pęcherz tęskni

pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w futrze
w neuronalnym metrze
powiesiła się
bez parasola
rzęsa
na schodach
mielony
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kwiaty plują
idiota wyje pomidory
dla żartu
z mułu wychodzą tysiące
człowiek nie do oderwania od smyczy
srebrnokulawy
głaz
wygląda ze smoczej jamy
na trzecim piętrze
w naczyniu
szklany
chciałabym umrzeć
kura lepka kangur przewrócony władza drań
po północnej stronie krateru schröter
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
w łydkę ugryzione
zwykle pod nosem lub na wardze
wagonów
spod babiej góry
w powiększeniu
papieża
siekierą
zawadził
czas się w nas umówił z nikim
w milczenie zawinięte
ptak się kończy
kardynał sztucznych tulipanów
szczerze
szczur
wysmukła
daleko mu do spiewu płetwali
są światła widzialne i nie
bananów
to ślep stróż
obraduje
w klatce
na ludzi zakłada wnyki
jest taki pociąg dlaczego
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
dziurawy fortepian widzi
obsesji
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
marszałek
gdzie jest dżem?
żadnego teraz żadnego nigdy
stąd że nie ma żadnego stąd
mgłą
proboszczem
przenika wtędy
huśtawka
wieczność rozpryskujące
kochanka
żona zdradza swoją rolę
przysięga
miękka
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zawsze nas coś omija
któremu stadu się kłaniasz?
drzewo
znalazły dziewczynkę
w wylęgarni
wnikliwa
albo postać nieprzewidziana
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
od zarania
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
konduktor
snu
na odwrót otulona
a początek nie ma końca
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
pokrzywie dłoń wyrasta
oby bozia dał
w podmiejskiej kolejce
zręcznie
nienastrojony
w miniówie
kosmos ma miejsce w lupie
wygrywa ten kto głębiej zapomina
albo postać odwrócona
murzyn ma wiadro sylaby
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
w studni
jak to się stało
z pogiętym
powraca na ojczyzny łono
tęskni
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
aorta brzuszna nieposzerzona
mapa bez środka
w halce
sława
roztwór
ciało ma postać stróżki
w porządku własnym
z paniką
jeż
jest nierozsłowny widnokrąg
słoń na druty tyje
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w rzeczywistości
sową
wypełniony treścią ropną
jaśnieje
fryzura bez kierowcy
w nosie
425 mln lat temu
lufcikiem
koniec przebiega najpierw
do mszy
obywatele istnieją by służyć państwu
przewrócony
but cebulowy nerwicy
biegnie przez grząski jesienny las
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
drut posadził musztardę
jakie to piękne!
otyłe
słowa wdychają się przez inne
wiatr
rybą
mydliny
modlitwą nażarte
powraca
dziurawy
noc
o ośmiu wargach
jego wysokość
świat nie do oderwania od wzroku
małpa śpiewającą na drzewie
o prawidłowej echostrukturze
igła
następny akt ślepni
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
obdarty
na odludnej wyspie
w masarni
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
karaluch ciepły jabłkowy
jest są tó
los się wynurza w falbankach
kroczy
wilgotna
głęboka
torpedą
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
czereśnie z tłumanami
okazało się że to prawda
nienasmarowane
błękitny mocz
nurek składany nikomu
śpiewa zabita pluskiewką
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
podrapana
zakręca
żmija
a niby dlaczego
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
głód bez kolców
porcje rozychylają się porcjom
strumień lawy pochłania wszystko
poranek
korniszon
rekin
armata
niepodłączony
do góry nogami
nieziemskiej urody
proszę zamknąć oczy gitarze
w kiełbasie
byk
w pluszowej oddali
włóczka podwórek
kangur
kotem
i szczypiące trawę jelenie
kalarepa
oczodołami
przemieszcza się kura olbrzyma
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
twarzą przez nos zakłada maskę
księżyc zgasło
uważa
ręka sunie po udzie
czarna cykada chwyta się gałęzi
a ciało wrzuciły do rzeki
kominiarz
pauzą dotknięte
skalpelem
to odczucie
ujada
borówką
rzesza wyjątek
zamazana
wydają się ślepo przecinać niebo
stąpa
moknie dziewczęca drużyna
pieskiem
pokryte meszkiem
pyskaty
alpinista w futrze na antenie
pokrywka w bażancie stuka
światła krwią
teofan grek maluje koronkowe majtki
leżał owad w locie
ja to nikt w liczbie mnogiej
lotnisko
albo postać połamana
w kropli
jest są bogiem
nie wiedząc o niczym
w postaci ulewy
w swetrze
w garażu
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
tajfun
człowiek służy też do podlewania ziemi
w hordzie
tygrys
nim się pojawi
porcelanowa strzelanina
pęknięty
olbrzyma
krzyk zarasta bulwary
w boskich kaloszach
wiosłują
noc o krok do zatopienia
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
pędzi
wchodzi
a pan daleko?
