krzyk obdarty

krzyk zarasta bulwary
śnieg wymiotuje
skalpelem tajfun uważa na schodach
i co dalej?
przyjęcie
trzustka prawidłowej wielkości
proszę zamknąć oczy gitarze
przemieszcza się kura olbrzyma
również wystaje z każdej rzeczy
chodziłam po tamtym świecie
klapki
w nosie
bez kolców
olbrzymia
torpedą
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
w podmiejskiej kolejce
czarne plamki na liściach klonowych
otyłe
mielony
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
każdy się rodzi we własnej przepaści
w łydkę ugryzione
sól drgnęła mielony zawadził
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
olej na płótnie
w kolorze ukrytym
z paniką
w milczenie zawinięte
wyzwolony
muskularny zad
na tylnych łapach
rekin
statek
ja do rzeźni jadę
nie do oderwania od mroku
sól
pięknie się wije
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
umiejscowiona w gruczołach potowych
w hordzie
poranek
z niegojącą się raną pachwiny
stuka
głęboka
armata czerwony poplątał zupę zielony
albo postać rozlana
w naczyniu
słoń na druty tyje
bananów
wstręt podrywa mdłości na zupę
w wylęgarni kwiaty plują
głowa bez tacy
tako rzeczą czamorro
okazało się że to prawda
burzy się jagnię zapina szelki
sprężyna
jałowy
porcje rozychylają się porcjom
w drodze do po nic
pyskaty
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
kochanek
szaleniec
policjant tęskni rzeczy jedzą
nie do oderwania od szczęścia
kochanka
jaśnieje
obywatele istnieją by służyć państwu
w galaretce rozsiadłe
światła krwią
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
obraduje
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
chmura
przebiega
po chwili grząskie
blizna
grad
człowiek jest tym którym nie chce być
nienasmarowane
kto zdechnie wcześniej?
noc
żyrafy
albo postać odwrócona
taka jest sprawiedliwość
do wygniatania marzeń
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
jakie to piękne!
piracki balkon żąda pilota
otoczony przez mywyje
daleko mu do spiewu płetwali
przemieszcza się
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ujada
rakietą
widząc że nie ma nikogo
w locie
pokryte meszkiem
szczebiota mięso
i inne niepodobne
chuj
błądzi
panna młoda w rogu sali jeszcze
papieża
krokodyl
kardynał sztucznych tulipanów
nim się pojawi
niepodłączony
paznokieć
~~²¹
kakao
w rzeczywistości
kominiarz
piach rozkwita
szklany
nie wiadomo po co
drut posadził musztardę
pokrywka w bażancie stuka
w nikąd dorosły
porcelanowa strzelanina
albo postać nieprzewidziana
cytat nakręca mydło
pośród lodów arktyki
nieziemskiej urody
jabłonki
do mądrości się przytrafia
domysłem świat świeci
mydliny
los się wynurza w falbankach
ciało ma postać stróżki
stado ze słoniną na oczach
snu muszlo nasza
w klatce
czarna cykada chwyta się gałęzi
człowiek służy też do podlewania ziemi
i ukrył go w piasku
fiołkowy
korniszon
kobra nacina przyjęcie
naprawdę istnieją tylko mniemania
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
rybą
ciemny
ukryty w przymrozku
masło się stara
jamnik tenorem urzędu
harfa
w lustrze
w postaci krzywej
stąpa
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
miękka
tunel
kura
oby bozia dał
prześcieradło się po nim lepi
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
sarna spotyka sarnę
drzewo
powiesiła się
pod wpływem oczywistego cudu
kominiarz bez ćwierci
człowiek nie do oderwania od smyczy
jest są bogiem zwyczajnie
but cebulowy nerwicy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
jej ciało oplatają węże
z gzymsu odpadłe
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
kroczy
paryżanka
kotem
drapieżny zemdlał tygrys
z turkusowym kamieniem
nerwicy
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
ma sześć ramion
na antenie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w neuronalnym metrze
albrecht dürer płynie na zelandię
potwór przysięga obsesji
przewrócony
a pan daleko?
sową
gumowy
albo postać porzucona
udaje
wiatr
sylaby
i drobne konkrementy żółciowe
kobra
tygrys
życie to nic z tych rzeczy
klacz
na trzecim piętrze
kalarepa
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w pomidorowej
pomachajcie tatusiowi
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
nie do oderwania od wzroku
na połamanym krześle
parasol
puszczyk zanurza się śniegu
do zatopienia
z mułu wychodzą tysiące
żadnego teraz żadnego nigdy
temu winien
w popegeerowskim pałacu
w wilczurze
wagonów
przecięta
krążąc wokół ziemi
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
wślizguje się
jest taki pociąg dlaczego
następny akt ślepni
szpak w puszce wieczór nietknięty
znalazły dziewczynkę
hotel kamienny scyzoryk
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
udręka
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
często uderzają w wysokie samotne obiekty
dziurawy fortepian widzi
zawsze nas coś omija
w kropli
biegnie przez grząski jesienny las
wyrasta
chwiliwarta
piłkarzy chorych na aids
domysłem świat ślepnie
flanela
w wylęgarni
między muzyką a mózgiem
poduszka bez falochronu
w czeskiej wiosce
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
zamazana
pokrywka
tęskni
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
spadzisty poranek
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
czereśnie z tłumanami
pięknieje
plemeniem
czas się w nas umówił z nikim
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
patelnia wyglądająca jak żywa
ojciec bez froterki
u którego lęku mieszkasz?
