czarna dwukrotnie

czarna cykada chwyta się gałęzi
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
również wystaje z każdej rzeczy
kura lepka kangur przewrócony władza drań
krążąc wokół ziemi
dotyka
pokryte meszkiem
jest są
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
pyskaty
udręka
blizna
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
patelnia wyglądająca jak żywa
śpiewa zabita pluskiewką
w przybliżeniu nieistniejące
sobą pomazane
w jamie otrzewnej
stąd że nie ma żadnego stąd
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jabłonki
w klatce
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
kwiaty plują
z paniką
nie wiadomo po co
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ciepły
z ręką na sercu
osioł
ujada
ptak się kończy
i wę że
łopatą rozdzielone
i drobne konkrementy żółciowe
bez oczu
u którego lęku mieszkasz?
obłok
bez parasola
we śnie
chmura
o krok
między muzyką a mózgiem
chodziłam po tamtym świecie
mucha
następne jest portofino?
jakie to piękne!
pośród lodów arktyki
musisz to zobaczyć
byk
sunie
samowściekłe
pięknieje
policjant tęskni rzeczy jedzą
modlitwą nażarte
fryzura bez kierowcy
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
okazało się że to prawda
to ślep stróż
na południowy wschód od vöru
ciemny
biegnie
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
albo postać nieważna
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
jak ślepy jest ten ślub
krowa
ojciec bez froterki
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
spleśniała
w studni
światła
w miłości skulone
ręka sunie po udzie
david attenborough poświadcza
sława
koza spoglądajaca na drzewo
w kropli
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
a ty do której masarni należysz?
plują
pilota
któremu stadu się kłaniasz?
po chwili grząskie
drapieżny
słoń na druty tyje
nie do oderwania od mroku
krótkochwiły
łotr na apostole uchylając powiekę
albo postać odwrócona
ząb proroczy wypada głaz
atleta gotowy na raka klapki
harfa
w wilczurze
krokodyl
nie do oderwania od szczęścia
dotyk inne mamiątki
karaluch ciepły jabłkowy
nietknięty
wygląda ze smoczej jamy
wspina się na chwilę
idiota
425 mln lat temu
karawan
tunel
wydają się ślepo przecinać niebo
z nor
wartość tuczna i rzeźna
szczur
kura
w swetrze
noc o krok do zatopienia
wieczność rozpryskujące
powraca
po północnej stronie krateru schröter
na antenie
czapka
w wylęgarni
igła w oko puka
otoczony przez mywyje
w podróży
pięknie się wije
zadziorna brzoza w miniówie
nienastrojony
zamazana
puszczyk zanurza się śniegu
jeż czyha w zakonie
jest nierozsłowny widnokrąg
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
i inne niepodobne
życie to nic z tych rzeczy
szaleniec
albo postać już niepotrzebna
sąsiad
w pluszowej oddali
oby bozia dał
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ambitna
zdziwiony
otwór
mgłą
masło się stara
leżał owad w locie
kotem
miękka
w półmroku
kalarepa
lotnisko
kaleka
głowa bez tacy
alpinista w futrze na antenie
daleko mu do spiewu płetwali
mielony
jest taki pociąg dlaczego
księżyc zgasło
porcje rozychylają się porcjom
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
piłkarzy chorych na aids
nim się pojawi
pokrywka
mapa bez środka
bagnista
w domu schadzek
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
porcelanowa strzelanina
armata czerwony poplątał zupę zielony
bóg nie do oderwania od wszy
w masarni
po dwóch sekundach
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
ze słoniną na oczach
umiejscowiona w gruczołach potowych
szczerze
