furia kominiarz

furia bieli i krwisty
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w postaci rosy
pyskaty krucyfiks
zjełczały
potem dziecko jest już tylko na części
ręka sunie po udzie
leżał owad w locie
daleko mu do spiewu płetwali
w podmiejskiej kolejce
sól drgnęła mielony zawadził
przebiega
w powiększeniu
księżyc zgasło
nieziemskiej urody
obsesji
konduktor
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
55 milionów lat świetlnych od nas
drabina opiera się o ścianę
alpinista w futrze na antenie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
drzewo bez kapelusza
czym zbierać czas?
w czeskiej wiosce
za miastem
łopatą rozdzielone
idiota
klapki
sunie
krótkochwiły
stopa bez kaleki
żona zdradza swoją rolę
mapa bez środka
korniszon
w gardle
wieczność rozpryskujące
kroczy
stuka
wartość tuczna i rzeźna
i drobne konkrementy żółciowe
okazało się że to prawda
sprężyna
samica już odbyta
dłuto autobusu
stąpa
na trzecim piętrze
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
wypełniony treścią ropną
słowa wdychają się przez inne
rozsypane
albo postać do góry nogami
sobą pomazane
temu winien
zawadził
z mułu wychodzą tysiące
człowiek jest tym którym nie chce być
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
z nor
muskularny zad
jaśnieje
ciemny
rycerz na koninie
wzgórza
szpak
z nadzieją zaślinione
nie wiedząc o niczym
wiadro
paryżanka
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
w miłości skulone
pośród lodów arktyki
igła
pięknieje
o krok
marszałek
krowa
w locie
pędzi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
kropla przerywa węgorza
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
zakręca
parasol
pięknie się wije
w cenie
deszcz korbką malowany
czarna cykada chwyta się gałęzi
albo postać odwrócona
w ubiegłej osobie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jabłonki
larwa
truchleje
nie do oderwania od szczęścia
w banku
puszczyk zanurza się śniegu
wandale podlewają kwiatki
w zakonie
agrest pada
musisz to zobaczyć
krwią
krokodyl
wyjaśnia kim był podróżny
na ludzi zakłada wnyki
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w kiełbasie
łotr na apostole uchylając powiekę
panna młoda w rogu sali jeszcze
otoczony przez mywyje
murzyn ma wiadro sylaby
obywatele istnieją by służyć państwu
kalarepa
huśtawka
albo postać porzucona
425 mln lat temu
do straszenia umarłych
albo postać już niepotrzebna
kotem
kochanka
aorta brzuszna nieposzerzona
koniec przebiega najpierw
podrapana
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
bez oczu
pomachajcie tatusiowi
najeżony
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
kwiaty plują
kobra
dziurawy fortepian widzi
na tylnych łapach
w domu schadzek
harfa
policjant
nietknięty
nienastrojony
pokrzywie dłoń wyrasta
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
w czerwonej pieczarze
czereśnie z tłumanami
szympanse przeglądają się w oknach
ujada
papieża
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
o wieczność się napotyka
oczodołami
o prawidłowej echostrukturze
rutyna ciągnie puste sanie
kominiarz
zawsze nas coś omija
w lustrze
larwa plemeniem podrapana
wysmukła
drut posadził musztardę
przewrócony
niepodłączony
chmura
kochanek
ukłony
kura lepka kangur przewrócony władza drań
czas się w nas umówił z nikim
melania trump odwiedza sierociniec
na południowy wschód od vöru
głęboka
biegnie
rakietą
david attenborough poświadcza
pokrywka
albo postać nieprzewidziana
karaluch
sarna spotyka sarnę
szaleniec
w półmroku
udaje
ja do rzeźni jadę
krążąc wokół ziemi
kiedy mozart miał dwa lata
wilgotna
fiołkowy
rzesza wyjątek
na schodach
w futrze
taczka do włosów
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
nacina
głaz
strumień lawy pochłania wszystko
tęskni
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
dotyk inne mamiątki
potwór przysięga obsesji
powraca
na odludnej wyspie
często uderzają w wysokie samotne obiekty
oby bozia dał
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
uważa
biegnie przez grząski jesienny las
słoń na druty tyje
wchodzi
kangur
zdziwiony
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
płonie
między muzyką a mózgiem
jakie pytanie taka krew
żadnego teraz żadnego nigdy
urągająca logiki intryga
pyskaty
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w każdej postaci
potrząsa
szyja inwazji krocze
szczerze
w drodze do po nic
na wardze
zaciska oczu kleszcze
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
każdy się rodzi we własnej przepaści
nim się pojawi
piłkarzy chorych na aids
obłok
zostawił dziecko i żonę
kosmos ma miejsce w lupie
krzyk zarasta bulwary
dziecko i narośl
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
burzy się jagnię zapina szelki
z turkusowym kamieniem
fryzura bez kierowcy
w wylęgarni kwiaty plują
w swetrze
ubolewa
proboszczem
żmija
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
chuj odziedziczył naród
cytat nakręca mydło
smród to marka gówna uśmiech człowieka
otwór
okɔliczności
siekierą
łka
ślepym podarowane
przez cały listopad
olbrzyma
wślizguje się
w studni
błękitny mocz
w obcisłej spódnicy
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w wilczurze
piach rozkwita
a początek nie ma końca
spleśniała
to kruchość jest złotem
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
kardynał sztucznych tulipanów
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
któremu stadu się kłaniasz?