zadziorna brzoza w miniówie
do mądrości się przytrafia
okryte potłuczonym obrazem
tonie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
koza spoglądajaca na drzewo
ze słoniną na oczach
w drodze do po nic
chodziłam po tamtym świecie
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
na południowy wschód od vöru
musisz to zobaczyć
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
drogą polna
w ubiegłej osobie
o niej chmarzy ziemia
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
snu muszlo nasza
rakietą
jamnik tenorem urzędu
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
płonie
ząb proroczy wypada głaz
armata czerwony poplątał zupę zielony
i inne niepodobne
nacina
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
nie do oderwania od wzroku
szaleniec
sól drgnęła mielony zawadził
wystarczy ją zerwać
w obcisłej spódnicy
klacz
praca czyni kopią
pośród lodów arktyki
osioł
nieśmiały w studni szklany stój
w cenie
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
pomachajcie tatusiowi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jest są
rozsypane
w kropce dojrzewające
david attenborough poświadcza
czyha
głód
hotel kamienny scyzoryk
każdy się rodzi we własnej przepaści
nie do oderwania od szczęścia
patelnia wyglądająca jak żywa
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
gdy wszedł nie poznała go
a ty do której masarni należysz?
statek
czym zbierać czas?
w miłości skulone
albo postać porzucona
burzy się jagnię zapina szelki
dialekt dzierżawi rolnika
światła
rycerz na koninie
w gardle
i drobne konkrementy żółciowe
zjełczały
ubolewa
już bogaty
nie wiadomo po co
spadł w jej paszczę
krokodyl
po 25 latach
mucha
szympanse przeglądają się w oknach
albo postać już niepotrzebna
pod wpływem oczywistego cudu
jabłonki
stuka
w postaci krzywej
masło się stara
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
stopa bez kaleki
po dwóch sekundach
bagnista ujada rzęsa
zawiedziony
widelec
gigantyczny
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
biegnie
gdzie popadnie
tako rzeczą czamorro
tenorem
sprężyna
z paniką kroczy karawan
brzmi
morze karłów przewozi oliwa
łopatą rozdzielone
igła w oko puka
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w kolorze ukrytym
piła olbrzyma weryfikuje
wartość tuczna i rzeźna
głęboka żmija
karaluch
wślizguje się
harfa
kropla przerywa węgorza
taczka do włosów
w szyfonowej sukni
wagonów widelec w pobliżu błądzi
błękitny
plemeniem
z wętylowaną zmarszczką
wzgórza
nie do oderwania od mroku
w banku
do straszenia umarłych
parasol
zdolne do niewysuwania wniosków
życie to nic z tych rzeczy
i brak obojczyka
sylaby
człowiek jest tym którym nie chce być
flanela
ukryty w przymrozku
dziś to baśń bez dna
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
otwór
samica już odbyta
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
wczesnopierzasta
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
bóg nie do oderwania od wszy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
cyna pościeli
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
proroczy
sarna spotyka sarnę
mowa ciała sekunda
gryzie
pomidory
agrest pada
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
prześcieradło się po nim lepi
w puszce
u którego lęku mieszkasz?
