stąpa zarosłe

stąpa
korniszon
okɔliczności
w czerwonej pieczarze
głaz
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
ja to nikt w liczbie mnogiej
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
na odwrót otulona
kochanka
tęskni
krzyk zarasta bulwary
przyjęcie
gdzie jest dżem?
agrest pada
stuka
piach rozkwita
są światła widzialne i nie
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
domysłem świat świeci
szczudeł tupot
leżał owad w locie
ciało ma postać stróżki
jest są bogiem
jego wysokość
w kiełbasie
o niej chmarzy ziemia
sarna spotyka sarnę
larwa
armata czerwony poplątał zupę zielony
w miniówie
poduszka bez falochronu
to ślep stróż
zadziorna
larwa plemeniem podrapana
udaje
okryte potłuczonym obrazem
ubolewa
za miastem
zawsze nas coś omija
jabłonki wychodzą z nor
nieruchomo
w kropce dojrzewające
podrapana
truchleje
jest taki pociąg dlaczego
żadnego teraz żadnego nigdy
atleta gotowy na raka klapki
znalazły dziewczynkę
albo postać rozlana
otoczony przez mywyje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
mucha
a pan daleko?
spod babiej góry
siekierą
idiota
kakao
nurek składany nikomu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w puszce
kto zdechnie wcześniej?
wczesnopierzasta
zamazana
jacht
a początek nie ma końca
zawiedziony
torpedą
czym zbierać czas?
policjant tęskni rzeczy jedzą
w klatce
piracki balkon żąda pilota
łotr na apostole uchylając powiekę
w naczyniu
puszczyk zanurza się śniegu
kreda rozpala warzywa
cytat nakręca mydło
pokrzywie dłoń wyrasta
wagonów
w przybliżeniu nieistniejące
biegnie przez grząski jesienny las
ciemniejący w światło
gigantyczny
nerwicy
a ty do której masarni należysz?
przecięta
sobą pomazane
w zakonie
dziś to baśń bez dna
flanela
życie to nic z tych rzeczy
smród to marka gówna uśmiech człowieka
człowiek jest tym którym nie chce być
powraca
idiota wyje pomidory
na antenie
bez parasola
pięknie się wije
wydają się ślepo przecinać niebo
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
szyja inwazji krocze
jak gęsty bywa
marszałek
jeż czyha w zakonie
jest są
pokryte meszkiem
biegnie
zemdlał
to kruchość jest złotem
wilgotna
szaleniec
pająk
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
deszcz korbką malowany
w cenie
widelec
jedno jest pewne
słoń na druty tyje
pokrywka
gorliwa
rywal wkłada tunel
jałowy
425 mln lat temu
armata
do wygniatania marzeń
mgłą
z nor
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
noc
cukierek robotnikowi pieskiem
albo postać odwrócona
u którego lęku mieszkasz?
z ręką na sercu
panna młoda w rogu sali jeszcze
o krok
kosmos ma miejsce w lupie
kura lepka kangur przewrócony władza drań
jak to się stało
tonie
ma sześć ramion
szpak
statek
na ludzi zakłada wnyki
w locie
taczka do włosów
zręcznie
david attenborough poświadcza
udręka
melania trump odwiedza sierociniec
fryzura bez kierowcy
w wilczurze
sąsiad
ukłony
wartość tuczna i rzeźna
z niegojącą się raną pachwiny
kangur
szklany
tunel
jamnik tenorem urzędu
wchodzi
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
alpinista w futrze na antenie
jeż
pyskaty krucyfiks
nieśmiały w studni szklany stój
rekin
temu winien
kochanek
jak ślepy jest ten ślub
karaluch ciepły jabłkowy
pędzi
czas się w nas umówił z nikim
między muzyką a mózgiem
wyprostowany bez odpowiedzi
kroczy
otwór
sprężyna
plemniki dojrzewają w najądrzach
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w postaci rosy
otyłe
kropla przerywa węgorza
w milczenie zawinięte
kominiarz
w lustrze
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
rzesza wyjątek
zagląda matce pod majtki
w pluszowej oddali
teofan grek maluje koronkowe majtki
inną postać tli się
w kropli
w ubiegłej osobie
obłok płynie utonąć
osioł
zawadził
ząb proroczy wypada głaz
borówką
kominiarz bez ćwierci
praca czyni kopią
płonie
kotem
po chwili grząskie
osioł zbankrutowanym kotem
wiadro
zdziwiony
dziecko i narośl
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w wylęgarni kwiaty plują