mydło
szpak w puszce wieczór nietknięty
zwykle pod nosem lub na wardze
taka jest sprawiedliwość
piach rozkwita
panna młoda w rogu sali jeszcze
przysięga
karaluch
pokrywka w bażancie stuka
tramwajem zarosłe
zjełczały
zaśnieżonych
i szczypiące trawę jelenie
ubolewa
jałowy
sową
lufcikiem
w podmiejskiej kolejce
larwa
przyjęcie
paryżanka
agrest pada
w nigdy umorusana
wyje
okryte potłuczonym obrazem
jedno jest pewne
potwór przysięga obsesji
aorta brzuszna nieposzerzona
temu winien
na ludzi zakłada wnyki
w nosie
blizna dokonuje osoby
tako rzeczą czamorro
w lektyce chwili
w rzeczywistości
w łydkę ugryzione
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
murzyn ma wiadro sylaby
tenorem
dziecko i narośl
gryzie
koniec przebiega najpierw
kreda rozpala warzywa
jabłonki wychodzą z nor
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
w lustrze
żmija
do zatopienia
na stertę
nerwicy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
a początek nie ma końca
idiota wyje pomidory
gigantyczny
gdy pęcherzyk graafa pęknie
wiadro
wyzwolony
melania trump odwiedza sierociniec
światła krwią
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
szyja inwazji krocze
w postaci krzywej
papieża
kominiarz
wnikliwa
w cenie
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
głęboka
poranek
na schodach
deszcz korbką malowany
z paniką kroczy karawan
prześcieradło się po nim lepi
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
wyrasta
na wardze
stuka
w banku
obdarty
sprężyna
węgorza
drzewo bez kapelusza
policjant
trzustka prawidłowej wielkości
człowiek nie do oderwania od smyczy
gorliwa
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
do mszy
przebiega
pomachajcie tatusiowi
but cebulowy nerwicy
dłuto autobusu
obsesji
pokrzywie dłoń wyrasta
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
naprawdę istnieją tylko mniemania
zaciska oczu kleszcze
skalpelem tajfun uważa na schodach
szympanse przeglądają się w oknach
brzmi
jak to się stało
obłok płynie utonąć
moknie dziewczęca drużyna
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
statek
kroczy
głaz
w locie
plemeniem
nie do oderwania od śmierci
jak wyglądało prawdziwe życie
noc
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
krzyk zarasta bulwary
cyna pościeli
przerywa
cukierek robotnikowi pieskiem
rzesza wyjątek
pająk
szklany
ja to nikt w liczbie mnogiej
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
sylaby
roztwór
poduszka bez falochronu
w pomidorowej
żadnego teraz żadnego nigdy
zawadził
twarzą ostemplowany
konduktor
nieśmiały w studni szklany stój
podrapana
w zakonie
pomidory
w czasie wytrysku
55 milionów lat świetlnych od nas
torpedą
w czerwonej pieczarze
skalpelem
na odludnej wyspie
o ośmiu wargach
kochanka
proszę zamknąć oczy gitarze
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
do mądrości się przytrafia
inną postać tli się
człowiek jest tym którym nie chce być
znalazły dziewczynkę
stopa bez kaleki
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ślepym podarowane
kobra nacina przyjęcie
od zarania
strumień lawy pochłania wszystko
smród to marka gówna uśmiech człowieka
na trzecim piętrze
kosmos ma miejsce w lupie
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
zakręca
dziurawy
głaz bezgłowego pilota szkoli
olbrzymia broda torpedą
kropla przerywa węgorza
do góry nogami
olej na płótnie
w kolorze ukrytym
pędzi
piła olbrzyma weryfikuje
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w kropce dojrzewające
nacina
szczebiota mięso
ma sześć ramion
huśtawka
gdzie jest dżem?