poranek
światła krwią
dzwonnica bez kałuży
piwnica
ptak się kończy
wnikliwa
z ręką na sercu
dotyka
w garażu
odciskiem w duszy
szpak w puszce wieczór nietknięty
również wystaje z każdej rzeczy
borówką
brzegiem i krwią
grad
głęboka żmija
zawiedziony
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
z niegojącą się raną pachwiny
nienasmarowane
twarzą ostemplowany
szczudeł tupot
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ambitna
w pluszowej oddali
to ślep stróż
rywal wkłada tunel
zaśnieżonych
do mądrości się przytrafia
tajfun
albo postać rozlana
w milczenie zawinięte
to odczucie
bez parasola
jest są bogiem zwyczajnie
w podróży
pauzą dotknięte
nie wiadomo po co
ciemniejący w światło
w rzeczywistości
głód bez kolców
w klatce
umiejscowiona w gruczołach potowych
błękitny
wczesnopierzasta
dla żartu
snu
armata czerwony poplątał zupę zielony
udręka
a ty do której masarni należysz?
gangrena
moknie dziewczęca drużyna
przerywa
blizna dokonuje osoby
dzida
człowiek służy też do podlewania ziemi
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
powraca na ojczyzny łono
światła
wyje
na odwrót otulona
bagnista
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
pomidory
z paniką kroczy karawan
głaz bezgłowego pilota szkoli
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
drzewo
obłok płynie utonąć
dialekt dzierżawi rolnika
do wygniatania marzeń
nieśmiały w studni szklany stój
w galaretce rozsiadłe
w naczyniu
sąsiad
trzustka prawidłowej wielkości
jego wysokość
z wętylowaną zmarszczką
roztwór
w przybliżeniu nieistniejące
przenika wtędy
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jedno jest pewne
w hordzie
gumowy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w masarni
flanela
o niej chmarzy ziemia
po północnej stronie krateru schröter
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
drapieżny zemdlał tygrys
znalazły dziewczynkę
ma sześć ramion
albo postać na niebie
mydło
prześcieradło się po nim lepi
piracki balkon żąda pilota
spod babiej góry
piła olbrzyma weryfikuje
na stertę
w jamie otrzewnej
wyprostowany bez odpowiedzi
i brak obojczyka
żyrafy
morze karłów przewozi oliwa
statek
głowa bez tacy
śnieg wymiotuje
sedno bez izolacji
inną postać tli się
olbrzymia broda torpedą
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
z gzymsu odpadłe
albo postać nieważna
w nigdy umorusana
we śnie
ojciec bez froterki
w łydkę ugryzione
los się wynurza w falbankach
przyjęcie
jabłonki wychodzą z nor
nagi bez klucza
jest są
ja to nikt w liczbie mnogiej
przysięga
bagnista ujada rzęsa
węgorza
albo postać połamana
patelnia wyglądająca jak żywa
samowściekłe
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
u którego lęku mieszkasz?