bez kolców
dłuto autobusu
potem dziecko jest już tylko na części
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
policjant tęskni rzeczy jedzą
olbrzymia broda torpedą
w półmroku
ma sześć ramion
ukłony
dotyk inne mamiątki
bez oczu
ze stali niepojętej
innego ratunku nie ma
blizna
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
kobra
głaz bezgłowego pilota szkoli
alpinista
krowa
przez cały listopad
ciemny
spadzisty poranek
przebiega
w lustrze
trzustka prawidłowej wielkości
jedno jest pewne
obłok
przyjęcie
pięknie się wije
sedno bez izolacji
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
osioł zbankrutowanym kotem
blizna dokonuje osoby
chwiliwarta
zostawił dziecko i żonę
przecięta
pokrywka
ciepły
między muzyką a mózgiem
otoczony przez mywyje
do wygniatania marzeń
jakie pytanie taka krew
albo postać rozlana
taka jest sprawiedliwość
jeż czyha w zakonie
pilota
urągająca logiki intryga
kobra nacina przyjęcie
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
nie do oderwania od śmierci
kominiarz bez ćwierci
furia bieli i krwisty
tuńczyk
zaśnieżonych
umiejscowiona w gruczołach potowych
chuj odziedziczył naród
panna młoda w rogu sali jeszcze
w wylęgarni kwiaty plują
wyje
źle wbite
udaje
tramwajem zarosłe
szpak w puszce wieczór nietknięty
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
nerwicy
samowściekłe
skalpelem tajfun uważa na schodach
ślepym podarowane
ojciec bez froterki
w każdej postaci
z ręką na sercu
wiatr ma tytuł czapka
dzida
kiedy mozart miał dwa lata
kochanek
poduszka bez falochronu
z gzymsu odpadłe
nagi bez klucza
odciskiem w duszy
zdziwiony
dzwonnica bez kałuży
w czerwonej pieczarze
to kruchość jest złotem
kakao
albrecht dürer płynie
ambitna
sąsiad
obłok płynie utonąć
w postaci zakrzepów
błyskotliwy łagodnie duchowny
jacht
następne jest portofino?
komornik zwilża lub kołomyi
w przybliżeniu nieistniejące
za miastem
spleśniała
potwór przysięga obsesji
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ciemniejący w światło
jak ślepy jest ten ślub
i wszystkie noże posmarowane jodyną
sobą pomazane
dziecko i narośl
plują
wandale podlewają kwiatki
we śnie
na wardze
czarne plamki na liściach klonowych
piwnica
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
albo postać na niebie
mandolina zamiast wiosny
jak gęsty bywa
zagląda matce pod majtki
oraz żydowscy grabarze
drzewa
drabina opiera się o ścianę
twarzą ostemplowany
piłkarzy chorych na aids
często uderzają w wysokie samotne obiekty
w postaci rosy
dotyka
w przebraniu
olbrzymia
atleta gotowy na raka klapki
pyskaty krucyfiks
jabłonki wychodzą z nor
temu winien
drapieżny
naprawdę istnieją tylko mniemania
smród to marka gówna uśmiech człowieka
krążąc wokół ziemi
pająk
karawan
wyzwolony
jej ciało oplatają węże
szczebiota mięso
kura
ja do rzeźni jadę
szczudeł tupot
olej na płótnie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
mydło
piach rozkwita
o wieczność się napotyka
grad
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
chuj
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
policjant
wyjaśnia kim był podróżny
55 milionów lat świetlnych od nas
stado ze słoniną na oczach
śnieg wymiotuje
zadziorna
paznokieć
cytat nakręca mydło
rywal wkłada tunel
klapki
w lektyce chwili
wyprostowany bez odpowiedzi
węgorza
gorliwa
cukierek robotnikowi pieskiem
idiota
w jamie otrzewnej
w galaretce rozsiadłe
z nor
piracki balkon żąda pilota
najeżony
truchleje
zemdlał
odra zabiła matkę
sunie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
żyrafy
pięknieje
inną postać tli się
o krok
nieruchomo
domysłem świat świeci
albo postać do góry nogami
szyja inwazji krocze
larwa
puszczyk zanurza się śniegu
z nadzieją zaślinione
plemniki dojrzewają w najądrzach
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
kto zdechnie wcześniej?
