od zarania odpadłe

od zarania
wysmukła
chwiliwarta
55 milionów lat świetlnych od nas
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
tygrys
jak gęsty bywa
w puszce
kardynał sztucznych tulipanów
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wyrasta
w postaci ulewy
rzesza wyjątek
w porządku własnym
na odludnej wyspie
gumowy
stuka
proroczy
w gardle
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
stąpa
blizna
przecięta
pośród lodów arktyki
policjant
zwykle pod nosem lub na wardze
jacht
mydliny
albo postać rozlana
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
krótkochwiły
węgorza
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
nie do oderwania od wzroku
ciemniejący w światło
niepodłączony
skalpelem
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
jedno jest pewne
ja to nikt w liczbie mnogiej
na wardze
a ty do której masarni należysz?
nieziemskiej urody
nieśmiały w studni szklany stój
do straszenia umarłych
deszcz korbką malowany
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w podróży
kosmos ma miejsce w lupie
udaje
leżał owad w locie
tako rzeczą czamorro
jabłonki wychodzą z nor
znalazły dziewczynkę
uważa
to ślep stróż
praca czyni kopią
paryżanka
wypełniony treścią ropną
zadziorna
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
koniec przebiega najpierw
kochanka
temu winien
jakie pytanie taka krew
albo postać nieprzewidziana
w locie
dziurawy fortepian widzi
w postaci krzywej
marszałek
noc o krok do zatopienia
ciało ma postać stróżki
na ludzi zakłada wnyki
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
drogą polna
żadnego teraz żadnego nigdy
huśtawka
gorliwa
bez kolców
prześcieradło się po nim lepi
rekin
szpak
w czerwonej pieczarze
alpinista w futrze na antenie
kura
a pan daleko?
but cebulowy nerwicy
w rzeczywistości
inną postać tli się
krążąc wokół ziemi
często uderzają w wysokie samotne obiekty
puszczyk zanurza się śniegu
kroczy
wchodzi
rybą
szklany
czarne plamki na liściach klonowych
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
sól
zdolne do niewysuwania wniosków
w ubiegłej osobie
zakręca
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
żmija
armata czerwony poplątał zupę zielony
po północnej stronie krateru schröter
gigantyczny
kreda rozpala warzywa
w futrze
podrapana
siekierą
ambitna
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
pięknie się wije
nienasmarowane
armata
w czasie wytrysku
oby bozia dał
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
chuj
biegnie
bez parasola
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
czym zbierać czas?
kto zdechnie wcześniej?
potrząsa
rzęsa
kominiarz bez ćwierci
w nosie
jego wysokość
wyje
przenika wtędy
ukłony
melania trump odwiedza sierociniec
przemieszcza się
taczka do włosów
mowa ciała sekunda
każdy się rodzi we własnej przepaści
taka jest sprawiedliwość
snu
najeżony
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
światła
albo postać odwrócona
czas się w nas umówił z nikim
aorta brzuszna nieposzerzona
osioł zbankrutowanym kotem
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w milczenie zawinięte
spod babiej góry
drapieżny zemdlał tygrys
dozgonnie powleczony nadzieją
obraduje
nerwicy
obłok
z paniką
proszę zamknąć oczy gitarze
wczesnopierzasta
potem dziecko jest już tylko na części
na trzecim piętrze
tuńczyk
w każdej postaci
sobą pomazane
otyłe
david attenborough poświadcza
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
w wylęgarni
zaciska oczu kleszcze
na odwrót otulona
sarna spotyka sarnę
425 mln lat temu
w półmroku
zręcznie
w przebraniu
potwór przysięga obsesji
agrest pada
wartość tuczna i rzeźna
to najlepsza ochrona przed zarazą
idiota
i inne niepodobne
obdarty
cytat nakręca mydło
ja do rzeźni jadę
życie to nic z tych rzeczy
kobra
porcje rozychylają się porcjom
udręka
szczerze
umiejscowiona w gruczołach potowych
flanela
są światła widzialne i nie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
bagnista
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
sedno bez izolacji
cebulowy
czereśnie z tłumanami
bóg nie do oderwania od wszy
w postaci zakrzepów
jak to się stało
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
dzwonnica bez kałuży
płonie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
śpiewa zabita pluskiewką
szympanse przeglądają się w oknach
rywal wkłada tunel
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
ma sześć ramion
stąd że nie ma żadnego stąd
kotem
daleko mu do spiewu płetwali
któremu stadu się kłaniasz?