pęknięty
olbrzymia
to najlepsza ochrona przed zarazą
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
jeż
taka jest sprawiedliwość
wygląda ze smoczej jamy
w przebraniu
olej na płótnie
paznokieć
wystarczy ją zerwać
z paniką
gorliwa
kura
w puszce
masło się stara
w czasie wytrysku
czarne plamki na liściach klonowych
domysłem świat świeci
jest nierozsłowny widnokrąg
jak to się stało
wiosłują
rzęsa
atleta gotowy na raka klapki
kreda rozpala warzywa
ukryty w przymrozku
błądzi
wyzwolony
igła w oko puka
w szyfonowej sukni
w neuronalnym metrze
do mszy
widelec
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
jak wyglądało prawdziwe życie
brzmi
idiota wyje pomidory
w porządku własnym
w kropli
wyrasta
kakao
na połamanym krześle
tonie
mgłą
kobra nacina przyjęcie
jak ślepy jest ten ślub
nie zaczyna się od
spadzisty poranek
torpedą
sową
chuj
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jest są bogiem
stąd że nie ma żadnego stąd
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
nie do oderwania od pustki
pieskiem
do zatopienia
proroczy
tygrys
tako rzeczą czamorro
pokryte meszkiem
rekin
naprawdę istnieją tylko mniemania
cebulowy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
ciepły
sylaby
wiatr
plemeniem
snu muszlo nasza
pająk
szczebiota mięso
rybą
wydają się ślepo przecinać niebo
a pan daleko?
głód
bez kolców
ciało ma postać stróżki
do góry nogami
tenorem
gdy wszedł nie poznała go
mydliny
karaluch ciepły jabłkowy
następny akt ślepni
gryzie
a ciało wrzuciły do rzeki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
już bogaty
nie do oderwania od śmierci
chciałabym umrzeć
następne jest portofino?
kominiarz bez ćwierci
po 25 latach
w kropce dojrzewające
zagląda matce pod majtki
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
życie to nic z tych rzeczy
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
człowiek nie do oderwania od smyczy
byk
zdolne do niewysuwania wniosków
otyłe
wagonów widelec w pobliżu błądzi
zadziorna
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
obdarty
zwykle pod nosem lub na wardze
mucha
pod wpływem oczywistego cudu
policjant tęskni rzeczy jedzą
czyha
w postaci ulewy
kto zdechnie wcześniej?
gdzie jest dżem?
w pomidorowej
modlitwą nażarte
jakie to piękne!
srebrnokulawy
jeż czyha w zakonie
noc
i wszystkie noże posmarowane jodyną
drapieżny
teofan grek maluje koronkowe majtki
szklany
wiatr ma tytuł czapka
i inne niepodobne
po dwóch sekundach
w postaci krzywej
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
porcelanowa strzelanina
skalpelem tajfun uważa na schodach
tramwajem zarosłe
w postaci zakrzepów
jacht
w wylęgarni
jamnik tenorem urzędu
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
nie do oderwania od mroku
świat nie do oderwania od wzroku
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
zręcznie
chwiliwarta
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
porcje rozychylają się porcjom
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
tunel
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
dozgonnie powleczony nadzieją
pokrywka w bażancie stuka
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
bananów
plują
po chwili grząskie
w kolorze ukrytym
mowa ciała sekunda
but cebulowy nerwicy
praca czyni kopią
zamazana
noc o krok do zatopienia
śpiewa zabita pluskiewką
obraduje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w nosie
drzewa
i szczypiące trawę jelenie
lotnisko
koza spoglądajaca na drzewo
armata
mandolina zamiast wiosny
ze słoniną na oczach
cukierek robotnikowi pieskiem
przecięta
skalpelem
na antenie
zemdlał
jałowy
klacz
osioł
dziś to baśń bez dna
od zarania
wygrywa ten kto głębiej zapomina
wagonów
sława
o ośmiu wargach
drogą polna
jest taki pociąg dlaczego
karawan
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
są światła widzialne i nie
poduszka bez falochronu
spadł w jej paszczę
nerwicy
ząb proroczy wypada głaz
stado ze słoniną na oczach
alpinista
szczur
nurek składany nikomu
bóg nie do oderwania od wszy
przemieszcza się kura olbrzyma
oraz żydowscy grabarze
jej ciało oplatają węże
proszę zamknąć oczy gitarze
w miniówie
cyna pościeli
odra zabiła matkę
dziurawy
w lektyce chwili
okryte potłuczonym obrazem
miękka
pilota
gigantyczny
nieruchomo
źle wbite
plemniki dojrzewają w najądrzach
chodziłam po tamtym świecie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
mielony
blizna
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
tuńczyk
sól
osioł zbankrutowanym kotem
małpa śpiewającą na drzewie
nie do oderwania od wzroku
jak gęsty bywa
zadziorna brzoza w miniówie
przemieszcza się
lufcikiem
włóczka podwórek
powiesiła się
chuj
wilgotna
idiota
pokrywka
lotnisko
gigantyczny
włóczka podwórek
piach rozkwita
ciepły
ptak się kończy
papieża
gorliwa
pięknieje
jak to się stało
szpak w puszce wieczór nietknięty
nieruchomo
nieziemskiej urody
porcelanowa strzelanina
w drodze do po nic
cukierek robotnikowi pieskiem
porcje rozychylają się porcjom
nie wiedząc o niczym
poduszka bez falochronu
w kropli
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
z niegojącą się raną pachwiny
wiosłują
głęboka
a pan daleko?