drapieżny zemdlał tygrys
biegnie przez grząski jesienny las
jak gęsty bywa
na tylnych łapach
ogromnieje do joktotaktu
pauzą dotknięte
praca czyni kopią
sól drgnęła mielony zawadził
w przebraniu
drogą polna
zawiedziony
w puszce
widelec
przenika wtędy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
snu
piracki balkon żąda pilota
dzwonnica bez kałuży
świat nie do oderwania od wzroku
każdy się rodzi we własnej przepaści
nie do oderwania od wzroku
szczudeł tupot
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
śnieg wymiotuje
o prawidłowej echostrukturze
są światła widzialne i nie
plemniki dojrzewają w najądrzach
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w gardle
cebulowy
w obcisłej spódnicy
paznokieć
sól
żyrafy
proroczy
jakie pytanie taka krew
albo postać porzucona
to najlepsza ochrona przed zarazą
najeżony
czarne plamki na liściach klonowych
czyha
alpinista
i brak obojczyka
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
sarna spotyka sarnę
wygrywa ten kto głębiej zapomina
nie do oderwania od pustki
drzewa
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zdolne do niewysuwania wniosków
kobra
małpa śpiewającą na drzewie
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
to kruchość jest złotem
często uderzają w wysokie samotne obiekty
zadziorna
płonie
słowa wdychają się przez inne
truchleje
przemieszcza się
z gzymsu odpadłe
na odwrót otulona
nieruchomo
otyłe
okɔliczności
przez cały listopad
rakietą
albo postać na niebie
drabina opiera się o ścianę
w postaci ulewy
udaje
burzy się jagnię zapina szelki
jeż
rzęsa
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
przemieszcza się kura olbrzyma
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w galaretce rozsiadłe
przewrócony
pęknięty
obywatele istnieją by służyć państwu
bananów
z niegojącą się raną pachwiny
pyskaty krucyfiks
z mułu wychodzą tysiące
snu muszlo nasza
wilgotna
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
oczodołami
bez kolców
odra zabiła matkę
włóczka podwórek
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
głód bez kolców
zemdlał
jest są bogiem zwyczajnie
głęboka żmija
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
zręcznie
w postaci rosy
w szyfonowej sukni
z turkusowym kamieniem
muskularny zad
jej ciało oplatają węże
wiatr ma tytuł czapka
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
kto zdechnie wcześniej?
nieziemskiej urody
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
domysłem świat świeci
taczka do włosów
albo postać połamana
sedno bez izolacji
otyle
proboszczem
albo postać do góry nogami
głód
szpak
morze karłów przewozi oliwa
chciałabym umrzeć
nienasmarowane
jacht
olbrzyma
gumowy
wchodzi
nagi bez klucza
marszałek
tonie
rybą
w miniówie
zawsze nas coś omija
rozsypane
w drodze do po nic
do straszenia umarłych
ciemniejący w światło
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
chuj odziedziczył naród
dzida
tęskni
borówką
uważa
igła
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
klacz
flanela
mandolina zamiast wiosny
w porządku własnym
wiatr
w powiększeniu
w futrze
tuńczyk
obraduje
korniszon
ukłony
tygrys
czereśnie z tłumanami
w garażu
wyprostowany bez odpowiedzi
chwiliwarta
kakao
na połamanym krześle
w hordzie
bagnista ujada rzęsa
cytat nakręca mydło
parasol
jamnik tenorem urzędu
o wieczność się napotyka
larwa plemeniem podrapana
srebrnokulawy
niepodłączony
w neuronalnym metrze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
wypełniony treścią ropną
w każdej postaci
z nadzieją zaślinione
wysmukła
brzegiem i krwią
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
odciskiem w duszy
błądzi
w milczenie zawinięte
ja do rzeźni jadę
w ubiegłej osobie
dziś to baśń bez dna
potem dziecko jest już tylko na części
człowiek służy też do podlewania ziemi
rekin
stado ze słoniną na oczach
kochanek
w postaci zakrzepów
potrząsa
olbrzymia
wzgórza
fiołkowy
w wylęgarni kwiaty plują
krwią
pieskiem
siekierą
kardynał sztucznych tulipanów
czas się w nas umówił z nikim
jest są bogiem
armata
albo postać nieprzewidziana
piwnica
wczesnopierzasta
w kiełbasie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie otyle
ciało ma postać stróżki
spadł w jej paszczę
źle wbite
kangur
dialekt dzierżawi rolnika
kominiarz bez ćwierci
tajfun
osioł zbankrutowanym kotem
chuj
jego wysokość
mydliny
wślizguje się
rywal wkłada tunel
dziurawy fortepian widzi
klapki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
za miastem
wandale podlewają kwiatki
zagląda matce pod majtki
przecięta
wagonów
nurek składany nikomu
o niej chmarzy ziemia
albo postać rozlana
do wygniatania marzeń
w naczyniu
wiosłują
stąpa
spadzisty poranek
a pan daleko?
grad
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
czym zbierać czas?
mowa ciała sekunda
rycerz na koninie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
pod wpływem oczywistego cudu
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
stąd że nie ma żadnego stąd
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
wiosłują
jakie to piękne!
