jak ślepy zawadził

jak ślepy jest ten ślub
wilgotna
borówką
sól drgnęła mielony zawadził
w neuronalnym metrze
idiota wyje pomidory
wiatr
w postaci rosy
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
nieruchomo
na antenie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
tunel
korniszon
pyskaty
miękka
do zatopienia
przerywa
jedno jest pewne
larwa
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
przez cały listopad
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
plemniki dojrzewają w najądrzach
wagonów widelec w pobliżu błądzi
po północnej stronie krateru schröter
na tylnych łapach
osioł zbankrutowanym kotem
bez parasola
są światła widzialne i nie
sąsiad
koza spoglądajaca na drzewo
głęboka
wnikliwa
błądzi
człowiek służy też do podlewania ziemi
rzesza wyjątek
krótkochwiły
lufcikiem
do mszy
kroczy
zagląda matce pod majtki
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
z paniką
szczerze
w ubiegłej osobie
aorta brzuszna nieposzerzona
w milczenie zawinięte
nacina
samowściekłe
kreda rozpala warzywa
zwykle pod nosem lub na wardze
papieża
jest są bogiem
ciepły
gorliwa
proboszczem
szaleniec
krowa
krokodyl
łotr na apostole uchylając powiekę
przewrócony
smród to marka gówna uśmiech człowieka
zdolne do niewysuwania wniosków
olbrzyma
kalarepa
chmura
praca czyni kopią
kochanek
spadzisty poranek
wyprostowany bez odpowiedzi
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
cebulowy
olbrzymia
odra zabiła matkę
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
albo postać nieważna
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
fryzura bez kierowcy
życie to nic z tych rzeczy
w puszce
wiadro
w hordzie
cyna pościeli
w podróży
w każdej postaci
morze karłów przewozi oliwa
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wślizguje się
jak wyglądało prawdziwe życie
w wilczurze
kosmos ma miejsce w lupie
piach rozkwita
wydają się ślepo przecinać niebo
kura lepka kangur przewrócony władza drań
słowa wdychają się przez inne
dziurawy fortepian widzi
na schodach
krzyk zarasta bulwary
jest są bogiem zwyczajnie
nie do oderwania od pustki
na trzecim piętrze
wartość tuczna i rzeźna
rzęsa
ślepym podarowane
głaz
zakręca
chuj
szyja inwazji krocze
porcelanowa strzelanina
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
jabłonki
deszcz korbką malowany
nagi bez klucza
mydło
przecięta
biegnie przez grząski jesienny las
sprężyna
w wylęgarni
widelec
czarna cykada chwyta się gałęzi
kwiaty plują
leżał owad w locie
but cebulowy nerwicy
wczesnopierzasta
podrapana
nienasmarowane
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
z gzymsu odpadłe
flanela
ubolewa
potwór przysięga obsesji
w banku
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
nie wiadomo po co
a początek nie ma końca
ręka sunie po udzie
jacht
z nor
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
policjant
po chwili grząskie
i brak obojczyka
drapieżny zemdlał tygrys
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
również wystaje z każdej rzeczy
poranek
byk
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
gryzie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
mapa bez środka
w czerwonej pieczarze
we śnie
srebrnokulawy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
czapka
ja to nikt w liczbie mnogiej
ujada
rozsypane
wiosłują
huśtawka
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
jałowy
w pluszowej oddali
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
wysmukła
światła
pośród lodów arktyki
od zarania
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w masarni
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w futrze
pilota
idiota
statek
w łydkę ugryzione
wygrywa ten kto głębiej zapomina
wygląda ze smoczej jamy
w pomidorowej
nietknięty
piła olbrzyma weryfikuje
świat nie do oderwania od wzroku
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
ma sześć ramion
naprawdę istnieją tylko mniemania
albo postać porzucona
z nadzieją zaślinione
cytat nakręca mydło
sarna spotyka sarnę
kobra nacina przyjęcie
nie do oderwania od mroku
krwią
czyha
dzida
na połamanym krześle
zaciska oczu kleszcze
kobra
murzyn ma wiadro sylaby
oby bozia dał
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
rybą
to ślep stróż
albo postać na niebie
ambitna
zadziorna
david attenborough poświadcza
wspina się na chwilę
szczudeł tupot
pająk
pokryte meszkiem
kto zdechnie wcześniej?
śpiewa zabita pluskiewką
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
obdarty
szpak w puszce wieczór nietknięty
jest nierozsłowny widnokrąg
głód bez kolców
ojciec bez froterki
dziurawy
przenika wtędy
truchleje
obłok płynie utonąć
kropla przerywa węgorza
nieziemskiej urody
biegnie
marszałek
znalazły dziewczynkę
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
jeż czyha w zakonie
powraca
ciemny
jego wysokość
obsesji
żadnego teraz żadnego nigdy
drzewa
tęskni
tenorem
bóg nie do oderwania od wszy
za miastem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
pięknie się wije
w półmroku
oczodołami
dotyk inne mamiątki
paryżanka
w miniówie
jakie pytanie taka krew
często uderzają w wysokie samotne obiekty
burzy się jagnię zapina szelki
przysięga
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
chwiliwarta
zaśnieżonych
pod wpływem oczywistego cudu
stuka
do góry nogami
z paniką kroczy karawan
bez kolców
o krok
piracki balkon żąda pilota
rekin
mucha
taczka do włosów
igła
igła w oko puka
piłkarzy chorych na aids
rywal wkłada tunel
masło się stara
w przybliżeniu nieistniejące
to kruchość jest złotem
lotnisko
i szczypiące trawę jelenie
każdy się rodzi we własnej przepaści
słoń na druty tyje
w przebraniu
klacz
brzmi
jeż
w lustrze
śnieg wymiotuje
w cenie
jak to się stało
strumień lawy pochłania wszystko
człowiek nie do oderwania od smyczy
udaje
blizna
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
rakietą
zamazana
dzwonnica bez kałuży
obywatele istnieją by służyć państwu
w studni
rycerz na koninie
wandale podlewają kwiatki
otyłe
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
tajfun
moknie dziewczęca drużyna
pokrywka
kardynał sztucznych tulipanów
głód
obłok
jabłonki wychodzą z nor
nie do oderwania od szczęścia
armata czerwony poplątał zupę zielony
sunie
w rzeczywistości
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
inną postać tli się
na wardze
głęboka żmija
tygrys
jest taki pociąg dlaczego
przemieszcza się
kakao
w lektyce chwili
tako rzeczą czamorro
obraduje
poduszka bez falochronu
ciemniejący w światło
w swetrze
dłuto autobusu
otwór
w jamie otrzewnej
noc
roztwór
żmija
w nigdy umorusana
węgorza
sową
wagonów
alpinista
przyjęcie
bagnista
albo postać do góry nogami
skalpelem tajfun uważa na schodach
ciało ma postać stróżki
w galaretce rozsiadłe
uważa
o niej chmarzy ziemia
muskularny zad
armata
karawan
udręka
nurek składany nikomu
proszę zamknąć oczy gitarze
mielony
plemeniem
dialekt dzierżawi rolnika
osioł
jakie to piękne!
małpa śpiewającą na drzewie
na południowy wschód od vöru
między muzyką a mózgiem
wypełniony treścią ropną
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
dziś to baśń bez dna
żyrafy
klapki
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
sylaby
drabina opiera się o ścianę
skalpelem
sól
policjant tęskni rzeczy jedzą
zawiedziony
a ty do której masarni należysz?
425 mln lat temu
w locie
nerwicy
zadziorna brzoza w miniówie
proroczy
w obcisłej spódnicy
trzustka prawidłowej wielkości
czarne plamki na liściach klonowych
konduktor
albo postać połamana
u którego lęku mieszkasz?
bagnista ujada rzęsa
twarzą ostemplowany
na odludnej wyspie
koniec przebiega najpierw
pędzi
zjełczały
otoczony przez mywyje
fiołkowy
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
szpak
głowa bez tacy
albo postać nieprzewidziana
czym zbierać czas?
chodziłam po tamtym świecie
kominiarz
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
paznokieć
zdziwiony
światła krwią
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
niepodłączony
taka jest sprawiedliwość
alpinista w futrze na antenie
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
szczebiota mięso
nieśmiały w studni szklany stój
drogą polna
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
to najlepsza ochrona przed zarazą
jamnik tenorem urzędu
w garażu
wchodzi
drapieżny
w zakonie
z turkusowym kamieniem
któremu stadu się kłaniasz?
tonie
a pan daleko?
albo postać odwrócona
stąpa
grad
w porządku własnym
w klatce
kaleka
o ośmiu wargach
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w szyfonowej sukni
torpedą
noc o krok do zatopienia
drzewo bez kapelusza
pieskiem
do straszenia umarłych
do wygniatania marzeń
źle wbite
daleko mu do spiewu płetwali
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
okryte potłuczonym obrazem
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
parasol
w kiełbasie
krążąc wokół ziemi
w gardle
albo postać już niepotrzebna
tuńczyk
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
potrząsa
modlitwą nażarte
pomachajcie tatusiowi
bananów
z mułu wychodzą tysiące
olbrzymia broda torpedą
porcje rozychylają się porcjom
karaluch
stado ze słoniną na oczach
nim się pojawi
w kropce dojrzewające
łopatą rozdzielone
wiatr ma tytuł czapka
stopa bez kaleki
księżyc zgasło
pomidory
szympanse przeglądają się w oknach
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
gdzie jest dżem?
w wylęgarni kwiaty plują
o wieczność się napotyka
prześcieradło się po nim lepi
dotyka
wieczność rozpryskujące
sobą pomazane
do mądrości się przytrafia
musisz to zobaczyć
gigantyczny
z ręką na sercu
pyskaty krucyfiks
sława
umiejscowiona w gruczołach potowych
w podmiejskiej kolejce
pauzą dotknięte
karaluch ciepły jabłkowy
dziecko i narośl
spadł w jej paszczę
głaz bezgłowego pilota szkoli
jak gęsty bywa
szczur
olej na płótnie
w postaci zakrzepów
na stertę
odciskiem w duszy
gumowy
snu muszlo nasza
mgłą
blizna dokonuje osoby
sedno bez izolacji
człowiek jest tym którym nie chce być
agrest pada
kotem
w postaci ulewy
kangur
płonie
55 milionów lat świetlnych od nas
nie do oderwania od wzroku
pokrzywie dłoń wyrasta
tramwajem zarosłe
temu winien
w miłości skulone
wyrasta
w powiększeniu
larwa plemeniem podrapana
w domu schadzek
pięknieje
przebiega
okazało się że to prawda
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
następne jest portofino?
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ząb proroczy wypada głaz
mydliny
harfa
włóczka podwórek
ze słoniną na oczach
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
po dwóch sekundach
z niegojącą się raną pachwiny
piwnica
w nosie
nie do oderwania od śmierci
w kolorze ukrytym
ja do rzeźni jadę
i wszystkie noże posmarowane jodyną
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w kropli
plują
melania trump odwiedza sierociniec
albo postać rozlana
wyzwolony
snu
gdy pęcherzyk graafa pęknie
domysłem świat świeci
bez oczu
czereśnie z tłumanami
szklany
chuj odziedziczył naród
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
chciałabym umrzeć
okɔliczności
o prawidłowej echostrukturze
puszczyk zanurza się śniegu
pęknięty
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
patelnia wyglądająca jak żywa
nienastrojony
atleta gotowy na raka klapki
kochanka
zawsze nas coś omija
na ludzi zakłada wnyki
mandolina zamiast wiosny
mowa ciała sekunda
zręcznie
ptak się kończy
brzegiem i krwią
zemdlał
i drobne konkrementy żółciowe
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jej ciało oplatają węże
na odwrót otulona
ogromnieje do joktotaktu
wzgórza
pokrywka w bażancie stuka
cukierek robotnikowi pieskiem
kura
w drodze do po nic
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
w postaci krzywej
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
w czasie wytrysku
wyje
kominiarz bez ćwierci
czas się w nas umówił z nikim
najeżony
potem dziecko jest już tylko na części
w naczyniu
spleśniała
ukłony
stąd że nie ma żadnego stąd
wywołany przez nauczyciela numer ma za zadanie
siekierą
przemieszcza się kura olbrzyma
zawadził