezgłowego
jedzą
na połamanym krześle
policjant
z paniką
umiejscowiona w gruczołach potowych
kobra
otwór
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
gorliwa
w futrze
aorta brzuszna nieposzerzona
w lektyce chwili
odciskiem w duszy
bez śmierci
stosuje
snu muszlo nasza
szympanse przeglądają się w oknach
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wyjada
okɔliczności
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
blizna
w lustrze
w locie
poduszki otwór
tuńczyk
pilota
wnikliwa
za miastem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sławny
plemeniem
korniszon
na odludnej wyspie
rozlana
wę że urwane
wyprostowany bez odpowiedzi
jego kolec
krawędź wypowiada się o niedzieli
uważa
do mszy
proboszczem
jej ciało oplatają węże
szczurowi
do góry nogami
jest są
milczenie
bez karalucha
tajfun
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ciemny
z mułu wychodzą tysiące
wzgórza
zadziorna
przypadkiem
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
plakat
wagonów
pomidory
żąda opowieści
rekin
nacina
smród to marka gówna uśmiech człowieka
wełnę
but cebulowy nerwicy
w klatce czyha
brzęku
krowa
brzegiem i krwią
z paniką kroczy karawan
w naczyniu
krwią
okazało się że to prawda
w postaci zakrzepów
ze słoniną na oczach
bez kolców
na niebie
paznokieć
melania trump odwiedza sierociniec
bez warkocza
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nagi bez klucza
rycerz na koninie
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
warzywa
murzyn ma wiadro sylaby
w kolorze ukrytym
mapa bez środka
ambitna
makulatury
zakręca
obraduje
dziecko i narośl
kalarepa
mowa ciała sekunda
wczesnopierzasta
drzewa
torpedą
sową
krokodyl
ubolewa
tonie
idiota wyje pomidory
cukierek
mydło
w banku
nieśmiały w studni szklany stój
mówi się do niego
ciemniejący w światło
rzesza wyjątek
pustkę uzupełnia się wiekiem
obłok
z niepowtarzalnym
o krok
proszę zamknąć oczy
zwykle pod nosem lub na wardze
kwiaty plują
gumowy
głód bez kolców
wartość tuczna i rzeźna
sunie
jacht
gigantyczny
księżyc zgasło
sąsiad
kropla
znalazły dziewczynkę
cukierek robotnikowi pieskiem
w magiczny sposób
sława
stąpa
przy małej pomocy wiewórek
przesuwa się
często uderzają w wysokie samotne obiekty
ptak się kończy
jak wyglądało prawdziwe życie
głaz bezgłowego pilota szkoli
słoń na druty tyje
są światła widzialne i nie
czereśnie z tłumanami
morze karłów przewozi oliwa
rozsypane
kreda
armata
zjełczały
potrząsa
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ząb
karaluch ciepły jabłkowy
larwa plemeniem podrapana
czym zbierać czas?
kuzynka w cenie poduszki otwór
pięknieje szczur przenika rzadki w przybliżeniu waniliowy wiatr sprzedaje polany
jak gęsty bywa
w końcu na scięcie przychodzi zima
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
głaz
bluzka
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
idzie wzdłuż płotu
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
bez parasola
jedno jest pewne
bagnista ujada rzęsa
chleb
stój
to ślep stróż
sarna spotyka sarnę
w podróży
i drobne konkrementy żółciowe
moknie dziewczęca drużyna
balkon
zawiedziony
pokryte meszkiem
olbrzyma
albo postać na niebie
żmija
jest są bogiem zwyczajnie
osoby
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
na południowy wschód od vöru
czas się w nas umówił z nikim
nietknięty
spotyka sarnę
dziurawy fortepian widzi
wydarte
fryzura bez kierowcy
od zarania
krzyk zarasta bulwary
cebulowy
karawan
rakietą
dotyka
noc
olbrzymia
w oko
najeżony
czyha
osioł zbankrutowanym kotem
na antenie
plują
jest są bogiem
nurek składany nikomu
kropla przerywa węgorza
blizna dokonuje osoby
plastelina w swej skromności
sprężyna
porcelanowa strzelanina
i brak obojczyka
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
kreda rozpala warzywa
potwór
nadszedł umknęło
nieważna
cytat nakręca mydło
ma tytuł
olbrzymia broda torpedą
daleko mu do spiewu płetwali
chmura
głęboka żmija
puka
wygodny
robaki się nad nimi litują
dzida
czarne plamki na liściach klonowych
o wieczność się napotyka
kochanek
drapieżny zemdlał tygrys
wyrasta
światła
ząb proroczy wypada głaz
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
wagonów widelec w pobliżu błądzi
się mówi
kardynał sztucznych tulipanów
stado ze słoniną na oczach
czapka
żadnego teraz żadnego nigdy
naród gryzie parasol
wielka bryła odrywa się od lodowca
kwiaty
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
miękka
język jak każde żyjątko
leżał owad w locie
lepka
czerwieni
praca czyni kopią
u którego lęku mieszkasz?
