kosmos kłów

kosmos ma miejsce w lupie
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
a ty do której masarni należysz?
z mułu wychodzą tysiące
wchodzi
do zatopienia
kangur
ujada
bez oczu
w galaretce rozsiadłe
sprężyna
na niebie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
policjant
z ulicy przywleczone
jakie to piękne!
wyprostowany bez odpowiedzi
lotnisko
stuka
z niegojącą się raną pachwiny
chuj odziedziczył naród
gdy pęcherzyk graafa pęknie
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
o krok
smród to marka gówna uśmiech człowieka
życie jest jawate i tyle samo warte
albo postać na niebie
samowściekłe
nie do oderwania od wzroku
wiosłują
spleśniała
karaluch
wydają się ślepo przecinać niebo
7/24
flanela
leżał
albo postać odwrócona
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
pyskaty
na odludnej wyspie
między muzyką a mózgiem
do mszy
tajfun
w czasie wytrysku
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
kakao
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
samotne
byk
robotnikowi
w przebraniu
proszę zamknąć oczy
w postaci krzywej
naród
z paniką kroczy karawan
zemdlał
blizna
torpedą
nagi bez klucza
pokrywka
tako rzeczą czamorro
szczurowi
przez cały listopad
chuj
owad
głaz bezgłowego pilota szkoli
wyzwolony
dłuto autobusu
kura lepka kangur przewrócony władza drań
sową
larwa plemeniem podrapana
dotyka
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wnikliwa
w locie
pełni
plują
potrząsa
chodziłam po tamtym świecie
papieża
naprawdę istnieją tylko mniemania
szympanse przeglądają się w oknach
brzoza
po chwili grząskie
ciemniejący w światło
olbrzymia
ciało ma postać stróżki
puka
ma sześć ramion
bóg nie do oderwania od wszy
stygnie
prześcieradło się po nim lepi
krążąc wokół ziemi
zdziwiony
tuńczyk
cyna pościeli
trup
w podskokach utwardzone
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
drabina opiera się o ścianę
na raka
otwiera usta
idiota
w jamie otrzewnej
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
wtędy
bezimienny
rozsypane
w lustrze
wzgórza
żadnego teraz żadnego nigdy
znalazły dziewczynkę
ambitna
ejże i wodorosty
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
stopa bez kaleki
kroczy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
tunel
pośród lodów arktyki
murzyn ma wiadro sylaby
kotem
tęskni
zadziorna brzoza w miniówie
również wystaje z każdej rzeczy
wślizguje się
do mądrości się przytrafia
drapieżny zemdlał tygrys
brzmi
wartość tuczna i rzeźna
czyha
mgłą
kardynał sztucznych tulipanów
odciskiem w duszy
na południowy wschód od vöru
przewija się przez sztukę patty chang
morze karłów przewozi oliwa
światła
jest są bogiem
siekierą kangur tęskni na trzecim piętrze miękka sprężyna wchodzi
snu muszlo nasza
umiejscowiona w gruczołach potowych
śnieg wymiotuje
szczerze
cebulowy
za miastem
w podmiejskiej kolejce
425 mln lat temu
piłkarzy chorych na aids
kikutami wabiące
flądry
nie do oderwania od mroku
nietknięty
na wardze
zielony
armata
ja to nikt w liczbie mnogiej
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
jak ślepy jest ten ślub
w podróży
gumowy
w zakonie
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
często uderzają w wysokie samotne obiekty
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
albo postać nieważna
po północnej stronie krateru schröter
pod wpływem oczywistego cudu
przebiega
zawsze nas coś omija
głód
wilgotna
kto zdechnie wcześniej?
