huśtawka kopią

huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
zręcznie
śnieg wymiotuje
w swetrze
nagi bez klucza
chodziłam po tamtym świecie
gryzie
cukierek robotnikowi pieskiem
a początek nie ma końca
piracki balkon żąda pilota
w postaci rosy
kominiarz bez ćwierci
grad
w locie
w neuronalnym metrze
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
pyskaty krucyfiks
życie to nic z tych rzeczy
pokrywka
o ośmiu wargach
sława
w rzeczywistości
w kiełbasie
i drobne konkrementy żółciowe
w miniówie
daleko mu do spiewu płetwali
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
samowściekłe
policjant tęskni rzeczy jedzą
w przybliżeniu nieistniejące
atleta gotowy na raka klapki
w postaci ulewy
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
alpinista
moknie dziewczęca drużyna
noc o krok do zatopienia
tajfun
okɔliczności
na wardze
drabina opiera się o ścianę
aorta brzuszna nieposzerzona
potem dziecko jest już tylko na części
wspina się na chwilę
przemieszcza się
widelec
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
wieczność rozpryskujące
szczudeł tupot
człowiek nie do oderwania od smyczy
plemniki dojrzewają w najądrzach
piłkarzy chorych na aids
tonie
śpiewa zabita pluskiewką
fiołkowy
paznokieć
stąd że nie ma żadnego stąd
pauzą dotknięte
w kropce dojrzewające
w wylęgarni kwiaty plują
chwiliwarta
powraca
często uderzają w wysokie samotne obiekty
pilota
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
poduszka bez falochronu
wysmukła
dziurawy
podrapana
dziurawy fortepian widzi
następne jest portofino?
słowa wdychają się przez inne
zakręca
agrest pada
byk
kominiarz
to najlepsza ochrona przed zarazą
nie wiadomo po co
w naczyniu
za miastem
żadnego teraz żadnego nigdy
igła
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w banku
pająk
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
pieskiem
każdy się rodzi we własnej przepaści
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
niepodłączony
pod wpływem oczywistego cudu
w drodze do po nic
przecięta
jak ślepy jest ten ślub
bez kolców
włóczka podwórek
krążąc wokół ziemi
armata
drapieżny
w klatce
wiosłują
bagnista ujada rzęsa
policjant
piła olbrzyma weryfikuje
jeż czyha w zakonie
w garażu
deszcz korbką malowany
wilgotna
z niegojącą się raną pachwiny
temu winien
parasol
wandale podlewają kwiatki
nerwicy
kochanek
jest nierozsłowny widnokrąg
ze słoniną na oczach
pędzi
wiatr
masło się stara
szympanse przeglądają się w oknach
wyprostowany bez odpowiedzi
bez parasola
w przebraniu
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w postaci zakrzepów
pięknieje
w zakonie
głaz bezgłowego pilota szkoli
oczodołami
czarna cykada chwyta się gałęzi
stado ze słoniną na oczach
u którego lęku mieszkasz?
albo postać porzucona
kosmos ma miejsce w lupie
muskularny zad
larwa
koza spoglądajaca na drzewo
otyłe
i szczypiące trawę jelenie
otwór
statek
mydło
gdy pęcherzyk graafa pęknie
sól
425 mln lat temu
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
kto zdechnie wcześniej?
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
idiota wyje pomidory
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
snu
uważa
na odludnej wyspie
stuka
puszczyk zanurza się śniegu
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
z nadzieją zaślinione
w kropli
tuńczyk
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
świat nie do oderwania od wzroku
jak wyglądało prawdziwe życie
albo postać odwrócona
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
wygrywa ten kto głębiej zapomina
kotem
chuj odziedziczył naród
jeż
blizna dokonuje osoby
w domu schadzek
odra zabiła matkę
obywatele istnieją by służyć państwu
na odwrót otulona
jak gęsty bywa
wzgórza
przyjęcie
między muzyką a mózgiem
biegnie przez grząski jesienny las
kangur
piach rozkwita
potwór przysięga obsesji
przez cały listopad
tako rzeczą czamorro
kura
szpak
szyja inwazji krocze
do góry nogami
naprawdę istnieją tylko mniemania
z turkusowym kamieniem
sól drgnęła mielony zawadził
bananów
jakie pytanie taka krew
pomidory
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
czereśnie z tłumanami
igła w oko puka
po dwóch sekundach
spleśniała
chciałabym umrzeć
obraduje
wagonów
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
pyskaty
nie do oderwania od mroku
w półmroku
ma sześć ramion
jedno jest pewne
pośród lodów arktyki
tunel
spadzisty poranek
węgorza
pokryte meszkiem
zdolne do niewysuwania wniosków
david attenborough poświadcza
człowiek służy też do podlewania ziemi
w nigdy umorusana
wygląda ze smoczej jamy
gdzie jest dżem?
