kolejne nigdy

kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w hordzie
zjełczały
w przebraniu
w kropli
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
nagi bez klucza
głaz
olej na płótnie
człowiek służy też do podlewania ziemi
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
okazało się że to prawda
gorliwa
plemeniem
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
piracki balkon żąda pilota
albo postać nieważna
głód
w obcisłej spódnicy
huśtawka
sedno bez izolacji
kreda rozpala warzywa
musisz to zobaczyć
na południowy wschód od vöru
czarne plamki na liściach klonowych
ciepły
czarna cykada chwyta się gałęzi
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
inną postać tli się
albo postać porzucona
pięknieje
przyjęcie
stąpa
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
idiota wyje pomidory
srebrnokulawy
rybą
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
dotyka
nie do oderwania od wzroku
w masarni
sława
z niegojącą się raną pachwiny
pyskaty
jest są bogiem zwyczajnie
głód bez kolców
w rzeczywistości
krwią
w miłości skulone
mucha
smród to marka gówna uśmiech człowieka
to kruchość jest złotem
samowściekłe
jacht
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
wczesnopierzasta
osioł zbankrutowanym kotem
dziś to baśń bez dna
spadzisty poranek
chodziłam po tamtym świecie
tramwajem zarosłe
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w postaci ulewy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
aorta brzuszna nieposzerzona
szaleniec
david attenborough poświadcza
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
dziurawy
policjant tęskni rzeczy jedzą
albo postać na niebie
jak to się stało
podrapana
pokrywka
igła w oko puka
dłuto autobusu
słoń na druty tyje
szklany
nurek składany nikomu
w łydkę ugryzione
urągająca logiki intryga
ujada
byk
kobra
drapieżny
skalpelem
kropla przerywa węgorza
wzgórza
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jak gęsty bywa
obłok płynie utonąć
zawsze nas coś omija
bez kolców
w ubiegłej osobie
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
uważa
szczur
o wieczność się napotyka
nim się pojawi
do góry nogami
łotr na apostole uchylając powiekę
dziecko i narośl
potrząsa
światła
bananów
w pluszowej oddali
twarzą ostemplowany
są światła widzialne i nie
wieczność rozpryskujące
statek
porcje rozychylają się porcjom
larwa
stąd że nie ma żadnego stąd
krótkochwiły
z nadzieją zaślinione
albo postać połamana
żadnego teraz żadnego nigdy
jest taki pociąg dlaczego
wagonów widelec w pobliżu błądzi
pomachajcie tatusiowi
tenorem
szczudeł tupot
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
gdzie jest dżem?
kominiarz
pędzi
wiosłują
chciałabym umrzeć
siekierą
ciało ma postać stróżki
paznokieć
mydliny
źle wbite
miękka
albo postać już niepotrzebna
umiejscowiona w gruczołach potowych
parasol
nerwicy
agrest pada
proszę zamknąć oczy gitarze
w lustrze
borówką
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
przysięga
jabłonki
jedno jest pewne
piach rozkwita
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jest nierozsłowny widnokrąg
w lektyce chwili
z ręką na sercu
wiatr ma tytuł czapka
w banku
w postaci krzywej
w swetrze
do mszy
zemdlał
odra zabiła matkę
pilota
mapa bez środka
nienasmarowane
moknie dziewczęca drużyna
prześcieradło się po nim lepi
płonie
fiołkowy
w futrze
głęboka żmija
proboszczem
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
armata czerwony poplątał zupę zielony
karaluch
w podróży
ojciec bez froterki
kosmos ma miejsce w lupie
świat nie do oderwania od wzroku
w wylęgarni
małpa śpiewającą na drzewie
gumowy
cytat nakręca mydło
obywatele istnieją by służyć państwu
poranek
sową
potwór przysięga obsesji
ręka sunie po udzie
wiatr
w powiększeniu
gryzie
fryzura bez kierowcy
dzwonnica bez kałuży
i szczypiące trawę jelenie
obraduje
rekin
człowiek jest tym którym nie chce być
człowiek nie do oderwania od smyczy
w drodze do po nic
panna młoda w rogu sali jeszcze
pomidory
tuńczyk
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