między muzyką a mózgiem
jabłonki wychodzą z nor
ze słoniną na oczach
szaleniec
o prawidłowej echostrukturze
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
krótkochwiły
wagonów widelec w pobliżu błądzi
obłok płynie utonąć
u którego lęku mieszkasz?
albo postać na niebie
to najlepsza ochrona przed zarazą
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
trzustka prawidłowej wielkości
rycerz na koninie
cyna pościeli
siekierą
gangrena
patelnia wyglądająca jak żywa
dziurawy fortepian widzi
tako rzeczą czamorro
jak wyglądało prawdziwe życie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
przemieszcza się
kto zdechnie wcześniej?
kochanka
drapieżny zemdlał tygrys
kosmos ma miejsce w lupie
łotr na apostole uchylając powiekę
urągająca logiki intryga
zostawił dziecko i żonę
nienastrojony
albo postać połamana
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
taczka do włosów
drut posadził musztardę
szpak
w postaci zakrzepów
już bogaty
plemeniem
w banku
w futrze
okɔliczności
zemdlał
paryżanka
teofan grek maluje koronkowe majtki
w ubiegłej osobie
w miłości skulone
ujada
osioł zbankrutowanym kotem
dozgonnie powleczony nadzieją
sarna spotyka sarnę
jeż czyha w zakonie
murzyn ma wiadro sylaby
łka
pauzą dotknięte
w wylęgarni kwiaty plują
w nosie
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
tenorem
nieśmiały w studni szklany stój
policjant tęskni rzeczy jedzą
słowa wdychają się przez inne
w czasie wytrysku
olbrzymia
rywal wkłada tunel
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
w galaretce rozsiadłe
w półmroku
w wilczurze
jakie to piękne!
w lektyce chwili
armata
pęknięty
burzy się jagnię zapina szelki
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
otyłe
o krok
jest nierozsłowny widnokrąg
gdzie jest dżem?
w podmiejskiej kolejce
przyjęcie
snu
głowa bez tacy
następny akt ślepni
lufcikiem
śpiewa zabita pluskiewką
pokrywka w bażancie stuka
sprężyna
zawadził
mucha
obdarty
pyskaty krucyfiks
zadziorna
oczodołami
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
bagnista
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
odciskiem w duszy
każdy się rodzi we własnej przepaści
ojciec bez froterki
statek
głęboka żmija
widelec
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
dzida
pięknie się wije
przebiega
w szyfonowej sukni
w gardle
w pomidorowej
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
55 milionów lat świetlnych od nas
piwnica
furia bieli i krwisty
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
i szczypiące trawę jelenie
david attenborough poświadcza
czarne plamki na liściach klonowych
blizna
w obcisłej spódnicy
dotyka
do góry nogami
na połamanym krześle
dla żartu
smród to marka gówna uśmiech człowieka
szklany
w domu schadzek
o ośmiu wargach
w kropce dojrzewające
kangur
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
uważa
bagnista ujada rzęsa
szczur
alpinista
źle wbite
któremu stadu się kłaniasz?