piwnica
słoń na druty tyje
nurek składany nikomu
umiejscowiona w gruczołach potowych
w porządku własnym
przenika wtędy
w kolorze ukrytym
w puszce
rekin
to ślep stróż
kobra nacina przyjęcie
larwa plemeniem podrapana
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
proboszczem
obdarty
miękka
zadziorna
zjełczały
wyrasta
głód
małpa śpiewającą na drzewie
ukłony
w powiększeniu
wnikliwa
i wszystkie noże posmarowane jodyną
jest są bogiem zwyczajnie
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
nim się pojawi
biegnie
ślepym podarowane
zadziorna brzoza w miniówie
sobą pomazane
borówką
źle wbite
taczka do włosów
czym zbierać czas?
wiadro
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
dziecko i narośl
a pan daleko?
mowa ciała sekunda
okryte potłuczonym obrazem
ogromnieje do joktotaktu
obłok
kreda rozpala warzywa
zaciska oczu kleszcze
tramwajem zarosłe
osioł zbankrutowanym kotem
ojciec bez froterki
poranek
w hordzie
dotyka
pomachajcie tatusiowi
głaz
kochanka
karaluch
do wygniatania marzeń
w jamie otrzewnej
nieśmiały w studni szklany stój
krzyk zarasta bulwary
wyje
noc
blizna
55 milionów lat świetlnych od nas
huśtawka
ciepły
od zarania
klapki
w podróży
mapa bez środka
jałowy
kwiaty plują
tenorem
do zatopienia
dziś to baśń bez dna
zemdlał
przerywa
albo postać nieważna
wydają się ślepo przecinać niebo
twarzą ostemplowany
na połamanym krześle
sedno bez izolacji
o wieczność się napotyka
rybą
jego wysokość
rzesza wyjątek
tęskni
żmija
stopa bez kaleki
w masarni
snu muszlo nasza
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
przewrócony
na południowy wschód od vöru
to kruchość jest złotem
flanela
skalpelem
truchleje
strumień lawy pochłania wszystko
w futrze
kura lepka kangur przewrócony władza drań
pęknięty
drzewa
jacht
głęboka
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jamnik tenorem urzędu
głowa bez tacy
przemieszcza się kura olbrzyma
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
kobra
jak to się stało
głód bez kolców
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
wchodzi
o niej chmarzy ziemia
po północnej stronie krateru schröter
drapieżny zemdlał tygrys
w studni
wypełniony treścią ropną
ubolewa
pokrywka w bażancie stuka
chuj
tygrys
w milczenie zawinięte
okazało się że to prawda
o prawidłowej echostrukturze
skalpelem tajfun uważa na schodach
gigantyczny
rzeka
wślizguje się
albo postać do góry nogami
paryżanka
olbrzymia
światła krwią
osioł
zwykle pod nosem lub na wardze
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w lektyce chwili
jabłonki
obłok płynie utonąć
jakie to piękne!
korniszon
w wilczurze
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
nie do oderwania od wzroku
cyna pościeli
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
szklany
w lustrze
ciemniejący w światło
pokrzywie dłoń wyrasta
przebiega
karaluch ciepły jabłkowy
rywal wkłada tunel
a ty do której masarni należysz?