czereśnie z tłumanami
w galaretce rozsiadłe
w półmroku
nieśmiały w studni szklany stój
55 milionów lat świetlnych od nas
ciemniejący w światło
ślepym podarowane
koza spoglądajaca na drzewo
idiota
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
ptak się kończy
jego wysokość
na tylnych łapach
ogromnieje do joktotaktu
widelec
przez cały listopad
temu winien
ma sześć ramion
pokrywka w bażancie stuka
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
udręka
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
bez oczu
drapieżny zemdlał tygrys
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
i drobne konkrementy żółciowe
puszczyk zanurza się śniegu
w pomidorowej
albo postać do góry nogami
w szyfonowej sukni
głaz bezgłowego pilota szkoli
wyzwolony
również wystaje z każdej rzeczy
na wardze
czyha
kakao
kochanek
w czerwonej pieczarze
spadł w jej paszczę
proroczy
w przybliżeniu nieistniejące
jest są
domysłem świat świeci
pokrzywie dłoń wyrasta
zaciska oczu kleszcze
bagnista
pięknie się wije
trzustka prawidłowej wielkości
koniec przebiega najpierw
niepodłączony
ambitna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
kominiarz bez ćwierci
jałowy
żmija
i brak obojczyka
otyle
z nor
do straszenia umarłych
między muzyką a mózgiem
szympanse przeglądają się w oknach
potem dziecko jest już tylko na części
w każdej postaci
w czasie wytrysku
w zakonie
wnikliwa
przemieszcza się
czym zbierać czas?
kardynał sztucznych tulipanów
wyrasta
od zarania
ze słoniną na oczach
wagonów
zręcznie
w naczyniu
na schodach
tygrys
na odludnej wyspie
biegnie przez grząski jesienny las
obłok
wysmukła
taczka do włosów
jest są bogiem
ukłony
nienastrojony
lufcikiem
kochanka
ciemny
kalarepa
jamnik tenorem urzędu
w studni
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
przewrócony
snu
spleśniała
w podmiejskiej kolejce
karawan
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zwykle pod nosem lub na wardze
za miastem
piła olbrzyma weryfikuje
nie wiadomo po co
w gardle
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
zamazana
mydło
w locie
na odwrót otulona
kwiaty plują
przecięta
wyje
okryte potłuczonym obrazem
to najlepsza ochrona przed zarazą
cebulowy
tako rzeczą czamorro
alpinista
albo postać odwrócona
szyja inwazji krocze
chuj odziedziczył naród
w kiełbasie
w miniówie
kura
wślizguje się
sąsiad
rakietą
zawiedziony
samica już odbyta
rzesza wyjątek
nie do oderwania od mroku
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
na antenie
truchleje
wartość tuczna i rzeźna
w klatce
skalpelem tajfun uważa na schodach
karaluch ciepły jabłkowy
osioł
policjant
drogą polna
gdy pęcherzyk graafa pęknie
tunel
w kolorze ukrytym
wandale podlewają kwiatki
jakie pytanie taka krew
jakie to piękne!
torpedą
sylaby
albo postać nieprzewidziana
odciskiem w duszy
po północnej stronie krateru schröter
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w puszce
dotyk inne mamiątki
modlitwą nażarte
wygrywa ten kto głębiej zapomina
roztwór
sunie
zdziwiony
olbrzymia
krowa
olbrzyma
głowa bez tacy
błądzi
atleta gotowy na raka klapki
pająk
paryżanka
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
dziurawy fortepian widzi
ubolewa
lotnisko
któremu stadu się kłaniasz?
po dwóch sekundach
mgłą
dialekt dzierżawi rolnika
szczerze
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
na trzecim piętrze
dozgonnie powleczony nadzieją
z mułu wychodzą tysiące
papieża
krzyk zarasta bulwary
biegnie
z paniką kroczy karawan
w domu schadzek
klapki
w cenie
w porządku własnym
zadziorna
nie do oderwania od szczęścia
alpinista w futrze na antenie
mielony
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w garażu
noc
bez parasola
i inne niepodobne
jej ciało oplatają węże
włóczka podwórek
życie to nic z tych rzeczy
zakręca
sól
korniszon
konduktor
i wszystkie noże posmarowane jodyną
ząb proroczy wypada głaz
stado ze słoniną na oczach
oczodołami
bagnista ujada rzęsa
wilgotna
krążąc wokół ziemi
szczebiota mięso
a ty do której masarni należysz?