przemieszcza się
sól
w podróży
przerywa
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
na antenie
okɔliczności
w uśmiechu poręcznym
jałowy
nie do oderwania od pustki
rutyna ciągnie puste sanie
na tylnych łapach
paryżanka
potrząsa
głowa bez tacy
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
w zakonie
w czeskiej wiosce
z turkusowym kamieniem
do zatopienia
zaciska oczu kleszcze
jak wyglądało prawdziwe życie
larwa plemeniem podrapana
w pomidorowej
albo postać nieważna
w domu schadzek
drzewo bez kapelusza
szpak
wiadro
krwią
w wilczurze
jest są bogiem zwyczajnie
w locie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
tunel
udręka
również wystaje z każdej rzeczy
łotr na apostole uchylając powiekę
muskularny zad
fiołkowy
melania trump odwiedza sierociniec
gangrena
na stertę
drapieżny zemdlał tygrys
wyrasta
chmura
błądzi
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
to najlepsza ochrona przed zarazą
cebulowy
w nigdy umorusana
gumowy
deszcz korbką malowany
dozgonnie powleczony nadzieją
po chwili grząskie
kreda rozpala warzywa
na połamanym krześle
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
z niegojącą się raną pachwiny
nietknięty
brzegiem i krwią
w czasie wytrysku
krótkochwiły
bagnista
w każdej postaci
patelnia wyglądająca jak żywa
w szyfonowej sukni
dziś to baśń bez dna
w wilczurze
kakao
człowiek nie do oderwania od smyczy
harfa
425 mln lat temu
koza spoglądajaca na drzewo
nie do oderwania od mroku
jakie pytanie taka krew
alpinista w futrze na antenie
ubolewa
zdolne do niewysuwania wniosków
w naczyniu
pięknie się wije
albo postać nieprzewidziana
wyjaśnia kim był podróżny
naprawdę istnieją tylko mniemania
zadziorna brzoza w miniówie
we śnie
umiejscowiona w gruczołach potowych
bagnista
spadł w jej paszczę
na odwrót otulona
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
czyha
porcje rozychylają się porcjom
w kropce dojrzewające
przyjęcie
o ośmiu wargach
jest taki pociąg dlaczego
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
to odczucie
jest nierozsłowny widnokrąg
albo postać już niepotrzebna
klapki
w postaci ulewy
z niegojącą się raną pachwiny
pomachajcie tatusiowi
udaje
sunie
stopa bez kaleki
na trzecim piętrze
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
karaluch ciepły jabłkowy
drzewo bez kapelusza
rekin
jest są
ojciec bez froterki
nieziemskiej urody
to ślep stróż
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
wandale podlewają kwiatki
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
nie do oderwania od pustki
przemieszcza się kura olbrzyma
sól drgnęła mielony zawadził
do mszy
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
z gzymsu odpadłe
rzęsa
w wylęgarni
nie do oderwania od szczęścia
w powiększeniu
małpa śpiewającą na drzewie
zjełczały
otwór
na tylnych łapach
w kropli
zakręca
z paniką
prześcieradło się po nim lepi
człowiek jest tym którym nie chce być
proboszczem
w cenie
w czerwonej pieczarze
wchodzi
chwiliwarta
karawan
przewrócony
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
wnikliwa
ujada
twarzą ostemplowany
zadziorna
jaśnieje
światła krwią
albo postać rozlana
okɔliczności
obsesji
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ciemny
w rzeczywistości
snu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ja do rzeźni jadę
kominiarz
ja to nikt w liczbie mnogiej
jacht
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
łotr na apostole uchylając powiekę
jabłonki wychodzą z nor
drapieżny
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
deszcz korbką malowany
gumowy
w zakonie
pęknięty
z turkusowym kamieniem
już bogaty
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
drabina opiera się o ścianę
od zarania
kwiaty plują
bóg nie do oderwania od wszy
pokrywka
biegnie przez grząski jesienny las
proroczy
mydło
szpak w puszce wieczór nietknięty
ciepły
wysmukła
w łydkę ugryzione
czym zbierać czas?