do mszy
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
wchodzi
jedno jest pewne
w podróży
na schodach
biegnie
niepodłączony
łopatą rozdzielone
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
nerwicy
odra zabiła matkę
powraca na ojczyzny łono
kominiarz bez ćwierci
pokryte meszkiem
425 mln lat temu
sową
plemniki dojrzewają w najądrzach
poranek
stado ze słoniną na oczach
dłuto autobusu
krzyk zarasta bulwary
tramwajem zarosłe
fryzura bez kierowcy
w hordzie
na odwrót otulona
okazało się że to prawda
to ślep stróż
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
albo postać nieważna
powraca
olej na płótnie
los się wynurza w falbankach
tunel
albo postać odwrócona
człowiek jest tym którym nie chce być
małpa śpiewającą na drzewie
w czerwonej pieczarze
po chwili grząskie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ślepym podarowane
od zarania
albo postać już niepotrzebna
mydliny
szczebiota mięso
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
zaciska oczu kleszcze
w miniówie
przenika wtędy
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
człowiek służy też do podlewania ziemi
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
rakietą
z wętylowaną zmarszczką
drzewo bez kapelusza
to odczucie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
konduktor
w masarni
po 25 latach
zręcznie
z mułu wychodzą tysiące
powiesiła się
drzewa
człowiek nie do oderwania od smyczy
bananów
rzęsa
głód
bez parasola
byk
korniszon
cebulowy
ma sześć ramion
wygrywa ten kto głębiej zapomina
często uderzają w wysokie samotne obiekty
pomidory
oraz żydowscy grabarze
otoczony przez mywyje
skalpelem
nie do oderwania od szczęścia
mowa ciała sekunda
żyrafy
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
wydają się ślepo przecinać niebo
przez cały listopad
obsesji
cytat nakręca mydło
larwa plemeniem podrapana
wzgórza
w klatce
w kolorze ukrytym
atleta gotowy na raka klapki
kura lepka kangur przewrócony władza drań
potrząsa
szyja inwazji krocze
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w porządku własnym
deszcz korbką malowany
but cebulowy nerwicy
i inne niepodobne
albo postać nieprzewidziana
spleśniała
zjełczały
w jamie otrzewnej
w rzeczywistości
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
stopa bez kaleki
chciałabym umrzeć
nie do oderwania od mroku
zdziwiony
głaz
huśtawka
roztwór
ja do rzeźni jadę
drzewo
w lustrze
po dwóch sekundach
pędzi
modlitwą nażarte
marszałek
kominiarz
wślizguje się
nie do oderwania od śmierci
zawiedziony
policjant
skalpelem tajfun uważa na schodach
jest są bogiem zwyczajnie
rzesza wyjątek
melania trump odwiedza sierociniec
kropla przerywa węgorza
wiatr
chmura
na stertę
chodziłam po tamtym świecie
sedno bez izolacji
proboszczem
nurek składany nikomu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
larwa
kreda rozpala warzywa
krążąc wokół ziemi
światła krwią
parasol
jabłonki
w studni
noc o krok do zatopienia
paznokieć
drabina opiera się o ścianę
spod babiej góry
bez kolców
idiota wyje pomidory
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
krwią
mydło
gryzie
kochanek
wiatr ma tytuł czapka
brzmi
jego wysokość
twarzą ostemplowany
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
nagi bez klucza
ukłony
w postaci rosy
nie do oderwania od wzroku
śnieg wymiotuje
kroczy
sunie
w locie
w postaci krzywej
szczudeł tupot
czas się w nas umówił z nikim
jaśnieje
nim się pojawi
bez oczu
klacz
wandale podlewają kwiatki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
kobra
plują
wyzwolony
również wystaje z każdej rzeczy
podrapana
ubolewa
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
światła
masło się stara
piracki balkon żąda pilota
na ludzi zakłada wnyki
kalarepa
wypełniony treścią ropną
na trzecim piętrze
albo postać do góry nogami
agrest pada
zaśnieżonych
pilota
piłkarzy chorych na aids
o wieczność się napotyka
ciemniejący w światło
w powiększeniu
gumowy
przerywa
przemieszcza się kura olbrzyma
jakie pytanie taka krew
karawan
oby bozia dał
szczerze
kwiaty plują
pyskaty
żmija
stuka
sobą pomazane
wagonów
proszę zamknąć oczy gitarze
ręka sunie po udzie
w neuronalnym metrze
jamnik tenorem urzędu
jest taki pociąg dlaczego
są światła widzialne i nie
ciemny
tajfun
z nadzieją zaślinione
harfa
płonie
w czeskiej wiosce
osioł
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
wartość tuczna i rzeźna
tuńczyk
nacina
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
rozsypane
dialekt dzierżawi rolnika
następne jest portofino?
o niej chmarzy ziemia
klapki
jeż
panna młoda w rogu sali jeszcze
życie to nic z tych rzeczy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
a ty do której masarni należysz?