obsesji
śpiewa zabita pluskiewką
pieskiem
do mądrości się przytrafia
w nigdy umorusana
nietknięty
śnieg wymiotuje
sól drgnęła mielony zawadził
rozsypane
przerywa
stopa bez kaleki
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
but cebulowy nerwicy
drzewa
zdolne do niewysuwania wniosków
w postaci zakrzepów
sprężyna
masło się stara
głęboka
o krok
w postaci rosy
jeż czyha w zakonie
kura lepka kangur przewrócony władza drań
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
we śnie
nie do oderwania od śmierci
ja to nikt w liczbie mnogiej
praca czyni kopią
sarna spotyka sarnę
murzyn ma wiadro sylaby
żyrafy
igła
powraca
w wilczurze
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
każdy się rodzi we własnej przepaści
otwór
w jamie otrzewnej
brzegiem i krwią
chwiliwarta
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
w neuronalnym metrze
nacina
szpak w puszce wieczór nietknięty
rywal wkłada tunel
w milczenie zawinięte
nieruchomo
pośród lodów arktyki
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
z gzymsu odpadłe
często uderzają w wysokie samotne obiekty
tęskni
olbrzymia broda torpedą
rzęsa
przemieszcza się kura olbrzyma
pyskaty krucyfiks
słowa wdychają się przez inne
spod babiej góry
kangur
wyprostowany bez odpowiedzi
pęknięty
bóg nie do oderwania od wszy
znalazły dziewczynkę
porcelanowa strzelanina
najeżony
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
drzewo bez kapelusza
harfa
deszcz korbką malowany
jak wyglądało prawdziwe życie
w wylęgarni kwiaty plują
a pan daleko?
nieziemskiej urody
w nosie
do zatopienia
zawadził
blizna dokonuje osoby
noc o krok do zatopienia
otyłe
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
snu muszlo nasza
poduszka bez falochronu
czas się w nas umówił z nikim
u którego lęku mieszkasz?
kto zdechnie wcześniej?
o prawidłowej echostrukturze
kotem
burzy się jagnię zapina szelki
zaśnieżonych
albo postać rozlana
daleko mu do spiewu płetwali
tajfun
obdarty
wchodzi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
morze karłów przewozi oliwa
węgorza
o niej chmarzy ziemia
pokryte meszkiem
o ośmiu wargach
kroczy
patelnia wyglądająca jak żywa
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
blizna
plemniki dojrzewają w najądrzach
następne jest portofino?
zagląda matce pod majtki
wydają się ślepo przecinać niebo
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
księżyc zgasło
plują
szpak
naprawdę istnieją tylko mniemania
tonie
grad
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
do wygniatania marzeń
leżał owad w locie
gigantyczny
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
na ludzi zakłada wnyki
to ślep stróż
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
a początek nie ma końca
wypełniony treścią ropną
zadziorna brzoza w miniówie
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
mandolina zamiast wiosny
okɔliczności
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
flanela
oby bozia dał
klacz
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
brzmi
udaje
stuka
cukierek robotnikowi pieskiem
przenika wtędy
425 mln lat temu
światła krwią
w kropce dojrzewające
jak ślepy jest ten ślub
wiadro
sobą pomazane
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
armata
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nie do oderwania od pustki
drabina opiera się o ścianę
na stertę
z turkusowym kamieniem
rycerz na koninie
pauzą dotknięte
melania trump odwiedza sierociniec
przebiega
ja do rzeźni jadę
piłkarzy chorych na aids
taka jest sprawiedliwość
pod wpływem oczywistego cudu
otoczony przez mywyje
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
chuj
larwa plemeniem podrapana
marszałek
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
chmura
z paniką
łopatą rozdzielone
cyna pościeli
kobra nacina przyjęcie
jabłonki wychodzą z nor
strumień lawy pochłania wszystko
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
mowa ciała sekunda
dzida
wygląda ze smoczej jamy
po chwili grząskie
muskularny zad
krokodyl
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
jeż
piwnica
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
na połamanym krześle
okryte potłuczonym obrazem
gdy pęcherzyk graafa pęknie
pokryte meszkiem
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
udaje
piwnica
do góry nogami
borówką
statek
wiatr ma tytuł czapka
kobra nacina przyjęcie
bóg nie do oderwania od wszy
masło się stara
pająk
tęskni
porcje rozychylają się porcjom
w postaci ulewy
wagonów
w postaci rosy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
brzmi
człowiek nie do oderwania od smyczy
w pomidorowej
głowa bez tacy
kaleka
temu winien
we śnie
dziś to baśń bez dna
obdarty
gumowy
jakie to piękne!