proszę zamknąć oczy gitarze
porcelanowa
a pan daleko?
w masarni
wypowiada
brzoza
statek mniejsza o to burza
zdziwiony
kaleka
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
zręcznie
na ludzi zakłada wnyki
brutalnie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
dzbanek ma ucho
siekierą kangur tęskni na trzecim piętrze miękka sprężyna wchodzi
po tamtej stronie wątła
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
gryzie
i coś między nogami
lufcikiem
widok
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
karaluch
w puszce
drzewo bez kapelusza
trwa
idź za nim
fiołkowy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
zapewnia
zielony
nieziemskiej urody
w czasie wytrysku
przemieszcza się
podrapana
poranek
mleczny
pełni
klapki
powraca
w cenie
huśtawka
rozpala
pokój
piach rozkwita
stuka
któremu stadu się kłaniasz?
do zatopienia
zwęglone ciało w rogu lepianki
w miniówie
spadzisty poranek
idiota
gdzie jest dżem?
również wystaje z każdej rzeczy
spisuje
nakręca
świnie bez parasola samotne
kolec
węgorza
ciele oknem
bez stóp
krewnym
roztwór
puszczyk zanurza się śniegu
orgazm
armata czerwony poplątał zupę zielony
udręka
kominiarz
słowa wdychają się przez inne
w kinie
mniejsza o to
biegnie przez grząski jesienny las
w hordzie
tygrys
w szyfonowej sukni
gitarze
potwór przysięga obsesji
spleśniała
parasol
jałowy
masło się stara
w każdym kierunku zamglone
sylaby
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
o ośmiu wargach
kobieta siedzi na łóżku w półmroku
bananów
dialekt dzierżawi rolnika
szczerze
między muzyką a mózgiem
poduszka bez falochronu
ojciec bez froterki
subtelna
mielony
zwęglone
atleta gotowy na raka klapki
z niegojącą się raną pachwiny
albo postać połamana
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w wylęgarni
jamnik
robotnikowi
jabłonki wychodzą z nor
przecinka
zaśnieżonych
obdarty
wkłada
w wilczurze
tako rzeczą czamorro
kura
połamana
stąd że nie ma żadnego stąd
na trąbkę
piła olbrzyma weryfikuje
pomachajcie tatusiowi
srebrnokulawy
wiadro
nieruchomo
zaczyna od odnóg
piwnica
chuj odziedziczył naród
na tylnych łapach
udaje
albo postać porzucona
ciało ma postać stróżki
truchleje
z ręką na sercu
~ klucz
w kropli
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
człowiek jest tym którym nie chce być
tęskni
karmiony głodem
pięknieje
w przebraniu na trąbkę
śnieg wymiotuje
w wylęgarni kwiaty plują
piracki balkon żąda pilota
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
marszałek
przez cały listopad
kosmos ma miejsce w lupie
sedno bez izolacji
w rzeczywistości
~ krzesło
owad
albo postać do góry nogami
odziedziczył
solistą
podłoga
szklany
cuma w ampułce wół stuka sterylny
david attenborough poświadcza
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
pobożny
sól drgnęła mielony zawadził
wiosłują
traktor wyrównuje piasek na plaży
wiatr ma tytuł czapka
szpak
mucha
wdowy
pokrywka
wysmukła
~ okno
nienastrojony
nerwicy
kotem
bagnista
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w garażu
w podmiejskiej kolejce
celebryta
nogi
chodziłam po tamtym świecie
przysięga
bez oczu
pieskiem
ukłony
szkoli
pędzi
do mądrości się przytrafia
ja do rzeźni jadę
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
siekierą
zamazana
albo postać już niepotrzebna
ula i nil
a początek nie ma końca
głód
mgłą
twarzą ostemplowany
trup
w przebraniu
o prawidłowej echostrukturze
