kochanka szklany

kochanka
kaleka
sól
snu muszlo nasza
gumowy
również wystaje z każdej rzeczy
nietknięty
obłok płynie utonąć
fryzura bez kierowcy
alpinista w futrze na antenie
na tylnych łapach
węgorza
mydło
brzmi
obsesji
głęboka
udaje
korniszon
szympanse przeglądają się w oknach
agrest pada
w naczyniu
zakręca
nieziemskiej urody
pięknieje
tramwajem zarosłe
w pluszowej oddali
moknie dziewczęca drużyna
policjant
mucha
sprężyna
stado ze słoniną na oczach
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
gdzie jest dżem?
osioł zbankrutowanym kotem
jak gęsty bywa
szczebiota mięso
w wilczurze
porcje rozychylają się porcjom
często uderzają w wysokie samotne obiekty
david attenborough poświadcza
nie do oderwania od wzroku
gryzie
gigantyczny
w obcisłej spódnicy
nurek składany nikomu
srebrnokulawy
sól drgnęła mielony zawadził
albo postać odwrócona
żyrafy
o wieczność się napotyka
na połamanym krześle
z turkusowym kamieniem
otyłe
lotnisko
w milczenie zawinięte
do wygniatania marzeń
armata czerwony poplątał zupę zielony
koza spoglądajaca na drzewo
znalazły dziewczynkę
dotyka
płonie
flanela
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
zadziorna
tuńczyk
w półmroku
w kolorze ukrytym
chuj
ma sześć ramion
piwnica
larwa plemeniem podrapana
proboszczem
przez cały listopad
czarne plamki na liściach klonowych
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
nakręca
i szczypiące trawę jelenie
harfa
igła w oko puka
nie do oderwania od mroku
z nor
stąd że nie ma żadnego stąd
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
o krok
spleśniała
na odludnej wyspie
pokryte meszkiem
krążąc wokół ziemi
jakie to piękne!
wzgórza
klacz
jak to się stało
bagnista
pomachajcie tatusiowi
szpak
ukłony
udręka
krótkochwiły
albo postać rozlana
w przybliżeniu nieistniejące
blizna
przebiega
snu
tenorem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
roztwór
nie do oderwania od śmierci
z nadzieją zaślinione
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
błądzi
a pan daleko?
bóg nie do oderwania od wszy
zwykle pod nosem lub na wardze
zaciska oczu kleszcze
ciepły
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
tygrys
pieskiem
policjant tęskni rzeczy jedzą
burzy się jagnię zapina szelki
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w kropli
pokrywka
przemieszcza się kura olbrzyma
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
rzęsa
kobra nacina przyjęcie
zagląda matce pod majtki
obraduje
albo postać nieważna
wiatr
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
szaleniec
torpedą
kakao
okryte potłuczonym obrazem
jeż
krzyk zarasta bulwary
zdziwiony
z paniką kroczy karawan
to najlepsza ochrona przed zarazą
taka jest sprawiedliwość
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
noc o krok do zatopienia
karaluch
najeżony
rakietą
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
zawadził
sedno bez izolacji
w lektyce chwili
nie do oderwania od szczęścia
albo postać połamana
albo postać na niebie
przemieszcza się
wysmukła
łopatą rozdzielone
odra zabiła matkę
nie wiadomo po co
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
cyna pościeli
w banku
nieborak pomazany
marszałek
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szczerze
sową
drapieżny zemdlał tygrys
jest taki pociąg dlaczego
stopa bez kaleki
wandale podlewają kwiatki
przecięta
w swetrze
zawiedziony
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
od zarania
pokrzywie dłoń wyrasta
pod wpływem oczywistego cudu
małpa śpiewającą na drzewie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
proszę zamknąć oczy gitarze
jałowy
do mszy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
dotyk inne mamiątki
czarna cykada chwyta się gałęzi
papieża
źle wbite
światła krwią
mydliny
wypełniony treścią ropną
w postaci krzywej
piach rozkwita
skalpelem tajfun uważa na schodach
melania trump odwiedza sierociniec
przyjęcie
murzyn ma wiadro sylaby
okɔliczności
jeż czyha w zakonie
głowa bez tacy
w postaci rosy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
nim się pojawi
naprawdę istnieją tylko mniemania
księżyc zgasło
wydają się ślepo przecinać niebo
pęknięty
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
jest nierozsłowny widnokrąg
wagonów widelec w pobliżu błądzi
taczka do włosów
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
aorta brzuszna nieposzerzona
nieruchomo
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w nigdy umorusana
otwór
chodziłam po tamtym świecie
włóczka podwórek
poranek
cebulowy
w neuronalnym metrze
piłkarzy chorych na aids
kalarepa
szyja inwazji krocze
w łydkę ugryzione
między muzyką a mózgiem
kroczy
na stertę
kominiarz
sylaby
głaz
w jamie otrzewnej
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
tajfun
o ośmiu wargach
kangur
dzwonnica bez kałuży
na ludzi zakłada wnyki
osioł
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
drzewo bez kapelusza
w szyfonowej sukni
temu winien
jest są bogiem zwyczajnie
nienastrojony
w locie
kosmos ma miejsce w lupie
śpiewa zabita pluskiewką
paznokieć
czyha
zamazana
rycerz na koninie
strumień lawy pochłania wszystko
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
pyskaty
w masarni
ciemniejący w światło
nerwicy
olbrzymia
piracki balkon żąda pilota
potwór przysięga obsesji
do mądrości się przytrafia
olbrzyma
podrapana
lufcikiem
w czasie wytrysku
obywatele istnieją by służyć państwu
parasol
rzesza wyjątek
pauzą dotknięte
zawsze nas coś omija
blizna dokonuje osoby
po dwóch sekundach
chwiliwarta
i brak obojczyka
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
wilgotna
do zatopienia
na trzecim piętrze
stąpa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
ręka sunie po udzie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
samowściekłe
gorliwa
mielony
zjełczały
wchodzi
niepodłączony
okazało się że to prawda
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
ślepym podarowane
szczur
kobra
kotem
dziecko i narośl
jacht
wyje
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
i drobne konkrementy żółciowe
modlitwą nażarte
o niej chmarzy ziemia
albo postać porzucona
jego wysokość
nie do oderwania od pustki
sława
chuj odziedziczył naród
wiatr ma tytuł czapka
za miastem
wczesnopierzasta
plują
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w cenie
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
czym zbierać czas?
przysięga
zemdlał
drzewa
w miłości skulone
głaz bezgłowego pilota szkoli
alpinista
jedno jest pewne
żmija
odciskiem w duszy
ciało ma postać stróżki
olej na płótnie
pomidory
rzeka
czapka
425 mln lat temu
mgłą
w podróży
wartość tuczna i rzeźna
bananów
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
łotr na apostole uchylając powiekę
koniec przebiega najpierw
słoń na druty tyje
każdy się rodzi we własnej przepaści
szpak w puszce wieczór nietknięty
a ty do której masarni należysz?
drapieżny
rybą
w podmiejskiej kolejce
wnikliwa
świat nie do oderwania od wzroku
nienasmarowane
we śnie
55 milionów lat świetlnych od nas
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
miękka
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
dziś to baśń bez dna
jakie pytanie taka krew
prześcieradło się po nim lepi
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
na schodach
igła
pyskaty krucyfiks
truchleje
nagi bez klucza
ja do rzeźni jadę
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
krowa
skalpelem
w lustrze
dzida
w postaci zakrzepów
i wszystkie noże posmarowane jodyną
mowa ciała sekunda
ze słoniną na oczach
uważa
ubolewa
gdy pęcherzyk graafa pęknie
w kropce dojrzewające
następne jest portofino?
biegnie przez grząski jesienny las
bez kolców
porcelanowa strzelanina
praca czyni kopią
w klatce
sąsiad
zaśnieżonych
w przebraniu
atleta gotowy na raka klapki
w galaretce rozsiadłe
bez parasola
dłuto autobusu
głód
wyprostowany bez odpowiedzi
głód bez kolców
nacina
sunie
spadzisty poranek
wspina się na chwilę
karawan
albo postać nieprzewidziana
jest są bogiem
jak ślepy jest ten ślub
kreda rozpala warzywa
bez oczu
u którego lęku mieszkasz?
biegnie
klapki
pośród lodów arktyki
huśtawka
jabłonki wychodzą z nor
w gardle
słowa wdychają się przez inne
potrząsa
borówką
wygrywa ten kto głębiej zapomina
cytat nakręca mydło
nieśmiały w studni szklany stój
po chwili grząskie
kura lepka kangur przewrócony władza drań
na południowy wschód od vöru
wyzwolony
szczudeł tupot
daleko mu do spiewu płetwali
w garażu
proroczy
z ręką na sercu
to ślep stróż
dziurawy
wiosłują
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
albo postać do góry nogami
potem dziecko jest już tylko na części
ujada
światła
wślizguje się
drabina opiera się o ścianę
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jej ciało oplatają węże
czas się w nas umówił z nikim
w kiełbasie
spadł w jej paszczę
kto zdechnie wcześniej?
na antenie
kropla przerywa węgorza
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w hordzie
deszcz korbką malowany
leżał owad w locie
śnieg wymiotuje
olbrzymia broda torpedą
zdolne do niewysuwania wniosków
w futrze
tonie
idiota wyje pomidory
twarzą ostemplowany
stuka
ojciec bez froterki
przerywa
w wylęgarni kwiaty plują
dialekt dzierżawi rolnika
wiadro
pięknie się wije
w zakonie
z mułu wychodzą tysiące
wagonów
głęboka żmija
tęskni
w pomidorowej
patelnia wyglądająca jak żywa
są światła widzialne i nie
piła olbrzyma weryfikuje
puszczyk zanurza się śniegu
armata
do straszenia umarłych
w czerwonej pieczarze
muskularny zad
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
trzustka prawidłowej wielkości
człowiek nie do oderwania od smyczy
w miniówie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
czereśnie z tłumanami
w rzeczywistości
bagnista ujada rzęsa
któremu stadu się kłaniasz?
noc
kominiarz bez ćwierci
brzegiem i krwią
jabłonki
do góry nogami
z gzymsu odpadłe
albo postać już niepotrzebna
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
statek
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
paryżanka
z paniką
w porządku własnym
kwiaty plują
ciemny
o prawidłowej echostrukturze
powraca
w domu schadzek przy ulicy darcet
przenika wtędy
pokrywka w bażancie stuka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
umiejscowiona w gruczołach potowych
rywal wkłada tunel
smród to marka gówna uśmiech człowieka
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
na wardze
obłok
zręcznie
oby bozia dał
fiołkowy
kardynał sztucznych tulipanów
pająk
tunel
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
larwa
a początek nie ma końca
idiota
po północnej stronie krateru schröter
konduktor
obdarty
morze karłów przewozi oliwa
przewrócony
byk
plemniki dojrzewają w najądrzach
w studni
plemeniem
żadnego teraz żadnego nigdy
jak wyglądało prawdziwe życie
w postaci ulewy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
wygląda ze smoczej jamy
rekin
dziurawy fortepian widzi
ambitna
ja to nikt w liczbie mnogiej
sarna spotyka sarnę
but cebulowy nerwicy
człowiek jest tym którym nie chce być
zadziorna brzoza w miniówie
kura
widelec
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w wylęgarni
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
z niegojącą się raną pachwiny
pilota
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
krwią
jamnik tenorem urzędu
karaluch ciepły jabłkowy
ptak się kończy
pędzi
kochanek
w drodze do po nic
masło się stara
poduszka bez falochronu
siekierą
chmura
mapa bez środka
krokodyl
chciałabym umrzeć
wyrasta
w nosie
oczodołami
w puszce
grad
rozsypane
człowiek służy też do podlewania ziemi
tako rzeczą czamorro
to kruchość jest złotem
cukierek robotnikowi pieskiem
ząb proroczy wypada głaz
szklany