biały tygrys w locie
krótkochwiły
nie wiadomo po co
aorta brzuszna nieposzerzona
gigantyczny
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
fiołkowy
srebrnokulawy
odziedziczył
tonie
nakręca
szczur
w postaci zakrzepów
chwiliwarta
koniec przebiega najpierw
z turkusowym kamieniem
idź za nim
miękka
olej na płótnie
zwleka
taczka do włosów
dziurawy
dziś to baśń bez dna
jest są bogiem zwyczajnie
rzęsa
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
mleczny
pokryte meszkiem
osioł
to ślep stróż
o drga u rzeka i los targa
i szczypiące trawę jelenie
szkoli
dzida
plakat
przemieszcza się
na czarno
lecące mewy
igła w oko puka
osioł zbankrutowanym kotem
balkon
włóczka podwórek
sylaby
dziecko i narośl
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
rakietą
burzy się jagnię zapina szelki
bezgłowego
ubrana na czarno
w nosie
obdarty
ciepły
pęknięty
w przybliżeniu nieistniejące
pięknie się wije
wierzgające dzikie konie
melania trump odwiedza sierociniec
i brak obojczyka
otyłe
zakręca
deszcz korbką malowany
zwykle pod nosem lub na wardze
o prawidłowej echostrukturze
kwiaty śliwy w złotym wazonie
plastelina w swej skromności
podłoga
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w kiełbasie
fortepian
niepodłączony
piracki balkon żąda pilota
w pomidorowej
chciałabym umrzeć
nienastrojony
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
gitarze
dziewica w czerwonej kalce rozpoczęta
alpinista w futrze na antenie
temu winien
rzeka
kropla
okazało się że to prawda
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jeż
sunie
to najlepsza ochrona przed zarazą
david attenborough poświadcza
przemieszcza się kura olbrzyma
albo postać połamana
skalpelem tajfun uważa na schodach
to kruchość jest złotem
biegnie
okɔliczności
i drobne konkrementy żółciowe
parasol
do góry nogami
węgorza
tenorem
armata czerwony poplątał zupę zielony
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ciemny
atleta gotowy na raka klapki
ptak się kończy
krwią
spadł w jej paszczę
stąpa
spadzisty poranek
kominiarz
tygrys
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
rzesza wyjątek
gryzie
ząb
blizna dokonuje osoby
sedno bez izolacji
praca czyni kopią
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kobra
któremu stadu się kłaniasz?
połamana
pobożny
drzewa
w neuronalnym metrze
otwór
następne jest portofino?
szczebiota mięso
szpak
kwiaty plują
marszałek
czarna cykada chwyta się gałęzi
zręcznie
w porządku własnym
o niej chmarzy ziemia
obłok płynie utonąć
człowiek służy też do podlewania ziemi
gorliwa
we śnie
jamnik
nogi
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
rozpala
gdzie jest dżem?
w szyfonowej sukni
przerywa
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
z paniką
plemniki dojrzewają w najądrzach
kochanka
szpak w puszce wieczór nietknięty
mowa ciała sekunda
proszę zamknąć oczy gitarze
kwiaty
warzywa
skalpelem
daleko mu do spiewu płetwali
czas się w nas umówił z nikim
wagonów
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
cukierek robotnikowi pieskiem
i wszystkie noże posmarowane jodyną
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w kropli
na stertę
mydło
jakie pytanie taka krew
cytat
solistą
muskularny zad
harfa
po dwóch sekundach
snu
koza spoglądajaca na drzewo
przecinka
jak wyglądało prawdziwe życie
płonie
ręka sunie po udzie
w klatce czyha
modlitwą nażarte
borówką
w puszce
czemu ptaki piją?
wiatr ma tytuł czapka
w łydkę ugryzione
masło się stara
najeżony
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
jedno jest pewne
szczudeł tupot
kochanek
w bażancie
uważa
kropla przerywa węgorza
broda
w gardle
nie do oderwania od śmierci
sól
twarzą ostemplowany
albo postać rozlana
są światła widzialne i nie
szklany
to czyste zimno okryte potłuczonym obrazem
w wylęgarni
szaleniec
å po szwedzku
w półmroku
osoby
nadszedł umknęło
ja do rzeźni jadę
rywal wkłada tunel
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
nieśmiały w studni szklany stój
klapki
jamnik tenorem urzędu
pędzi
już niepotrzebna
mydliny
rycerz na koninie
jest są
albo postać do góry nogami
krokodyl
żyrafy
ze słoniną na oczach
na ludzi zakłada wnyki
na tylnych łapach
podrapana
potem dziecko jest już tylko na części
pilota
grad
w popłochu
powodzi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
jej ciało oplatają węże
pauzą dotknięte
zadziorna
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
człowiek nie do oderwania od smyczy
kominiarz bez ćwierci
łotr na apostole uchylając powiekę
słowa wdychają się przez inne
szyja inwazji krocze
pieskiem
celebryta
albo postać porzucona
bananów
na trzecim piętrze
porcelanowa strzelanina
udaje
igła
murzyn
moknie dziewczęca drużyna
drgnęła
w oko
jest taki pociąg dlaczego
huśtawka
ślepym podarowane
wandale podlewają kwiatki
piła olbrzyma weryfikuje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
stąd że nie ma żadnego stąd
ojciec bez froterki
policjant tęskni rzeczy jedzą
stado ze słoniną na oczach
fryzura bez kierowcy
sarna spotyka sarnę
nie do oderwania od szczęścia
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
puszczyk zanurza się śniegu
karaluch ciepły jabłkowy
idiota wyje pomidory
w hordzie
oby bozia dał
włosy na piersiach
roztwór
ukłony
przecięta
plemeniem
w milczenie zawinięte
strumień lawy pochłania wszystko
pomidory
a początek nie ma końca
stosuje
jabłonki wychodzą z nor
łopatą rozdzielone
od zarania
w swetrze
to alfons
bez parasola
stado
albo postać już niepotrzebna
zamazana
korniszon
paznokieć
lufcikiem
jacht
rybą
sól drgnęła mielony zawadził
do wygniatania marzeń
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w lektyce chwili
oczodołami
proroczy
pustkę uzupełnia się wiekiem
wczesnopierzasta
światła krwią
w miłości skulone
brutalnie
patykiem wzruszone
śliną ogarnięte
widelec
sława
trzustka prawidłowej wielkości
pyskaty krucyfiks
obłok
żmija
wypowiada
co rok gorzej z moim francuskim
kalarepa
jak gęsty bywa
w drodze do po nic
zaciska oczu kleszcze
z gzymsu odpadłe
potwór
kreda
truchleje
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
weryfikuje
nurek składany nikomu
taka jest sprawiedliwość
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
pokrzywie dłoń wyrasta
zawiedziony
alpinista
larwa
w pluszowej oddali
konduktor
albo postać nieprzewidziana
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
sąsiad
czym zbierać czas?