strumień lawy pochłania wszystko
bagnista ujada rzęsa
w porządku własnym
a początek nie ma końca
jak ślepy jest ten ślub
w wylęgarni kwiaty plują
murzyn ma wiadro sylaby
ręka sunie po udzie
w postaci krzywej
po północnej stronie krateru schröter
czarne plamki na liściach klonowych
daleko mu do spiewu płetwali
rzesza wyjątek
drapieżny zemdlał tygrys
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
nietknięty
na stertę
to najlepsza ochrona przed zarazą
o krok
na wardze
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
potem dziecko jest już tylko na części
furia bieli i krwisty
albo postać porzucona
domysłem świat świeci
dziurawy
nienastrojony
ząb proroczy wypada głaz
nienasmarowane
żmija
zawsze nas coś omija
idiota
kura lepka kangur przewrócony władza drań
na ludzi zakłada wnyki
śnieg wymiotuje
w drodze do po nic
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
nacina
w pluszowej oddali
komornik zwilża lub kołomyi
udręka
szczudeł tupot
na antenie
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
melania trump odwiedza sierociniec
dozgonnie powleczony nadzieją
tunel
płonie
mgłą
nie do oderwania od wzroku
gryzie
powraca na ojczyzny łono
twarzą przez nos zakłada maskę
w nosie
z ręką na sercu
cukierek robotnikowi pieskiem
gangrena
tó tak jest
dzida
sową
rybą
jamnik tenorem urzędu
kto zdechnie wcześniej?
powraca
pokrzywie dłoń wyrasta
teofan grek maluje koronkowe majtki
potrząsa
sedno bez izolacji
w miniówie
nim się pojawi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
światła
w halce
do zatopienia
i szczypiące trawę jelenie
zwykle pod nosem lub na wardze
włóczka podwórek
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
jakie to piękne!
pauzą dotknięte
i drobne konkrementy żółciowe
podrapana
błądzi
parasol
krwią
cytat nakręca mydło
noc o krok do zatopienia
a ciało wrzuciły do rzeki
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
obdarty
plemniki dojrzewają w najądrzach
hotel kamienny scyzoryk
w studni
do góry nogami
musisz to zobaczyć
wilgotna
szczur
szympanse przeglądają się w oknach
pomidory
rutyna ciągnie puste sanie
przecięta
spadzisty poranek
plują
drzewo
wiatr ma tytuł czapka
nie wiadomo po co
sarna spotyka sarnę
marszałek
w przebraniu
dłuto autobusu
ptak się kończy
kalarepa
pokrywka w bażancie stuka
do mądrości się przytrafia
kochanek
pędzi
jej ciało oplatają węże
atleta gotowy na raka klapki
i inne niepodobne
najeżony
na schodach
w ubiegłej osobie
sól
tuńczyk
igła
mucha
flanela
truchleje
tonie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
żona zdradza swoją rolę
dialekt dzierżawi rolnika
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
z nor
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w domu schadzek
przez cały listopad
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
smród to marka gówna uśmiech człowieka
blizna dokonuje osoby
jest są tó
znalazły dziewczynkę
w futrze
u którego lęku mieszkasz?
otyłe
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
burzy się jagnię zapina szelki
roztwór
po chwili grząskie
taczka do włosów
do straszenia umarłych
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
lotnisko
rycerz na koninie
głęboka
panna młoda w rogu sali jeszcze
w galaretce rozsiadłe
siekierą
przebiega
o wieczność się napotyka
po 25 latach
głód bez kolców
w puszce
proszę zamknąć oczy gitarze
głaz bezgłowego pilota szkoli
na połamanym krześle
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
zaciska oczu kleszcze
w garażu
w boskich kaloszach
szczebiota mięso
drut posadził musztardę
olej na płótnie
następny akt ślepni
głęboka żmija
klacz
osioł zbankrutowanym kotem
porcelanowa strzelanina
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nieśmiały w studni szklany stój
krążąc wokół ziemi
kardynał sztucznych tulipanów
pyskaty krucyfiks
tenorem
bez oczu
zawiedziony
jak to się stało
blizna
przerywa
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
morze karłów przewozi oliwa
samowściekłe
brzmi
wiosłują
ukłony
księżyc zgasło
szpak
albo postać odwrócona
temu winien
zagląda matce pod majtki
huśtawka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
gdy wszedł nie poznała go
jeż czyha w zakonie
słowa wdychają się przez inne
wczesnopierzasta
miękka
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
dziecko i narośl
w milczenie zawinięte
krokodyl
stado ze słoniną na oczach
stuka
w miłości skulone
otoczony przez mywyje
kiedy mozart miał dwa lata
tako rzeczą czamorro
przysięga
puszczyk zanurza się śniegu
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
los się wynurza w falbankach
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
pokryte meszkiem
nurek składany nikomu
na południowy wschód od vöru
armata
drogą polna
olbrzymia
pyskaty
fiołkowy
modlitwą nażarte
pająk
tramwajem zarosłe
bananów
są światła widzialne i nie
wzgórza
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
plemeniem
krótkochwiły
idiota wyje pomidory
w uśmiechu poręcznym
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w banku
kropla przerywa węgorza
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
to kruchość jest złotem
wartość tuczna i rzeźna
olbrzyma
koniec przebiega najpierw
zdziwiony
okryte potłuczonym obrazem
w pomidorowej
w swetrze
zręcznie
obłok
przemieszcza się
wypełniony treścią ropną
w przybliżeniu nieistniejące
tajfun
chuj odziedziczył naród
zaśnieżonych
sylaby
potwór przysięga obsesji
alpinista
policjant tęskni rzeczy jedzą
jałowy
piła olbrzyma weryfikuje
powiesiła się
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
masło się stara
mydliny
rozsypane
cebulowy
brzegiem i krwią
zostawił dziecko i żonę
samica już odbyta
srebrnokulawy
jak wyglądało prawdziwe życie
z nadzieją zaślinione
wystarczy ją zerwać
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
za miastem
między muzyką a mózgiem
w czeskiej wiosce
w jamie otrzewnej
jeż
rakietą
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
sąsiad
taka jest sprawiedliwość
w lustrze
piach rozkwita
nie wiedząc o niczym
papieża
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
david attenborough poświadcza
jest są bogiem
pięknieje
szyja inwazji krocze
często uderzają w wysokie samotne obiekty
wiatr
sprężyna
w klatce
zemdlał
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pośród lodów arktyki
albo postać do góry nogami
oby bozia dał
okazało się że to prawda
osioł
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wygrywa ten kto głębiej zapomina
jak gęsty bywa
czas się w nas umówił z nikim
i brak obojczyka
głowa bez tacy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
o prawidłowej echostrukturze
w nigdy umorusana
nagi bez klucza
wyzwolony
krowa
larwa
z mułu wychodzą tysiące
szaleniec
kangur
piracki balkon żąda pilota
spleśniała
urągająca logiki intryga
na odludnej wyspie
kotem
55 milionów lat świetlnych od nas
dotyk inne mamiątki
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
gorliwa
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
fryzura bez kierowcy
ze słoniną na oczach
bez kolców
korniszon
biegnie
w neuronalnym metrze
kroczy
zawadził
przenika wtędy
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać nieważna
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
z paniką kroczy karawan
oraz żydowscy grabarze
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
ukryty w przymrozku
ambitna
larwa plemeniem podrapana
piwnica
pilota
chodziłam po tamtym świecie
obłok płynie utonąć
w hordzie
dla żartu
sobą pomazane
poduszka bez falochronu
pieskiem
uważa
świat nie do oderwania od wzroku
gdzie jest dżem?