strumień lawy pochłania wszystko
brzmi
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zawsze nas coś omija
snu muszlo nasza
statek
stado ze słoniną na oczach
wandale podlewają kwiatki
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
olbrzymia broda torpedą
olbrzymia
modlitwą nażarte
odra zabiła matkę
stopa bez kaleki
widelec
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jest są bogiem
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
z nadzieją zaślinione
to kruchość jest złotem
głęboka żmija
za miastem
harfa
piach rozkwita
przerywa
o wieczność się napotyka
karaluch ciepły jabłkowy
w wylęgarni kwiaty plują
karawan
brzegiem i krwią
bananów
pilota
krwią
wagonów
samowściekłe
wiadro
albo postać na niebie
jej ciało oplatają węże
osioł
zawadził
we śnie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
żyrafy
biegnie przez grząski jesienny las
w klatce
błądzi
czyha
o ośmiu wargach
w studni
ubolewa
sąsiad
wiatr
w przybliżeniu nieistniejące
wiosłują
zagląda matce pod majtki
pokrzywie dłoń wyrasta
w nigdy umorusana
klapki
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
klacz
tajfun
źle wbite
ciemny
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jest są
w hordzie
tonie
dialekt dzierżawi rolnika
naprawdę istnieją tylko mniemania
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
larwa
sunie
zawiedziony
nagi bez klucza
nim się pojawi
roztwór
sól drgnęła mielony zawadził
pomidory
wygrywa ten kto głębiej zapomina
wilgotna
pęknięty
wagonów widelec w pobliżu błądzi
powraca
pyskaty
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
spadł w jej paszczę
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
w szyfonowej sukni
kangur
w kropli
dziurawy
jałowy
nie wiadomo po co
murzyn ma wiadro sylaby
pod wpływem oczywistego cudu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
nie do oderwania od mroku
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
obsesji
w kropce dojrzewające
następne jest portofino?
przez cały listopad
skalpelem tajfun uważa na schodach
z ręką na sercu
w drodze do po nic
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
noc
wzgórza
odciskiem w duszy
głód bez kolców
albo postać już niepotrzebna
lufcikiem
nie do oderwania od pustki
kominiarz
otyle
twarzą ostemplowany
czarna cykada chwyta się gałęzi
jamnik tenorem urzędu
domysłem świat świeci
w banku
drzewo bez kapelusza
jest są bogiem zwyczajnie
ręka sunie po udzie
ze słoniną na oczach
obłok płynie utonąć
i szczypiące trawę jelenie
sława
ojciec bez froterki
jakie to piękne!
tunel
zemdlał
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
wyprostowany bez odpowiedzi
dziś to baśń bez dna
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
chodziłam po tamtym świecie
wyzwolony
w obcisłej spódnicy
truchleje
fryzura bez kierowcy
karaluch
o prawidłowej echostrukturze
albo postać połamana
szaleniec
wślizguje się
przebiega
sylaby
między muzyką a mózgiem
olbrzyma
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
po dwóch sekundach
zamazana
oczodołami
w kolorze ukrytym
mucha
na stertę
zadziorna brzoza w miniówie
ptak się kończy
i brak obojczyka
nie do oderwania od szczęścia
dotyka
w cenie
śnieg wymiotuje
trzustka prawidłowej wielkości
wydają się ślepo przecinać niebo
przyjęcie
w powiększeniu
idiota wyje pomidory
albo postać nieważna
pokrywka
pomachajcie tatusiowi
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
z turkusowym kamieniem
bez oczu
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
teofan grek maluje koronkowe majtki
głowa bez tacy
dzida
pyskaty krucyfiks
w kiełbasie
poduszka bez falochronu
piwnica
ząb proroczy wypada głaz
obywatele istnieją by służyć państwu
alpinista
lotnisko
policjant tęskni rzeczy jedzą
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kobra nacina przyjęcie
dotyk inne mamiątki
kwiaty plują
igła
tęskni
pięknieje
wnikliwa
i wszystkie noże posmarowane jodyną
pędzi
pauzą dotknięte
cukierek robotnikowi pieskiem