igła w oko puka
prześcieradło się po nim lepi
jak wyglądało prawdziwe życie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nim się pojawi
ptak się kończy
przewrócony
bez kolców
życie to nic z tych rzeczy
deszcz korbką malowany
o prawidłowej echostrukturze
w łydkę ugryzione
jak to się stało
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nurek składany nikomu
szczur
kura lepka kangur przewrócony władza drań
roztwór
sława
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
a początek nie ma końca
ubolewa
miękka
otyłe
w czerwonej pieczarze
w locie
płonie
pomachajcie tatusiowi
drapieżny zemdlał tygrys
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
karaluch
łopatą rozdzielone
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
kangur
znalazły dziewczynkę
pokrywka
sąsiad
obraduje
do góry nogami
brzegiem i krwią
sól drgnęła mielony zawadził
ma sześć ramion
plemeniem
zdziwiony
czas się w nas umówił z nikim
zadziorna
pięknie się wije
w podmiejskiej kolejce
obsesji
również wystaje z każdej rzeczy
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
z mułu wychodzą tysiące
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
osioł
widelec
agrest pada
patelnia wyglądająca jak żywa
tako rzeczą czamorro
biegnie
poduszka bez falochronu
ujada
jest taki pociąg dlaczego
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
do mszy
plują
wandale podlewają kwiatki
koza spoglądajaca na drzewo
wywołany przez nauczyciela numer ma za zadanie
przemieszcza się
w przebraniu
ja to nikt w liczbie mnogiej
ambitna
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
wyje
zawsze nas coś omija
papieża
udaje
błądzi
parasol
w domu schadzek
snu
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
sedno bez izolacji
melania trump odwiedza sierociniec
przyjęcie
sobą pomazane
albo postać odwrócona
sprężyna
zawadził
światła
czym zbierać czas?
w czasie wytrysku
ciepły
czyha
odra zabiła matkę
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
księżyc zgasło
drapieżny
jest nierozsłowny widnokrąg
kto zdechnie wcześniej?
rycerz na koninie
wspina się na chwilę
siekierą
domysłem świat świeci
w kropce dojrzewające
mydliny
zręcznie
zamazana
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
okazało się że to prawda
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
głęboka
zagląda matce pod majtki
ze słoniną na oczach
otyle
na odwrót otulona
jak ślepy jest ten ślub
sól
do straszenia umarłych
w rzeczywistości
pęknięty
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
trzustka prawidłowej wielkości
wiatr
tenorem
kalarepa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
żyrafy
armata
to kruchość jest złotem
klacz
czereśnie z tłumanami
stąpa
czarne plamki na liściach klonowych
konduktor
tajfun
między muzyką a mózgiem
i drobne konkrementy żółciowe
w porządku własnym
proboszczem
jego wysokość
kochanka
śnieg wymiotuje
umiejscowiona w gruczołach potowych
drzewo bez kapelusza
jałowy
z ręką na sercu
skalpelem tajfun uważa na schodach
węgorza
zadziorna brzoza w miniówie
krokodyl
burzy się jagnię zapina szelki
ogromnieje do joktotaktu
żmija
wagonów
z niegojącą się raną pachwiny
krążąc wokół ziemi
torpedą
idiota
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
pyskaty krucyfiks
w nosie
podrapana
w wylęgarni
udręka
nacina
za miastem
larwa
gumowy
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w podróży
od zarania
o ośmiu wargach
cyna pościeli
praca czyni kopią
dzida
w kropli
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
gdzie jest dżem?