w klatce
bezimienny
proroczy
na wardze
zadziorna brzoza w miniówie
głowa bez tacy
drań
widelec
trzustka prawidłowej wielkości
dzwonnica bez kałuży
byk
stado
plemniki dojrzewają w najądrzach
murzyn
potem dziecko jest już tylko na części
żyrafy
grad
obłok bez śmierci
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
zaciska oczu kleszcze
skalpelem
pokrywka w bażancie stuka
borówką
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
brzmi
w zakonie
tenorem
lotnisko
i islandzkie wulkanów koraliki
albo postać nieprzewidziana
zdolne do niewysuwania wniosków
koniec przebiega najpierw
frytki
wandale podlewają kwiatki
jacht zamieszany w banku
atleta
zupę
dlatego świat się ulatnia
pieśń bez rękawa
larwa
dentysta
~ ucieczka
kobra nacina przyjęcie
alpinista
stygnie
cichy
rybą
naród
wiązki nikomu
na kocią łapę
z nor
zamieszany
i szczypiące trawę jelenie
wygrywa ten kto głębiej zapomina
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
szczur
każdy się rodzi we własnej przepaści
drabina opiera się o ścianę
przecięta
po dwóch sekundach
ręka sunie po udzie
broda
stopa bez kaleki
zawadził
taczka do włosów
skalpelem tajfun uważa na schodach
piach bez stóp ślepnie
ja to nikt w liczbie mnogiej
temu winien
pustka
wyzwolony
z turkusowym kamieniem
fortepian
wstyd
dziś to baśń bez dna
wyje
czerwony
niepodłączony
na stertę
albo postać odwrócona
jabłonki
zamęt obła opoka
pęknięty
jego wysokość
statek
otwiera usta
pośród lodów arktyki
dziurawy
jest taki pociąg dlaczego
sól
urwane oko
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
cichy windą wypada lotnisko w studni cukierek
fotografuje
muskularny zad
przebiega
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pająk
wypełniony treścią ropną
odra zabiła matkę
szpak w puszce wieczór nietknięty
unoszą się
igła w oko puka
kuzynka
policjant tęskni rzeczy jedzą
á rak morfki gęfto w koło
świnie
drapieżny
kominiarz bez ćwierci
wyprostowany
przerywa
zamawia
szczebiota mięso
alpinista w futrze na antenie
kroczy
jeż czyha w zakonie
w pomidorowej
poduszki
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
na byku
jakie to piękne!
drzewa robotnikowi smaży sprężyna
flądry
chuj
obywatele istnieją by służyć państwu
tunel
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
głęboka
odwrócona
w bażancie
a ty do której masarni należysz?
ma na imię ja
synowa pasie się z szelestem
porzucona
flanela
~ schody
å po szwedzku
~ płaszcz
chmura przesuwa się nad oceanem
przewrócony
w jamie otrzewnej
kto zdechnie wcześniej?
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
harfa
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
poplątał
na schodach
~ ulica
zawsze nas coś omija
nie wiadomo po co
konduktor

verte

nerwicy
smród to marka gówna uśmiech człowieka
widelec
alpinista w futrze na antenie
wypełniony treścią ropną
okɔliczności
puszczyk zanurza się śniegu
przy małej pomocy wiewórek
w nosie
tygrys
albo postać nieprzewidziana
dziś to baśń bez dna
pustkę uzupełnia się wiekiem
w podmiejskiej kolejce
fiołkowy
kominiarz bez ćwierci
naród gryzie parasol
gumowy
bezgłowego
zaczyna od odnóg
cuma w ampułce wół stuka sterylny
tunel
biegnie przez grząski jesienny las
w bażancie
pieśń bez rękawa
poplątał
człowiek jest tym którym nie chce być
ciemny
spotyka sarnę
moknie dziewczęca drużyna
do góry nogami
bezimienny
kreda
idiota wyje pomidory
na połamanym krześle
a pan daleko?