stopa bez kaleki
głaz
w postaci krzywej
wyprostowany bez odpowiedzi
czyha
pięknieje
z paniką kroczy karawan
pomachajcie tatusiowi
żyrafy
wysmukła
bez oczu
jak ślepy jest ten ślub
fryzura bez kierowcy
ząb proroczy wypada głaz
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
zagląda matce pod majtki
mowa ciała sekunda
brzegiem i krwią
w masarni
agrest pada
otoczony przez mywyje
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
olej na płótnie
w przybliżeniu nieistniejące
wślizguje się
jej ciało oplatają węże
przemieszcza się
bagnista ujada rzęsa
jak to się stało
srebrnokulawy
zawiedziony
umiejscowiona w gruczołach potowych
płonie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
melania trump odwiedza sierociniec
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
wygrywa ten kto głębiej zapomina
nie do oderwania od śmierci
przecięta
jak gęsty bywa
zdolne do niewysuwania wniosków
klapki
mandolina zamiast wiosny
ciemniejący w światło
spod babiej góry
głód
udręka
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
przerywa
wagonów widelec w pobliżu błądzi
cyna pościeli
w łydkę ugryzione
mydło
słowa wdychają się przez inne
flanela
rywal wkłada tunel
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
włóczka podwórek
wandale podlewają kwiatki
jacht
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
jeż
ciało ma postać stróżki
fiołkowy
w hordzie
szczur
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
klacz
nie do oderwania od wzroku
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
karaluch ciepły jabłkowy
dziurawy
proszę zamknąć oczy gitarze
w milczenie zawinięte
albo postać odwrócona
w galaretce rozsiadłe
błądzi
z paniką
mucha
człowiek służy też do podlewania ziemi
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
nurek składany nikomu
gorliwa
zręcznie
krótkochwiły
w rzeczywistości
szklany
z gzymsu odpadłe
nie wiadomo po co
wiosłują
burzy się jagnię zapina szelki
cebulowy
olbrzymia
w czerwonej pieczarze
konduktor
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
między muzyką a mózgiem
olbrzymia broda torpedą
tuńczyk
porcelanowa strzelanina
w miniówie
w półmroku
krowa
wydają się ślepo przecinać niebo
gdzie jest dżem?
do wygniatania marzeń
wygląda ze smoczej jamy
w domu schadzek
leżał owad w locie
z ręką na sercu
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
i inne niepodobne
jest są bogiem
jest taki pociąg dlaczego
w postaci zakrzepów
kochanek
papieża
roztwór
w pluszowej oddali
modlitwą nażarte
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zawsze nas coś omija
na stertę
pęknięty
wyzwolony
przenika wtędy
do mądrości się przytrafia
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
na odludnej wyspie
trzustka prawidłowej wielkości
w swetrze
tako rzeczą czamorro
z nadzieją zaślinione
korniszon
wypełniony treścią ropną
cytat nakręca mydło
jego wysokość
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
na wardze
kakao
tygrys
w locie
wilgotna
tenorem
oby bozia dał
puszczyk zanurza się śniegu
albo postać na niebie
odciskiem w duszy
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
przebiega
niepodłączony
ja do rzeźni jadę
głęboka żmija
każdy się rodzi we własnej przepaści
dzida
o prawidłowej echostrukturze
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
węgorza
znalazły dziewczynkę
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
proroczy
nerwicy
skalpelem
blizna dokonuje osoby
chuj odziedziczył naród
wiatr
szympanse przeglądają się w oknach
to ślep stróż
panna młoda w rogu sali jeszcze
ambitna
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
obłok płynie utonąć
i brak obojczyka
truchleje
po północnej stronie krateru schröter
są światła widzialne i nie
zaciska oczu kleszcze
mydliny
w szyfonowej sukni
armata
łopatą rozdzielone
but cebulowy nerwicy
zaśnieżonych
świat nie do oderwania od wzroku
zdziwiony
poranek
o ośmiu wargach
w gardle
czereśnie z tłumanami
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w kropce dojrzewające
zawadził
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w drodze do po nic
rozsypane
ojciec bez froterki
otyłe
żmija
oczodołami
o niej chmarzy ziemia
sunie
w wylęgarni kwiaty plują
krwią
bagnista
za miastem
nacina
okazało się że to prawda
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
albo postać już niepotrzebna
drzewa
spadzisty poranek
nie do oderwania od szczęścia
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w banku
rybą
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sól drgnęła mielony zawadził
jest są
pyskaty
byk
w miłości skulone
mgłą
pośród lodów arktyki
gryzie
samica już odbyta
przewrócony
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
a ty do której masarni należysz?
szczebiota mięso
paznokieć
noc
chwiliwarta
kropla przerywa węgorza
przysięga
na odwrót otulona
kobra
zadziorna
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
człowiek jest tym którym nie chce być
sobą pomazane
i drobne konkrementy żółciowe
jedno jest pewne
dotyk inne mamiątki
naprawdę istnieją tylko mniemania
przez cały listopad
kardynał sztucznych tulipanów
albo postać porzucona
światła krwią
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w klatce
snu
moknie dziewczęca drużyna
chodziłam po tamtym świecie
kochanka
koniec przebiega najpierw
w naczyniu
źle wbite
koza spoglądajaca na drzewo
kominiarz bez ćwierci
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zakręca
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
piach rozkwita
potrząsa
zadziorna brzoza w miniówie
szczudeł tupot
alpinista
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
poduszka bez falochronu
larwa
mielony
pokrywka w bażancie stuka
w cenie
jamnik tenorem urzędu
w wilczurze
kura
czarne plamki na liściach klonowych
plemniki dojrzewają w najądrzach
na ludzi zakłada wnyki
w wylęgarni
tonie
jeż czyha w zakonie
ptak się kończy
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
sedno bez izolacji
najeżony
lufcikiem
albo postać połamana
w kropli
blizna
często uderzają w wysokie samotne obiekty
marszałek
jałowy
biegnie
zjełczały
harfa
torpedą
drapieżny zemdlał tygrys
domysłem świat świeci
muskularny zad
odra zabiła matkę
obraduje
dozgonnie powleczony nadzieją
aorta brzuszna nieposzerzona
albo postać do góry nogami
drabina opiera się o ścianę
w powiększeniu
czym zbierać czas?
zwykle pod nosem lub na wardze
w obcisłej spódnicy
szaleniec
stuka
u którego lęku mieszkasz?
widelec
albo postać nieważna
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
atleta gotowy na raka klapki
sarna spotyka sarnę
nie do oderwania od pustki
karaluch
kalarepa
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
a pan daleko?
olbrzyma
bananów
kominiarz
do mszy
nienasmarowane
dziecko i narośl
pięknie się wije
kroczy
samowściekłe
na tylnych łapach
do zatopienia
kotem
drzewo bez kapelusza
smród to marka gówna uśmiech człowieka
sąsiad
ujada
jest są bogiem zwyczajnie
w podmiejskiej kolejce
ja to nikt w liczbie mnogiej
jak wyglądało prawdziwe życie
ze słoniną na oczach
czarna cykada chwyta się gałęzi
taczka do włosów
albo postać rozlana
w kiełbasie
larwa plemeniem podrapana
w porządku własnym
dziurawy fortepian widzi
bez kolców
spleśniała
chmura
miękka
alpinista w futrze na antenie
w zakonie
proboszczem
ciemny
wzgórza
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
nagi bez klucza
stąd że nie ma żadnego stąd
rekin
następne jest portofino?