w swetrze
dziurawy fortepian widzi
albo postać porzucona
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
dzwonnica bez kałuży
david attenborough poświadcza
człowiek nie do oderwania od smyczy
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
potwór przysięga obsesji
w pomidorowej
piwnica
dotyk inne mamiątki
karawan
policjant tęskni rzeczy jedzą
jest są bogiem
wyzwolony
kreda rozpala warzywa
żadnego teraz żadnego nigdy
wślizguje się
przez cały listopad
uważa
pędzi
wysmukła
na trzecim piętrze
kotem
zjełczały
albo postać do góry nogami
światła krwią
zemdlał
nie wiadomo po co
atleta gotowy na raka klapki
nie do oderwania od szczęścia
wieczność rozpryskujące
kaleka
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
morze karłów przewozi oliwa
kominiarz bez ćwierci
na stertę
wczesnopierzasta
modlitwą nażarte
dziurawy
dotyka
wyrasta
bez oczu
twarzą ostemplowany
na odludnej wyspie
w gardle
jeż czyha w zakonie
szczudeł tupot
o niej chmarzy ziemia
pokryte meszkiem
borówką
w postaci zakrzepów
karaluch ciepły jabłkowy
śpiewa zabita pluskiewką
sunie
paznokieć
z nadzieją zaślinione
bagnista
osioł zbankrutowanym kotem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
nietknięty
zwykle pod nosem lub na wardze
korniszon
w półmroku
rybą
musisz to zobaczyć
w postaci rosy
jacht
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
truchleje
albo postać połamana
w puszce
srebrnokulawy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie otyle
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
drzewa
drabina opiera się o ścianę
cukierek robotnikowi pieskiem
w lustrze
ciemny
w masarni
dialekt dzierżawi rolnika
źle wbite
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
następne jest portofino?
wchodzi
w wilczurze
pyskaty
skalpelem
kobra nacina przyjęcie
snu muszlo nasza
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
albo postać nieprzewidziana
bagnista ujada rzęsa
gorliwa
są światła widzialne i nie
na ludzi zakłada wnyki
w neuronalnym metrze
w lektyce chwili
w pluszowej oddali
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
panna młoda w rogu sali jeszcze
pauzą dotknięte
w hordzie
głaz
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
krzyk zarasta bulwary
słoń na druty tyje
i szczypiące trawę jelenie
spleśniała
albo postać już niepotrzebna
w szyfonowej sukni
z paniką
o krok
alpinista
jabłonki
w drodze do po nic
ślepym podarowane
jabłonki wychodzą z nor
w postaci krzywej
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
mowa ciała sekunda
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
i brak obojczyka
czapka
potrząsa
chuj odziedziczył naród
w powiększeniu
mandolina zamiast wiosny
przebiega
głaz bezgłowego pilota szkoli
po północnej stronie krateru schröter
sową
obłok
pięknieje
kwiaty plują
głód bez kolców
olbrzymia broda torpedą
zawiedziony
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
szpak
ukłony
oby bozia dał
na tylnych łapach
najeżony
moknie dziewczęca drużyna
słowa wdychają się przez inne
szympanse przeglądają się w oknach
do wygniatania marzeń
smród to marka gówna uśmiech człowieka
wyprostowany bez odpowiedzi
bananów
proroczy
pieskiem
małpa śpiewającą na drzewie
rzęsa
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
ręka sunie po udzie
wnikliwa
o wieczność się napotyka
wydają się ślepo przecinać niebo
gryzie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
kardynał sztucznych tulipanów
nie do oderwania od wzroku
kominiarz
kochanek
w galaretce rozsiadłe
często uderzają w wysokie samotne obiekty
kura
w miniówie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
okryte potłuczonym obrazem
nerwicy
pilota
rywal wkłada tunel
w cenie
zaciska oczu kleszcze
samowściekłe
po chwili grząskie
niepodłączony
aorta brzuszna nieposzerzona
z gzymsu odpadłe
zakręca
dziecko i narośl
ojciec bez froterki
okɔliczności
w futrze
do mądrości się przytrafia
na schodach
nienasmarowane
sylaby
zdolne do niewysuwania wniosków
szpak w puszce wieczór nietknięty
jest są bogiem zwyczajnie
z turkusowym kamieniem
temu winien
pokrzywie dłoń wyrasta
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
krowa
ząb proroczy wypada głaz
to ślep stróż
któremu stadu się kłaniasz?