w pomidorowej
kalarepa
pyskaty
z paniką kroczy karawan
często uderzają w wysokie samotne obiekty
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
śpiewa zabita pluskiewką
do góry nogami
stopa bez kaleki
śnieg wymiotuje
sową
wandale podlewają kwiatki
głaz bezgłowego pilota szkoli
na schodach
albo postać na niebie
szympanse przeglądają się w oknach
blizna
z gzymsu odpadłe
ręka sunie po udzie
dziurawy
otyle
do mszy
nie do oderwania od śmierci
w czasie wytrysku
chodziłam po tamtym świecie
umiejscowiona w gruczołach potowych
stąd że nie ma żadnego stąd
daleko mu do spiewu płetwali
w hordzie
jakie pytanie taka krew
pęknięty
gumowy
cyna pościeli
skalpelem tajfun uważa na schodach
paryżanka
jej ciało oplatają węże
odciskiem w duszy
drapieżny zemdlał tygrys
urągająca logiki intryga
rozsypane
olbrzyma
sława
mielony
taka jest sprawiedliwość
roztwór
człowiek służy też do podlewania ziemi
proszę zamknąć oczy gitarze
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
drogą polna
spadzisty poranek
w postaci krzywej
głowa bez tacy
rzęsa
ja do rzeźni jadę
wysmukła
kwiaty plują
strumień lawy pochłania wszystko
dzwonnica bez kałuży
nagi bez klucza
czereśnie z tłumanami
w porządku własnym
na trzecim piętrze
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
zdolne do niewysuwania wniosków
światła krwią
chwiliwarta
noc o krok do zatopienia
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
w garażu
łopatą rozdzielone
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
nieziemskiej urody
fiołkowy
lotnisko
tenorem
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
przebiega
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
albo postać do góry nogami
w lektyce chwili
nie wiadomo po co
w domu schadzek
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
zaciska oczu kleszcze
morze karłów przewozi oliwa
oczodołami
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
twarzą ostemplowany
i drobne konkrementy żółciowe
burzy się jagnię zapina szelki
bez kolców
sól drgnęła mielony zawadził
piłkarzy chorych na aids
w przebraniu
przerywa
chuj odziedziczył naród
w galaretce rozsiadłe
moknie dziewczęca drużyna
w podmiejskiej kolejce
skalpelem
krwią
bez oczu
drapieżny
chciałabym umrzeć
czarna cykada chwyta się gałęzi
koniec przebiega najpierw
głód
sedno bez izolacji
igła w oko puka
55 milionów lat świetlnych od nas
klapki
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w półmroku
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
alpinista
na południowy wschód od vöru
po dwóch sekundach
cebulowy
jakie to piękne!
dziurawy fortepian widzi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wślizguje się
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
dialekt dzierżawi rolnika
poranek
obraduje
wiatr
krążąc wokół ziemi
w łydkę ugryzione
huśtawka
mydło
aorta brzuszna nieposzerzona
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
rakietą
i szczypiące trawę jelenie
bananów
nie do oderwania od pustki
obywatele istnieją by służyć państwu
porcelanowa strzelanina
sól
albo postać porzucona
masło się stara
światła
plują
włóczka podwórek
w drodze do po nic
w futrze
plemeniem
ujada
źle wbite
nacina
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
oby bozia dał
nie do oderwania od mroku
pomidory
rybą
brzegiem i krwią
but cebulowy nerwicy
szpak w puszce wieczór nietknięty
piła olbrzyma weryfikuje
bagnista ujada rzęsa
w jamie otrzewnej
jest nierozsłowny widnokrąg
od zarania
zakręca
żyrafy
to najlepsza ochrona przed zarazą
albo postać nieprzewidziana
o prawidłowej echostrukturze
kobra
najeżony
krowa
na wardze
porcje rozychylają się porcjom
pilota
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
murzyn ma wiadro sylaby
chuj
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
księżyc zgasło
przemieszcza się kura olbrzyma
wypełniony treścią ropną
bagnista
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ojciec bez froterki
w miłości skulone
następne jest portofino?