zamawia
pokrywka w bażancie stuka
agrest pada
krowa
cytat nakręca mydło
rozpadliwa
do straszenia umarłych
ubolewa
nieważna
wyje
wiadro
w masarni
patelnia wyglądająca jak żywa
każde ja ocala 86000000000 zjaw
bagnista
drzewo bez kapelusza
frytki
w studni
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
jak to się stało
porywa
w klatce
milczenie
potrąconym zarażone
małpa śpiewającą na drzewie
wdowy
wspina się na chwilę
mapa bez środka
nerwicy
olbrzymia broda torpedą
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w postaci ulewy
noc o krok do zatopienia
krzyk zarasta bulwary
w postaci rosy
nienasmarowane
jego wysokość
chmura
czereśnie z tłumanami
dialekt dzierżawi rolnika
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
świat nie do oderwania od wzroku
wełnę
porzucona
na antenie
a pan daleko?
w futrze
idzie wzdłuż płotu
piach rozkwita
potwór przysięga obsesji
podnosi do ust by go ssać
pięknieje
wygrywa ten kto głębiej zapomina
leżał owad w locie
okrąża
dlatego świat się ulatnia
nim się pojawi
piwnica
głęboka żmija
odwrócona
spisuje
wypełniony treścią ropną
zdolne do niewysuwania wniosków
paryżanka
zaśnieżonych
poduszka bez falochronu
drapieżny
obywatele istnieją by służyć państwu
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
na połamanym krześle
głęboka
rozlana
pająk
źle wbite
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
o ośmiu wargach
mucha
drań
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
powraca
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
noc
lepka
statek
tramwajem zarosłe
śpiewa zabita pluskiewką
jedzą
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
odra zabiła matkę
w cenie
człowiek jest tym którym nie chce być
porcelanowa
bez kolców
przewrócony
but cebulowy nerwicy
o wieczność się napotyka
poplątał
dzwonnica bez kałuży
nie do oderwania od pustki
wyrasta
na schodach
ciszy nieoddające
mielony
proboszczem
kreda rozpala warzywa
w obcisłej spódnicy
przysięga
każdy się rodzi we własnej przepaści
stój
słoń na druty tyje
porcje rozychylają się porcjom
w wylęgarni kwiaty plują
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nieprzewidziana
poranek
przyjęcie
kobra nacina przyjęcie
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
zjełczały
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
krewnym
w kolorze ukrytym
nieruchomo
ząb proroczy wypada głaz
nieziemskiej urody
u którego lęku mieszkasz?
w miniówie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
udręka
nacina
olbrzyma
księżyc zgasło
cichy
obsesji
z ręką na sercu
jeż czyha w zakonie
wszystkim się brzydzi pomazaniec
błądzi
głód bez kolców
kot i mysz w jednej norze
głowa bez tacy
żąda opowieści
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
siekierą
czarne plamki na liściach klonowych
bagnista ujada rzęsa
kura
czapka
zawadził
zamieszany
brzegiem i krwią
wiatr
dziurawy fortepian widzi
klacz
jałowy
w naczyniu
głaz
w czerwonej pieczarze
w wilczurze
cukierek
feniks igrający w czerwonej pieczarze
wygląda ze smoczej jamy
pomachajcie tatusiowi
w banku
w rzeczywistości
widok
kaleka
wysmukła
z nor
obskurny
w kropce dojrzewające
zagląda matce pod majtki
55 milionów lat świetlnych od nas
w garażu
obraduje
biegnie przez grząski jesienny las
rekin
jest nierozsłowny widnokrąg
jabłonki
karawan
wyciąganie wniosków prasownie kłów