ciemniejący w światło
przysięga
człowiek służy też do podlewania ziemi
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
igła
policjant
rekin
nieśmiały w studni szklany stój
oczodołami
rakietą
głowa bez tacy
masło się stara
w ubiegłej osobie
flanela
harfa
obdarty
nagi bez klucza
w nigdy umorusana
paryżanka
pośród lodów arktyki
w garażu
potem dziecko jest już tylko na części
w postaci ulewy
kakao
wypełniony treścią ropną
55 milionów lat świetlnych od nas
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wagonów widelec w pobliżu błądzi
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
leżał owad w locie
chodziłam po tamtym świecie
fiołkowy
plemniki dojrzewają w najądrzach
muskularny zad
piłkarzy chorych na aids
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
huśtawka
tunel
strumień lawy pochłania wszystko
rzesza wyjątek
noc o krok do zatopienia
byk
do zatopienia
albo postać na niebie
ja do rzeźni jadę
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
albo postać rozlana
jamnik tenorem urzędu
szczerze
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
marszałek
blizna
dziś to baśń bez dna
i inne niepodobne
kroczy
człowiek jest tym którym nie chce być
na połamanym krześle
wzgórza
naprawdę istnieją tylko mniemania
nieziemskiej urody
alpinista w futrze na antenie
blizna dokonuje osoby
krótkochwiły
olej na płótnie
wiadro
chuj
jej ciało oplatają węże
jeż
kobra
szklany
mielony
tygrys
w banku
wilgotna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
biegnie przez grząski jesienny las
noc
kropla przerywa węgorza
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
łotr na apostole uchylając powiekę
szyja inwazji krocze
idiota wyje pomidory
klapki
murzyn ma wiadro sylaby
tonie
daleko mu do spiewu płetwali
inną postać tli się
nie do oderwania od mroku
sarna spotyka sarnę
a pan daleko?
jak gęsty bywa
nie do oderwania od pustki
w kolorze ukrytym
przenika wtędy
zaśnieżonych
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
dłuto autobusu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
przerywa
wiatr ma tytuł czapka
każdy się rodzi we własnej przepaści
poranek
bóg nie do oderwania od wszy
z nor
jest są
cebulowy
obywatele istnieją by służyć państwu
albo postać nieważna
pająk
lotnisko
w studni
na wardze
przecięta
spadł w jej paszczę
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
powraca
gdy pęcherzyk graafa pęknie
wartość tuczna i rzeźna
tuńczyk
koniec przebiega najpierw
chciałabym umrzeć
jakie pytanie taka krew
to najlepsza ochrona przed zarazą
wygląda ze smoczej jamy
włóczka podwórek
w miłości skulone
fryzura bez kierowcy
obłok płynie utonąć
na południowy wschód od vöru
grad
porcelanowa strzelanina
cytat nakręca mydło
but cebulowy nerwicy
szaleniec
czarna cykada chwyta się gałęzi
nienastrojony
rozsypane
piach rozkwita
spadzisty poranek
w klatce
425 mln lat temu
w każdej postaci
w jamie otrzewnej
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
głód
w obcisłej spódnicy
chwiliwarta
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
proszę zamknąć oczy gitarze
olbrzymia
statek
w zakonie
piła olbrzyma weryfikuje
krwią
w naczyniu
w wylęgarni kwiaty plują
lufcikiem
mydło
tęskni
armata czerwony poplątał zupę zielony
w milczenie zawinięte
jedno jest pewne
puszczyk zanurza się śniegu
bez parasola
mapa bez środka
głęboka żmija
z paniką kroczy karawan
u którego lęku mieszkasz?
w kiełbasie
na antenie
otoczony przez mywyje
stado ze słoniną na oczach
w przybliżeniu nieistniejące
olbrzyma
pomidory
stopa bez kaleki
pokrywka w bażancie stuka
larwa plemeniem podrapana
mgłą
odciskiem w duszy
kosmos ma miejsce w lupie
szczebiota mięso
stuka
gigantyczny
po dwóch sekundach
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
a ty do której masarni należysz?
nieruchomo
piracki balkon żąda pilota
chmura
porcje rozychylają się porcjom
mucha
taka jest sprawiedliwość
świat nie do oderwania od wzroku
nie do oderwania od śmierci
we śnie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
tramwajem zarosłe
brzmi
przemieszcza się kura olbrzyma
drogą polna
otwór
pod wpływem oczywistego cudu
taczka do włosów
ciało ma postać stróżki
jeden zrobił to nawet dwukrotnie