nieziemskiej urody
twarzą ostemplowany
wnikliwa
jakie pytanie taka krew
kwiaty plują
albo postać nieprzewidziana
okɔliczności
pokrywka
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
chciałabym umrzeć
nie do oderwania od mroku
czas się w nas umówił z nikim
idiota wyje pomidory
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
rzesza wyjątek
na antenie
sława
piłkarzy chorych na aids
od zarania
pauzą dotknięte
w jamie otrzewnej
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
patelnia wyglądająca jak żywa
skalpelem tajfun uważa na schodach
dzwonnica bez kałuży
wczesnopierzasta
daleko mu do spiewu płetwali
krokodyl
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w nosie
łotr na apostole uchylając powiekę
sową
szpak w puszce wieczór nietknięty
szyja inwazji krocze
śpiewa zabita pluskiewką
w futrze
z mułu wychodzą tysiące
śnieg wymiotuje
pędzi
noc o krok do zatopienia
chuj
spadł w jej paszczę
głaz bezgłowego pilota szkoli
potem dziecko jest już tylko na części
krzyk zarasta bulwary
w podróży
piła olbrzyma weryfikuje
sól
kreda rozpala warzywa
policjant tęskni rzeczy jedzą
piracki balkon żąda pilota
grad
to najlepsza ochrona przed zarazą
tunel
deszcz korbką malowany
bez parasola
na połamanym krześle
zamazana
po dwóch sekundach
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
powraca
obsesji
inną postać tli się
huśtawka
drapieżny
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
również wystaje z każdej rzeczy
paryżanka
karawan
w ubiegłej osobie
pod wpływem oczywistego cudu
pilota
w przebraniu
cukierek robotnikowi pieskiem
jabłonki wychodzą z nor
potwór przysięga obsesji
szpak
nim się pojawi
strumień lawy pochłania wszystko
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
otwór
życie to nic z tych rzeczy
pyskaty krucyfiks
pokrzywie dłoń wyrasta
z turkusowym kamieniem
plemeniem
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
otyle
prześcieradło się po nim lepi
z nor
kangur
stąpa
armata czerwony poplątał zupę zielony
david attenborough poświadcza
igła w oko puka
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
księżyc zgasło
ręka sunie po udzie
wieczność rozpryskujące
osioł zbankrutowanym kotem
idiota
w lustrze
głęboka
w czasie wytrysku
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
rycerz na koninie
nietknięty
z niegojącą się raną pachwiny
nieśmiały w studni szklany stój
małpa śpiewającą na drzewie
po chwili grząskie
zemdlał
tramwajem zarosłe
przemieszcza się kura olbrzyma
o krok
w lektyce chwili
wyje
szczerze
morze karłów przewozi oliwa
obywatele istnieją by służyć państwu
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
na schodach
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
osioł
snu muszlo nasza
plują
policjant
któremu stadu się kłaniasz?
urągająca logiki intryga
rzęsa
sprężyna
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
tajfun
uważa
słoń na druty tyje
przyjęcie
wartość tuczna i rzeźna
o wieczność się napotyka
stado ze słoniną na oczach
taka jest sprawiedliwość
igła
pomidory
425 mln lat temu
wiadro
światła
na trzecim piętrze
ukłony
w garażu
pieskiem
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
55 milionów lat świetlnych od nas
w puszce
mapa bez środka
jest nierozsłowny widnokrąg
siekierą
a początek nie ma końca
w każdej postaci
w studni
musisz to zobaczyć
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
dialekt dzierżawi rolnika
sylaby
nienastrojony
wchodzi
kura lepka kangur przewrócony władza drań
głód bez kolców
nieruchomo
krążąc wokół ziemi
gigantyczny
ślepym podarowane
podrapana
i szczypiące trawę jelenie
drogą polna
na południowy wschód od vöru
do straszenia umarłych
praca czyni kopią
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w nigdy umorusana
jabłonki
obłok
wyrasta
dłuto autobusu
w neuronalnym metrze
parasol
ogromnieje do joktotaktu
biegnie przez grząski jesienny las
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
kosmos ma miejsce w lupie
w kolorze ukrytym
kto zdechnie wcześniej?
murzyn ma wiadro sylaby
ubolewa
to kruchość jest złotem
ciepły
ma sześć ramion
rakietą
lotnisko
dotyka
żadnego teraz żadnego nigdy