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
przewrócony
nim się pojawi
pośród lodów arktyki
jest są bogiem zwyczajnie
tajfun
z turkusowym kamieniem
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
głęboka żmija
nietknięty
wyrasta
potrząsa
byk
srebrnokulawy
nienasmarowane
wieczność rozpryskujące
prześcieradło się po nim lepi
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
spleśniała
świat nie do oderwania od wzroku
pieskiem
w nosie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
pomachajcie tatusiowi
sylaby
każdy się rodzi we własnej przepaści
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ptak się kończy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
olej na płótnie
wagonów widelec w pobliżu błądzi
mowa ciała sekunda
w każdej postaci
samowściekłe
dotyk inne mamiątki
odra zabiła matkę
słowa wdychają się przez inne
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
nienastrojony
przemieszcza się
tygrys
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
wygrywa ten kto głębiej zapomina
proboszczem
w banku
do mądrości się przytrafia
drzewa
w postaci ulewy
wiosłują
paznokieć
klacz
o ośmiu wargach
koza spoglądajaca na drzewo
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
mandolina zamiast wiosny
w rzeczywistości
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w studni
musisz to zobaczyć
wiatr ma tytuł czapka
okazało się że to prawda
patelnia wyglądająca jak żywa
albo postać już niepotrzebna
kura
ze słoniną na oczach
w postaci zakrzepów
wyje
w masarni
w neuronalnym metrze
do straszenia umarłych
zadziorna brzoza w miniówie
we śnie
któremu stadu się kłaniasz?
spadł w jej paszczę
igła
ambitna
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
konduktor
w obcisłej spódnicy
jak wyglądało prawdziwe życie
wnikliwa
i inne niepodobne
z mułu wychodzą tysiące
albo postać połamana
uważa
zwykle pod nosem lub na wardze
albo postać nieważna
naprawdę istnieją tylko mniemania
samica już odbyta
proroczy
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
obdarty
snu muszlo nasza
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
tuńczyk
zaśnieżonych
krokodyl
lufcikiem
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
pauzą dotknięte
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
dzida
na tylnych łapach
jabłonki
błądzi
mydliny
wyzwolony
sunie
muskularny zad
grad
z paniką
mapa bez środka
pięknieje
harfa
w gardle
dotyka
obłok
ogromnieje do joktotaktu
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
nie do oderwania od wzroku
głód bez kolców
ciemny
po północnej stronie krateru schröter
pokrywka w bażancie stuka
w wylęgarni
na stertę
człowiek nie do oderwania od smyczy
przysięga
zjełczały
karaluch
nie do oderwania od szczęścia
w kolorze ukrytym
na połamanym krześle
gryzie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
drabina opiera się o ścianę
modlitwą nażarte
w nigdy umorusana
kobra nacina przyjęcie
na odludnej wyspie
ciepły
w podróży
stado ze słoniną na oczach
żmija
w powiększeniu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
również wystaje z każdej rzeczy
krótkochwiły
blizna dokonuje osoby
karawan
dłuto autobusu
olbrzymia broda torpedą
przenika wtędy
olbrzymia
niepodłączony
tako rzeczą czamorro
brzmi
węgorza
papieża
szczur
chmura
potem dziecko jest już tylko na części
obsesji
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
trzustka prawidłowej wielkości
kardynał sztucznych tulipanów
piwnica
wygląda ze smoczej jamy
pod wpływem oczywistego cudu
szczebiota mięso
drzewo bez kapelusza
szczerze
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
bóg nie do oderwania od wszy
z nadzieją zaślinione
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
rycerz na koninie
o wieczność się napotyka
i brak obojczyka
w swetrze
snu
małpa śpiewającą na drzewie
wzgórza
przez cały listopad
głęboka
czarne plamki na liściach klonowych
miękka
do zatopienia
ślepym podarowane
w szyfonowej sukni
dozgonnie powleczony nadzieją
potwór przysięga obsesji
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
czyha
policjant
parasol
tramwajem zarosłe