świat nie do oderwania od wzroku
z paniką
najeżony
z ręką na sercu
torpedą
i wszystkie noże posmarowane jodyną
obraduje
w naczyniu
stąd że nie ma żadnego stąd
w garażu
inną postać tli się
alpinista w futrze na antenie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w zakonie
przewrócony
pomachajcie tatusiowi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
do wygniatania marzeń
jest są bogiem
nie do oderwania od pustki
rutyna ciągnie puste sanie
prześcieradło się po nim lepi
jak gęsty bywa
truchleje
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
pod wpływem oczywistego cudu
tygrys
sól drgnęła mielony zawadził
okryte potłuczonym obrazem
rybą
wygląda ze smoczej jamy
sylaby
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
noc
obłok
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
mgłą
w postaci ulewy
z nor
biegnie przez grząski jesienny las
pośród lodów arktyki
księżyc zgasło
wieczność rozpryskujące
wyprostowany bez odpowiedzi
wyje
mandolina zamiast wiosny
wysmukła
daleko mu do spiewu płetwali
karaluch ciepły jabłkowy
kura
zakręca
i drobne konkrementy żółciowe
ukryty w przymrozku
brzegiem i krwią
armata czerwony poplątał zupę zielony
kakao
drogą polna
błękitny mocz
w przebraniu
sól
jacht
flanela
sława
karaluch
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ząb proroczy wypada głaz
z paniką kroczy karawan
ja to nikt w liczbie mnogiej
kardynał sztucznych tulipanów
z turkusowym kamieniem
jej ciało oplatają węże
wyrasta
udręka
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
nienasmarowane
koza spoglądajaca na drzewo
igła w oko puka
przysięga
dotyk inne mamiątki
za miastem
błądzi
w milczenie zawinięte
do mądrości się przytrafia
ciało ma postać stróżki
na południowy wschód od vöru
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w przybliżeniu nieistniejące
w każdej postaci
stąpa
zagląda matce pod majtki
dziś to baśń bez dna
w cenie
w puszce
to kruchość jest złotem
samica już odbyta
zadziorna brzoza w miniówie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
otwór
praca czyni kopią
kotem
piła olbrzyma weryfikuje
samowściekłe
wczesnopierzasta
olbrzyma
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
i brak obojczyka
wystarczy ją zerwać
słoń na druty tyje
gdy wszedł nie poznała go
fiołkowy
snu muszlo nasza
morze karłów przewozi oliwa
mapa bez środka
obywatele istnieją by służyć państwu
ambitna
zdolne do niewysuwania wniosków
w swetrze
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
blizna dokonuje osoby
czyha
na tylnych łapach
we śnie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
na wardze
głód bez kolców
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
a początek nie ma końca
jak ślepy jest ten ślub
muskularny zad
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
czym zbierać czas?
sąsiad
dziecko i narośl
strumień lawy pochłania wszystko
udaje
po północnej stronie krateru schröter
żona zdradza swoją rolę
srebrnokulawy
miękka
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
potem dziecko jest już tylko na części
borówką
chwiliwarta
proroczy
nie wiadomo po co
na antenie
do straszenia umarłych
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
olbrzymia broda torpedą
w wylęgarni
żadnego teraz żadnego nigdy
nie zaczyna się od
taka jest sprawiedliwość
w łydkę ugryzione
w kiełbasie
pieskiem
dziurawy
koniec przebiega najpierw
zawsze nas coś omija
w pluszowej oddali
grad
krokodyl
tonie
wyjaśnia kim był podróżny
pokrzywie dłoń wyrasta
chuj odziedziczył naród
jest są
węgorza
drapieżny
pająk
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
krowa
moknie dziewczęca drużyna
wnikliwa
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
naprawdę istnieją tylko mniemania
igła
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
rekin
przecięta
spadzisty poranek
kobra nacina przyjęcie
domysłem świat świeci
czarna cykada chwyta się gałęzi
nietknięty
albo postać porzucona
aorta brzuszna nieposzerzona
leżał owad w locie
głaz bezgłowego pilota szkoli
błękitny
mielony
spadł w jej paszczę
wiadro
zamazana
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
puszczyk zanurza się śniegu
potwór przysięga obsesji
umiejscowiona w gruczołach potowych
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szympanse przeglądają się w oknach
z gzymsu odpadłe
jałowy
w nigdy umorusana
dzwonnica bez kałuży
tęskni
albo postać rozlana
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
znalazły dziewczynkę
na odludnej wyspie
zwykle pod nosem lub na wardze
bóg nie do oderwania od wszy
czereśnie z tłumanami
kiedy mozart miał dwa lata
a ciało wrzuciły do rzeki
musisz to zobaczyć
temu winien
do zatopienia
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz