ciało dotyka

ciało ma postać stróżki
borówką
bagnista ujada rzęsa
porcelanowa strzelanina
o wieczność się napotyka
w naczyniu
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w trakcie obojętności
fiołkowy
konduktor
spadzisty poranek
mowa ciała sekunda
pęknięty
tramwajem zarosłe
nim się pojawi
wyrasta
krowa
czereśnie z tłumanami
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
szympanse przeglądają się w oknach
jamnik tenorem urzędu
olej na płótnie
z nor
zręcznie
zemdlał
mydliny
rybą
brzmi
grad
nerwicy
okɔliczności
dozgonnie powleczony nadzieją
albo postać porzucona
krótkochwiły
samica już odbyta
sól drgnęła mielony zawadził
zdolne do niewysuwania wniosków
w pomidorowej
melania trump odwiedza sierociniec
albo postać na niebie
albo postać już niepotrzebna
to ślep stróż
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
z ręką na sercu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
cyna pościeli
parasol
jest są bogiem zwyczajnie
widząc że nie ma nikogo
klawesyn praczki trup
w milczenie zawinięte
chwiliwarta
nie do oderwania od mroku
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
kwiaty plują
sunie
zwany srogim
jak gęsty bywa
wiatr
w jamie otrzewnej
noc o krok do zatopienia
murzyn ma wiadro sylaby
biegnie
w postaci ulewy
nie wiadomo po co
zaśnieżonych
są światła widzialne i nie
pokrywka
nie do oderwania od wzroku
a ty do której masarni należysz?
w futrze
patelnia wyglądająca jak żywa
człowiek jest tym którym nie chce być
drapieżny zemdlał tygrys
z paniką
w halce
drzewo
dłuto autobusu
obraduje
koza spoglądajaca na drzewo
ojciec bez froterki
płonie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
karaluch ciepły jabłkowy
szaleniec
zaciska oczu kleszcze
zadziorna
wiadro
w miniówie
kochanka
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
temu winien
sprężyna
jest są bogiem
nieśmiały w studni szklany stój
potwór przysięga obsesji
alpinista w futrze na antenie
życie to nic z tych rzeczy
zamazana
w swetrze
albrecht dürer płynie na zelandię
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
poranek
w pluszowej oddali
głowa bez tacy
nurek składany nikomu
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
smród to marka gówna uśmiech człowieka
bananów
snu
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
żona zdradza swoją rolę
szczudeł tupot
zawsze nas coś omija
w postaci zakrzepów
błękitny
w cenie
cytat nakręca mydło
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
piach rozkwita
w domu schadzek
dziecko i narośl
okazało się że to prawda
mucha
u którego lęku mieszkasz?
torpedą
na odwrót otulona
jakie to piękne!
któremu stadu się kłaniasz?
alpinista
wagonów
do straszenia umarłych
piracki balkon żąda pilota
głęboka
naprawdę istnieją tylko mniemania
ubolewa
statek
umiejscowiona w gruczołach potowych
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
pyskaty
byk
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
oraz żydowscy grabarze
nie do oderwania od pustki
obdarty
drzewa
w zakonie
kobra nacina przyjęcie
dziurawy
bez oczu
w porządku własnym
paryżanka
lufcikiem
o ośmiu wargach
w garażu
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
plują
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
moknie dziewczęca drużyna
w hordzie
tęskni
po północnej stronie krateru schröter
w trakcie dochodzenia do blasku
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
igła
na tym polega wolność
wartość tuczna i rzeźna
szpak w puszce wieczór nietknięty
w neuronalnym metrze
marszałek
leżał owad w locie
skalpelem
przemieszcza się kura olbrzyma
wchodzi
z gzymsu odpadłe
przewrócony
wandale podlewają kwiatki
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
papieża
rzesza wyjątek
plemeniem
obłok płynie utonąć
obsesji
pomachajcie tatusiowi
a pan daleko?
odciskiem w duszy
drzewo bez kapelusza
w czeskiej wiosce
ma sześć ramion
człowiek służy też do podlewania ziemi
i wszystkie noże posmarowane jodyną
piłkarzy chorych na aids
olbrzyma
425 mln lat temu
czyha
w galaretce rozsiadłe
nagi bez klucza
być może
chmura
na tylnych łapach
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
pięknieje
po chwili grząskie
jest nierozsłowny widnokrąg
wysmukła
niewyklepany przez otoczenie
oczodołami
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ja do rzeźni jadę
tygrys
zagląda matce pod majtki
gumowy
karaluch
kominiarz
w banku
szpak
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
światła krwią
a początek nie ma końca
inną postać tli się
z niegojącą się raną pachwiny
w wylęgarni kwiaty plują
mydło
pająk
w kropli
światła
niewymyty przez wieki
muskularny zad
srebrnokulawy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
kangur
na schodach
jak powiedzieć nie
na trzecim piętrze
uważa
jedno jest pewne
kominiarz bez ćwierci
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
albo postać nieprzewidziana
potem dziecko jest już tylko na części
po dwóch sekundach
oby bozia dał
ujada
zawiedziony
blizna
i inne niepodobne
mielony
olbrzymia
jaśnieje
w trakcie olśnienia w pasztecie
pokrywka w bażancie stuka
pilota
nieziemskiej urody
w szyfonowej sukni
ambitna
w lektyce chwili
to najlepsza ochrona przed zarazą
małpa śpiewającą na drzewie
morze karłów przewozi oliwa
obywatele istnieją by służyć państwu
o niej chmarzy ziemia
sarna spotyka sarnę
sława
spod babiej góry
żyrafy
wślizguje się
i ukrył go w piasku
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w lustrze
odra zabiła matkę
armata
człowiek nie do oderwania od smyczy
błądzi
w uśmiechu poręcznym
ja to nikt w liczbie mnogiej
wydają się ślepo przecinać niebo
w przebraniu
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
igła w oko puka
do mszy
stopa bez kaleki
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
stado ze słoniną na oczach
pięknie się wije
głaz
czas się w nas umówił z nikim
na południowy wschód od vöru
ciepły
źle wbite
przebiega
teofan grek maluje koronkowe majtki
surowy
na połamanym krześle
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
i co dalej?
stąd że nie ma żadnego stąd
łopatą rozdzielone
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
również wystaje z każdej rzeczy
żmija
przyjęcie
tonie
domysłem świat świeci
w podmiejskiej kolejce
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
musisz to zobaczyć
jak to się stało
bagnista
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
w łydkę ugryzione
kroczy
widelec
roztwór
david attenborough poświadcza
spadł w jej paszczę
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
pędzi
otwór
nacina
klacz
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
armata czerwony poplątał zupę zielony
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
następne jest portofino?
idiota
jałowy
flanela
ukłony
w popegeerowskim pałacu
w powiększeniu
skalpelem tajfun uważa na schodach
drogą polna
głód bez kolców
nienasmarowane
głęboka żmija
w postaci krzywej
do mądrości się przytrafia
rozsypane
strumień lawy pochłania wszystko
policjant tęskni rzeczy jedzą
na ludzi zakłada wnyki
piła olbrzyma weryfikuje
otoczony przez mywyje
drapieżny
za miastem
znalazły dziewczynkę
następny akt ślepni
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
but cebulowy nerwicy
nie do oderwania od śmierci
55 milionów lat świetlnych od nas
jest taki pociąg dlaczego
do wygniatania marzeń
żadnego teraz żadnego nigdy
pod wpływem oczywistego cudu
gorliwa
wilgotna
i drobne konkrementy żółciowe
w czerwonej pieczarze
zadziorna brzoza w miniówie
bez kolców
stąpa
jeż
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
albo postać do góry nogami
dzwonnica bez kałuży
rywal wkłada tunel
taka jest sprawiedliwość
przez trojańskie pola
na antenie
wygląda ze smoczej jamy
zawadził
kosmos ma miejsce w lupie
w puszce
osioł zbankrutowanym kotem
idiota wyje pomidory
sową
przez cały listopad
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
udaje
innego ratunku nie ma
w drodze do po nic
przecięta
larwa
do zatopienia
tunel
pyskaty krucyfiks
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
co to jest jak
szyja inwazji krocze
czarne plamki na liściach klonowych
stuka
drut posadził musztardę
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nienastrojony
kakao
trzustka prawidłowej wielkości
w masarni
to kruchość jest złotem
mapa bez środka
albo postać połamana
blizna dokonuje osoby
pokrzywie dłoń wyrasta
mgłą
deszcz korbką malowany
w wilczurze
kalarepa
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
do góry nogami
wyzwolony
proboszczem
powraca
ciemny
proszę zamknąć oczy gitarze
nieruchomo
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w nikąd dorosły
drabina opiera się o ścianę
szklany
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
krążąc wokół ziemi
jego wysokość
policjant
puszczyk zanurza się śniegu
koniec przebiega najpierw
zjełczały
we śnie
chuj
śpiewa zabita pluskiewką
podrapana
przysięga
korniszon
wiosłują
ptak się kończy
burzy się jagnię zapina szelki
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
z turkusowym kamieniem
jak ślepy jest ten ślub
pauzą dotknięte
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
tenorem
twarzą ostemplowany
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
truchleje
głód
rakietą
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
chuj odziedziczył naród
która jajowodem zmierza
lotnisko
i szczypiące trawę jelenie
wnikliwa
ciemniejący w światło
taczka do włosów
atleta gotowy na raka klapki
słoń na druty tyje
nie do oderwania od szczęścia
noc
los się wynurza w falbankach
osioł
ukryty w przymrozku
tako rzeczą czamorro
w klatce
agrest pada
głaz bezgłowego pilota szkoli
szczerze
biegnie przez grząski jesienny las
chodziłam po tamtym świecie
jak wyglądało prawdziwe życie
przemieszcza się
w rzeczywistości
wczesnopierzasta
chropowaty snu naszyjnik
świat nie do oderwania od wzroku
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w locie
w kolejce do ścięcia
harfa
niepodłączony
pies ją dopadł
ze stali niepojętej
najeżony
albo postać odwrócona
sedno bez izolacji
masło się stara
w kolorze ukrytym
w trakcie przedrzeźniania mew
włóczka podwórek
tajfun
udręka
szczebiota mięso
wypełniony treścią ropną
fryzura bez kierowcy
larwa plemeniem podrapana
węgorza
snu muszlo nasza
kropla przerywa węgorza
księżyc zgasło
wstręt podrywa mdłości na zupę
modlitwą nażarte
krzyk zarasta bulwary
jakie pytanie taka krew
wiatr ma tytuł czapka
gdzie jest dżem?
kura lepka kangur przewrócony władza drań
prześcieradło się po nim lepi
w podróży
kreda rozpala warzywa
w wylęgarni
pokryte meszkiem
w kropce dojrzewające
wyje
olbrzymia broda torpedą
pośród lodów arktyki
aorta brzuszna nieposzerzona
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w czasie wytrysku
kotem
każda kobieta w cieście
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w obcisłej spódnicy
szczur
cebulowy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
jeż czyha w zakonie
czarna cykada chwyta się gałęzi
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
dla żartu
obłok
chciałabym umrzeć
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
krwią
plemniki dojrzewają w najądrzach
i brak obojczyka
dialekt dzierżawi rolnika
porcje rozychylają się porcjom
w przybliżeniu nieistniejące
rekin
gdzie popadnie
kto zdechnie wcześniej?
wygrywa ten kto głębiej zapomina
sól
łotr na apostole uchylając powiekę
jej ciało oplatają węże
brzegiem i krwią
rzęsa
kochanek
miękka
kura
bóg nie do oderwania od wszy
urągająca logiki intryga
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w półmroku
z mułu wychodzą tysiące
wagonów widelec w pobliżu błądzi
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
o krok
daleko mu do spiewu płetwali
pomidory
proroczy
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
krokodyl
często uderzają w wysokie samotne obiekty
praca czyni kopią
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
z wętylowaną zmarszczką
między muzyką a mózgiem
gigantyczny
jabłonki
rycerz na koninie
gryzie
nietknięty
od zarania
każdy się rodzi we własnej przepaści
w studni
na odludnej wyspie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
o prawidłowej echostrukturze
bez parasola
śnieg wymiotuje
czym zbierać czas?
klapki
piwnica
w każdej postaci
huśtawka
wyprostowany bez odpowiedzi
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
mandolina zamiast wiosny
dziurawy fortepian widzi
paznokieć
sylaby
siekierą
albo postać nieważna
w gardle
w postaci rosy
albo postać rozlana
poduszka bez falochronu
w kiełbasie
jabłonki wychodzą z nor
dziś to baśń bez dna
słowa wdychają się przez inne
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
otyłe
ze słoniną na oczach
w nosie
hotel kamienny scyzoryk
kobra
panna młoda w rogu sali jeszcze
powiesiła się
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
twarzą przez nos zakłada maskę
sąsiad
ręka sunie po udzie
dotyka