zaśnieżonych
na antenie
drabina opiera się o ścianę
w lustrze
fiołkowy
z nor
na tylnych łapach
światła krwią
cyna pościeli
smród to marka gówna uśmiech człowieka
otoczony przez mywyje
głód
zdziwiony
moknie dziewczęca drużyna
w postaci rosy
gryzie
jeż
piła olbrzyma weryfikuje
człowiek służy też do podlewania ziemi
pokrywka w bażancie stuka
masło się stara
jest taki pociąg dlaczego
do góry nogami
w naczyniu
w lektyce chwili
ślepym podarowane
grad
igła w oko puka
szpak w puszce wieczór nietknięty
włóczka podwórek
nieruchomo
samica już odbyta
drapieżny
korniszon
do wygniatania marzeń
plemeniem
borówką
pieskiem
w galaretce rozsiadłe
larwa plemeniem podrapana
papieża
nacina
a początek nie ma końca
w garażu
morze karłów przewozi oliwa
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
miękka
głęboka
krzyk zarasta bulwary
sprężyna
jest nierozsłowny widnokrąg
w łydkę ugryzione
nienastrojony
nie do oderwania od śmierci
plemniki dojrzewają w najądrzach
w domu schadzek
dziecko i narośl
urągająca logiki intryga
w miłości skulone
sową
na połamanym krześle
szczudeł tupot
słoń na druty tyje
nurek składany nikomu
w masarni
z mułu wychodzą tysiące
bagnista ujada rzęsa
poranek
chmura
jabłonki
również wystaje z każdej rzeczy
wygląda ze smoczej jamy
spleśniała
oraz żydowscy grabarze
łopatą rozdzielone
w pomidorowej
głaz bezgłowego pilota szkoli
burzy się jagnię zapina szelki
w pluszowej oddali
na południowy wschód od vöru
głaz
kiedy mozart miał dwa lata
w neuronalnym metrze
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
byk
przemieszcza się kura olbrzyma
tramwajem zarosłe
gdzie jest dżem?
w swetrze
do mądrości się przytrafia
albo postać do góry nogami
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
atleta gotowy na raka klapki
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
mapa bez środka
albo postać porzucona
blizna dokonuje osoby
i drobne konkrementy żółciowe
otwór
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
muskularny zad
jak ślepy jest ten ślub
jak wyglądało prawdziwe życie
nietknięty
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
okɔliczności
w miniówie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
paznokieć
rozsypane
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
o krok
chciałabym umrzeć
krowa
ciepły
porcelanowa strzelanina
srebrnokulawy
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
dłuto autobusu
okryte potłuczonym obrazem
piłkarzy chorych na aids
mielony
konduktor
szczebiota mięso
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
proboszczem
pająk
pokryte meszkiem
człowiek nie do oderwania od smyczy
kalarepa
w zakonie
drzewa
okazało się że to prawda
ujada
parasol
małpa śpiewającą na drzewie
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
łotr na apostole uchylając powiekę
mgłą
mandolina zamiast wiosny
chuj odziedziczył naród
człowiek jest tym którym nie chce być
tenorem
panna młoda w rogu sali jeszcze
olej na płótnie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
patelnia wyglądająca jak żywa
u którego lęku mieszkasz?
z paniką kroczy karawan
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
szczur
przewrócony
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
rycerz na koninie
wiatr ma tytuł czapka
na schodach
kakao
wieczność rozpryskujące
świat nie do oderwania od wzroku
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
kochanek
spadzisty poranek
przysięga
kropla przerywa węgorza
rakietą
musisz to zobaczyć
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
plują
księżyc zgasło
o niej chmarzy ziemia
w podmiejskiej kolejce
do mszy
jeż czyha w zakonie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
słowa wdychają się przez inne
piracki balkon żąda pilota
do zatopienia
z niegojącą się raną pachwiny
koza spoglądajaca na drzewo
w wilczurze
zjełczały
torpedą
krokodyl
po chwili grząskie
szyja inwazji krocze
mydło
w jamie otrzewnej
z gzymsu odpadłe