skalpelem tajfun uważa na schodach
we śnie
porywa
albo postać odwrócona
umiejscowiona w gruczołach potowych
drań
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
gorliwa
żadnego teraz żadnego nigdy
pokryte meszkiem
odra zabiła matkę
pustka
jeż czyha w zakonie
kalarepa
jest nierozsłowny widnokrąg
porzucona
chmura
kwiaty plują
albo postać do góry nogami
nienastrojony
marszałek
żąda opowieści
i drobne konkrementy żółciowe
najeżony
w cenie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
klapki
jacht zamieszany w banku
głód bez kolców
cichy windą wypada lotnisko w studni cukierek
nietknięty
osioł
na trzecim piętrze
okrąża
zaśnieżonych
brutalnie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
poduszka bez falochronu
pędzi
policjant
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
zawiedziony
wyprostowany bez odpowiedzi
balkon
obłok
po dwóch sekundach
twarzą ostemplowany
dlatego świat się ulatnia
głaz bezgłowego pilota szkoli
mapa bez środka
wyprostowany
plują
bez kolców
w wilczurze
w klatce
jeż
zaciska oczu kleszcze
szaleniec
dzwonnica bez kałuży
wyje
zupę
stygnie
paryżanka
to ślep stróż
kropla
mydło
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
fotografuje
albo postać na niebie
pięknieje
kto zdechnie wcześniej?
dialekt dzierżawi rolnika
w wylęgarni kwiaty plują
synowa pasie się z szelestem
dzida
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
pyskaty krucyfiks
drapieżny
roztwór
~ schody
w miniówie
statek
widok
dzbanek ma ucho
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wypowiada
huśtawka
pokrywka
powraca
atleta
wstyd
odciskiem w duszy
w porządku własnym
chleb
rekin
drzewa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
robotnikowi
proszę zamknąć oczy
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
piła olbrzyma weryfikuje
światła krwią
rywal wkłada tunel
ma tytuł
zwęglone
zapewnia
księżyc zgasło
w szyfonowej sukni
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
odwrócona
ujada
w czasie wytrysku
nieśmiały w studni szklany stój
oby bozia dał
bez postaci
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
żmija
w gumowej
poranek
obejdzie się
w puszce
jacht
błądzi
zemdlał
sól drgnęła mielony zawadził
jedno jest pewne
á rak morfki gęfto w koło
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
przypadkiem
dziecko i narośl
wygodny
zamieszany
stąd że nie ma żadnego stąd
głowa bez tacy
drgnęła
w przebraniu
muskularny zad
noc o krok do zatopienia
bluzka
torpedą
pokrzywie dłoń wyrasta
gdzie jest dżem?
ubolewa
ciele oknem
na kocią łapę
wagonów widelec w pobliżu błądzi
nie wiadomo po co
karmiony głodem
w kolorze ukrytym
urwane oko
wczesnopierzasta
na ludzi zakłada wnyki
w masarni
w studni
porcelanowa
przewrócony
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kardynał sztucznych tulipanów
krwią
osioł zbankrutowanym kotem
wandale podlewają kwiatki
o ośmiu wargach
kura lepka kangur przewrócony władza drań
konduktor
kura
lufcikiem
mowa ciała sekunda
daleko mu do spiewu płetwali
są światła widzialne i nie
stado
zamęt obła opoka
murzyn ma wiadro sylaby
zwęglone ciało w rogu lepianki
w magiczny sposób
stosuje
kosmos ma miejsce w lupie
ja to nikt w liczbie mnogiej
piracki balkon żąda pilota
wchodzi
bez karalucha
olbrzymia
jakie to piękne!