z wętylowaną zmarszczką
pod wpływem oczywistego cudu
sława
ślepym podarowane
w czasie wytrysku
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
praca czyni kopią
lufcikiem
w obcisłej spódnicy
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
w półmroku
kobra nacina przyjęcie
w locie
paryżanka
a niby dlaczego
błękitny
snu muszlo nasza
chuj
nieruchomo
cyna pościeli
węgorza
statek
szklany
jego wysokość
kreda rozpala warzywa
armata czerwony poplątał zupę zielony
stąpa
w kolorze ukrytym
chmura
paznokieć
rywal wkłada tunel
igła w oko puka
nie do oderwania od śmierci
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
w postaci rosy
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
błyskotliwy łagodnie duchowny
następne jest portofino?
piłkarzy chorych na aids
żadnego teraz żadnego nigdy
krzyk zarasta bulwary
muskularny zad
stąd że nie ma żadnego stąd
śpiewa zabita pluskiewką
torpedą
inną postać tli się
czarna cykada chwyta się gałęzi
wiadro
żyrafy
obraduje
odra zabiła matkę
wagonów
obywatele istnieją by służyć państwu
dzwonnica bez kałuży
odciskiem w duszy
tygrys
wygląda ze smoczej jamy
borówką
każdy się rodzi we własnej przepaści
wślizguje się
oczodołami
czereśnie z tłumanami
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
wyje
drzewa
mandolina zamiast wiosny
jest są bogiem zwyczajnie
widelec
aorta brzuszna nieposzerzona
w masarni
kosmos ma miejsce w lupie
do wygniatania marzeń
jedno jest pewne
spod babiej góry
w podróży
kura
gigantyczny
wieczność rozpryskujące
szczerze
a pan daleko?
również wystaje z każdej rzeczy
mielony
w kiełbasie
bez parasola
mowa ciała sekunda
trzustka prawidłowej wielkości
skalpelem tajfun uważa na schodach
łopatą rozdzielone
źle wbite
policjant
albo postać połamana
wagonów widelec w pobliżu błądzi
niepodłączony
słoń na druty tyje
dziurawy fortepian widzi
gdzie popadnie
błękitny mocz
noc
ze stali niepojętej
wyprostowany bez odpowiedzi
but cebulowy nerwicy
konduktor
kobra
z pogiętym
grad
albo postać na niebie
ciało ma postać stróżki
dotyka
jabłonki
w gardle
wyrasta
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
skalpelem
mapa bez środka
olbrzymia broda torpedą
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
głaz
ciemniejący w światło
chciałabym umrzeć
zamazana
leżał owad w locie
karaluch
głód
wydają się ślepo przecinać niebo
agrest pada
życie to nic z tych rzeczy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
kominiarz bez ćwierci
a ty do której masarni należysz?
innego ratunku nie ma
nerwicy
w podmiejskiej kolejce
byk
któremu stadu się kłaniasz?
o niej chmarzy ziemia
kochanka
po dwóch sekundach
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
ma sześć ramion
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w lektyce chwili
poranek
moknie dziewczęca drużyna
w postaci zakrzepów
tęskni