roztwór
albo postać na niebie
ząb proroczy wypada głaz
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
nienasmarowane
w łydkę ugryzione
plemeniem
proszę zamknąć oczy gitarze
do mszy
w gardle
w cenie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
i brak obojczyka
proroczy
cytat nakręca mydło
płonie
rakietą
w obcisłej spódnicy
mydliny
drzewo bez kapelusza
smród to marka gówna uśmiech człowieka
lufcikiem
na tylnych łapach
na trzecim piętrze
stąpa
z gzymsu odpadłe
kaleka
ciało ma postać stróżki
sową
zawiedziony
szczebiota mięso
krowa
nienastrojony
mucha
porcelanowa strzelanina
w szyfonowej sukni
udaje
rozsypane
koniec przebiega najpierw
alpinista w futrze na antenie
czapka
albo postać nieprzewidziana
zdziwiony
dłuto autobusu
bóg nie do oderwania od wszy
marszałek
zamazana
zawadził
nacina
patelnia wyglądająca jak żywa
w czasie wytrysku
jest taki pociąg dlaczego
przysięga
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
czyha
z paniką
czas się w nas umówił z nikim
ciemny
w miłości skulone
na schodach
nie do oderwania od szczęścia
spadł w jej paszczę
drogą polna
w pomidorowej
w postaci krzywej
łopatą rozdzielone
krótkochwiły
łotr na apostole uchylając powiekę
oby bozia dał
sarna spotyka sarnę
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wagonów widelec w pobliżu błądzi
olej na płótnie
ambitna
na stertę
nietknięty
w wylęgarni
mgłą
ja do rzeźni jadę
zaśnieżonych
bez oczu
gumowy
któremu stadu się kłaniasz?
kakao
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kropla przerywa węgorza
jabłonki wychodzą z nor
jest są bogiem
w nazywanym
w nosie
na ludzi zakłada wnyki
do mądrości się przytrafia
o krok
szczur
wczesnopierzasta
dialekt dzierżawi rolnika
błądzi
żyrafy
idiota
człowiek jest tym którym nie chce być
konduktor
porcje rozychylają się porcjom
zagląda matce pod majtki
burzy się jagnię zapina szelki
pięknie się wije
obsesji
z ręką na sercu
trzustka prawidłowej wielkości
w podmiejskiej kolejce
domysłem świat świeci
gorliwa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
brzmi
modlitwą nażarte
papieża
księżyc zgasło
nieziemskiej urody
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
najeżony
fryzura bez kierowcy
sylaby
nieruchomo
melania trump odwiedza sierociniec
taka jest sprawiedliwość
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
szczerze
wartość tuczna i rzeźna
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
rzęsa
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
olbrzyma
karawan
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
bagnista
leżał owad w locie
światła
z mułu wychodzą tysiące
ja to nikt w liczbie mnogiej
również wystaje z każdej rzeczy
znalazły dziewczynkę
ptak się kończy
odciskiem w duszy
lotnisko
srebrnokulawy
torpedą
plują
szaleniec
czarne plamki na liściach klonowych
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
mielony
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
po chwili grząskie
kardynał sztucznych tulipanów
rycerz na koninie
do straszenia umarłych
nie do oderwania od śmierci
sąsiad
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
olbrzymia broda torpedą
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
morze karłów przewozi oliwa
krokodyl
albo postać już niepotrzebna
kroczy
sunie
są światła widzialne i nie
armata czerwony poplątał zupę zielony
cebulowy
kalarepa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
albo postać rozlana
brzegiem i krwią
dotyk inne mamiątki
nie do oderwania od pustki
we śnie
klacz
udręka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
chmura
sprężyna
dzida
prześcieradło się po nim lepi
dzwonnica bez kałuży
ręka sunie po udzie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
potrząsa
harfa
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
wyzwolony
wiatr ma tytuł czapka
albo postać połamana
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
na antenie
głęboka żmija
w czerwonej pieczarze
siekierą
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
zawsze nas coś omija
ujada
but cebulowy nerwicy
w pluszowej oddali
z nor
krwią
murzyn ma wiadro sylaby
szpak w puszce wieczór nietknięty
z paniką kroczy karawan
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w galaretce rozsiadłe
jej ciało oplatają węże
praca czyni kopią