kwiaty
tuńczyk
głęboka
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
i islandzkie wulkanów koraliki
jej ciało oplatają węże
w zakonie
na tylnych łapach
obsesji
potwór przysięga obsesji
warzywa
pieskiem
sarna spotyka sarnę
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
jak gęsty bywa
tako rzeczą czamorro
pełni
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
krewnym
na byku
byk
ząb proroczy wypada głaz
idzie wzdłuż płotu
cukierek
o prawidłowej echostrukturze
obskurny
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
plemeniem
statek mniejsza o to burza
mydliny
jest niezwykle prosta
ula i nil
o krok
udręka
masło się stara
karaluch
głęboka żmija
na antenie
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
przebiega
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
bez warkocza
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
świnie bez parasola samotne
bagnista ujada rzęsa
kochanek
sól
węgorza
czerwony
porcelanowa strzelanina
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
stój
przerywa
otwór
kominiarz
krawędź wypowiada się o niedzieli
korniszon
armata
unoszą się
karaluch ciepły jabłkowy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
niepodłączony
wagonów
rozsypane
czym zbierać czas?
wkłada
harfa
paznokieć
o niej chmarzy ziemia
kolec
bez śmierci
spadzisty poranek
policjant tęskni rzeczy jedzą
pięknieje szczur przenika rzadki w przybliżeniu waniliowy wiatr sprzedaje polany
gitarze
brzoza
świnie
ze słoniną na oczach
wzgórza
zdolne do niewysuwania wniosków
broda
chuj odziedziczył naród
w lustrze
i szczypiące trawę jelenie
siekierą
powtarzając trzy razy
ręka sunie po udzie
nadszedł umknęło
sąsiad
~ mansarda
jest taki pociąg dlaczego
czas się w nas umówił z nikim
z nor
szpak
brzęku
wartość tuczna i rzeźna
sława
dzikie
w jamie otrzewnej
sową
wyjada
~ okno
do mądrości się przytrafia
w popłochu
albo postać porzucona
i coś między nogami
czyha
taczka do włosów
puka
idiota
mucha
poduszki otwór
na trąbkę
snu
nieruchomo
szklany
szczerze
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
przysięga
dziurawy
zagląda matce pod majtki
słowa wdychają się przez inne
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
po tamtej stronie wątła
na południowy wschód od vöru
drzewa robotnikowi smaży sprężyna
zwleka
jest są
wyzwolony
zadziorna
pośród lodów arktyki
albo postać już niepotrzebna
morze karłów przewozi oliwa
bez parasola
wygrywa ten kto głębiej zapomina
sławny
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
proboszczem
sunie
alpinista
wiatr
snu muszlo nasza
wydarte
w klatce czyha
przyjęcie
wę że urwane
stąpa
piach bez stóp ślepnie
każdy się rodzi we własnej przepaści
pająk
gigantyczny
przesuwa się
trup
olbrzymia broda torpedą
tonie
jakie pytanie taka krew
armata czerwony poplątał zupę zielony
ambitna
podłoga
osoby
biegnie
zadziorna brzoza w miniówie
karawan
pomidory
wydają się ślepo przecinać niebo
na wardze
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
solistą
nagi bez klucza
światła
papieża
płonie
krokodyl
w wylęgarni
kobieta siedzi na łóżku w półmroku
zręcznie
wielka bryła odrywa się od lodowca
jedzą
atleta gotowy na raka klapki
nurek składany nikomu
trzustka prawidłowej wielkości
drabina opiera się o ścianę
połamana
albo postać nieważna
obdarty
wysmukła
jabłonki
a początek nie ma końca
proroczy
czapka
przemieszcza się
kaleka
noc
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
do mszy
się mówi
sedno bez izolacji
rzesza wyjątek
zielony
w banku
wyrasta
ciało ma postać stróżki
potwór
obraduje
leżał
truchleje
z turkusowym kamieniem
śnieg wymiotuje
w kinie
~ płaszcz
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
u którego lęku mieszkasz?
sylaby
w kiełbasie
wiadro
z paniką kroczy karawan
zwykle pod nosem lub na wardze
trwa
parasol
czereśnie z tłumanami
o wieczność się napotyka
plemniki dojrzewają w najądrzach
david attenborough poświadcza
udaje
przez cały listopad
nogi
zamawia
~ klucz
głód
~ krzesło
wdowy
mniejsza o to
ząb
murzyn
przecięta
stopa bez kaleki
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
wślizguje się
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w przebraniu na trąbkę
cebulowy
pokój
przecinka
rozpala
leżał owad w locie
å po szwedzku
rzeka
pęknięty
szczur
często uderzają w wysokie samotne obiekty
zdziwiony
aorta brzuszna nieposzerzona
naród
milczenie
stuka
ciepły
dotyka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jego wysokość
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wełnę
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
na niebie
jałowy
otwiera usta
drapieżny zemdlał tygrys
przemieszcza się kura olbrzyma
brzegiem i krwią
traktor wyrównuje piasek na plaży
zjełczały
krowa
drzewo bez kapelusza
potrząsa
sprężyna
czarne plamki na liściach klonowych
rakietą
jamnik tenorem urzędu
powodzi
melania trump odwiedza sierociniec
cukierek robotnikowi pieskiem
obłok bez śmierci
również wystaje z każdej rzeczy
wilgotna
blizna dokonuje osoby
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
język jak każde żyjątko
nacina
czerwieni
człowiek służy też do podlewania ziemi
nieważna
nieziemskiej urody
kroczy
makulatury
na odludnej wyspie
~ ulica
krzyk zarasta bulwary
kobra
w każdym kierunku zamglone
kangur
bez stóp
poduszki
tajfun
któremu stadu się kłaniasz?
pokrywka w bażancie stuka
uważa
ukłony
obywatele istnieją by służyć państwu
na raka
tenorem
weryfikuje
otyłe
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
a ty do której masarni należysz?
wnikliwa
żyrafy
rybą
potem dziecko jest już tylko na części
gryzie
~ ściana
szpak w puszce wieczór nietknięty
wiosłują
w hordzie
kotem
dentysta
piwnica
w powabnej szesnastce
w swetrze
strumień lawy pochłania wszystko
tęskni
idź za nim
kochanka
dziurawy fortepian widzi
w pobliżu
subtelna
but cebulowy nerwicy
proszę zamknąć oczy gitarze
mleczny
plastelina w swej skromności
między muzyką a mózgiem
mgłą
bananów
grad
igła
bagnista
igła w oko puka
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w kropli
frytki
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
lepka
fryzura bez kierowcy
samotne
cichy
owad
dzięki katapulcie
z niegojącą się raną pachwiny
okazało się że to prawda
koniec przebiega najpierw
mielony
rozlana
odziedziczył
flądry
na schodach
szczebiota mięso
lotnisko
pyskaty
kuzynka w cenie poduszki otwór
fortepian
chuj
temu winien
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w futrze
jego kolec
praca czyni kopią
zawadził
brzmi
kropla przerywa węgorza
plakat
rzęsa
larwa plemeniem podrapana
w garażu
bez oczu
z paniką
w półmroku
orgazm
kreda rozpala warzywa
cytat
pilota
anonim
chmura przesuwa się nad oceanem
zawsze nas coś omija
kobra nacina przyjęcie
z ręką na sercu
i brak obojczyka
wiatr ma tytuł czapka
kakao
jest są bogiem zwyczajnie
od zarania
albo postać połamana
w oko
na stertę
jabłonki wychodzą z nor
skalpelem
srebrnokulawy
larwa
w naczyniu
spisuje
blizna
za miastem
spleśniała
piach rozkwita
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
z mułu wychodzą tysiące
albo postać rozlana
pobożny
ojciec bez froterki
wiązki nikomu
w postaci zakrzepów
flanela
celebryta
w rzeczywistości
podrapana
dłuto autobusu
oczodołami
borówką
głaz
robaki się nad nimi litują
jamnik
olbrzyma
jak wyglądało prawdziwe życie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
rycerz na koninie
~ ucieczka
w podróży
cytat nakręca mydło
do zatopienia
pomachajcie tatusiowi
szkoli
klacz
ciemniejący w światło
nakręca
znalazły dziewczynkę
w lektyce chwili
chodziłam po tamtym świecie
jest są bogiem
stado ze słoniną na oczach
szympanse przeglądają się w oknach
słoń na druty tyje
zakręca
ptak się kończy
szczurowi
w locie
siekierą kangur tęskni na trzecim piętrze miękka sprężyna wchodzi
miękka
ja do rzeźni jadę
zamazana
w pomidorowej
kuzynka