łotr na apostole uchylając powiekę
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w lektyce chwili
w trakcie obojętności
moknie dziewczęca drużyna
proboszczem
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
kreda rozpala warzywa
na tym polega wolność
wyje
drapieżny
olbrzymia broda torpedą
o krok
borówką
na ludzi zakłada wnyki
głód
w półmroku
furia bieli i krwisty
gdzie popadnie
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w studni
albo postać do góry nogami
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
bez oczu
jak powiedzieć nie
zawiedziony
w kropce dojrzewające
konduktor
ja to nikt w liczbie mnogiej
bez parasola
zagląda matce pod majtki
kwiaty plują
i szczypiące trawę jelenie
sunie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
strumień lawy pochłania wszystko
a ty do której masarni należysz?
55 milionów lat świetlnych od nas
szyja inwazji krocze
nacina
nie do oderwania od pustki
potem dziecko jest już tylko na części
pęknięty
plują
szczur
musisz to zobaczyć
roztwór
głaz bezgłowego pilota szkoli
brzegiem i krwią
w powiększeniu
na schodach
odra zabiła matkę
potwór
smród to marka gówna uśmiech człowieka
jak to się stało
są światła widzialne i nie
krwią
szpak
krowa
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
wandale podlewają kwiatki
jabłonki wychodzą z nor
czym zbierać czas?
gigantyczny
żona zdradza swoją rolę
praca czyni kopią
płonie
małpa śpiewającą na drzewie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
jest są bogiem
w pluszowej oddali
rozsypane
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
twarzą ostemplowany
dzwonnica bez kałuży
w obcisłej spódnicy
melania trump odwiedza sierociniec
jeż czyha w zakonie
tajfun
jeż
kangur
w czerwonej pieczarze
to ślep stróż
lufcikiem
wczesnopierzasta
zemdlał
nieśmiały w studni szklany stój
łopatą rozdzielone
nurek składany nikomu
zostawił dziecko i żonę
bagnista
samica już odbyta
chuj odziedziczył naród
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
z wętylowaną zmarszczką
obłok
i brak obojczyka
albo postać już niepotrzebna
żmija
w banku
o wieczność się napotyka
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
oraz żydowscy grabarze
przez cały listopad
czyha
dotyk inne mamiątki
larwa
spod babiej góry
wiatr ma tytuł czapka
karaluch
wypełniony treścią ropną
węgorza
zawadził
wyprostowany bez odpowiedzi
teofan grek maluje koronkowe majtki
śpiewa zabita pluskiewką
okɔliczności
huśtawka
wnikliwa
mydło
truchleje
drzewo bez kapelusza
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
kropla przerywa węgorza
we śnie
jego wysokość
drzewa
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
leżał owad w locie
urągająca logiki intryga
o niej chmarzy ziemia
policjant
od zarania
nagi bez klucza
drogą polna
następne jest portofino?
oczodołami
wartość tuczna i rzeźna
agrest pada
w przybliżeniu nieistniejące
stąd że nie ma żadnego stąd
mandolina zamiast wiosny
szczerze
ukłony
deszcz korbką malowany
mgłą
głęboka żmija
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
igła
w każdej postaci
błękitny
zjełczały
ubolewa
powraca
na południowy wschód od vöru
zdolne do niewysuwania wniosków
ze stali niepojętej
niewyklepany przez otoczenie
obłok płynie utonąć
w gardle
głód bez kolców
larwa plemeniem podrapana
do góry nogami
gdzie jest dżem?
blizna dokonuje osoby
kura lepka kangur przewrócony władza drań
tonie
dotyka
idiota wyje pomidory
odciskiem w duszy
księżyc zgasło
osioł zbankrutowanym kotem
światła
po dwóch sekundach
z nor
z ręką na sercu
cebulowy
w postaci zakrzepów
jedno jest pewne
widelec
w kolejce do ścięcia
plemniki dojrzewają w najądrzach
ręka sunie po udzie
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
igła w oko puka
świat nie do oderwania od wzroku
noc o krok do zatopienia
atleta gotowy na raka klapki
w swetrze
wilgotna
w jamie otrzewnej
wagonów widelec w pobliżu błądzi
na odwrót otulona
tenorem
w szyfonowej sukni
sława
karaluch ciepły jabłkowy
tramwajem zarosłe
innego ratunku nie ma
ciepły
podrapana
jak gęsty bywa
kosmos ma miejsce w lupie
albo postać na niebie
w domu schadzek
w postaci ulewy
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
w halce
jakie pytanie taka krew
aorta brzuszna nieposzerzona
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
zadziorna
w trakcie przedrzeźniania mew
alpinista w futrze na antenie
drabina opiera się o ścianę
w kiełbasie
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
nietknięty
otwór
pomidory
piwnica
biegnie
brzmi
armata
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
425 mln lat temu
do mszy
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w przebraniu
dziś to baśń bez dna
w porządku własnym
bagnista ujada rzęsa
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
dziecko i narośl
morze karłów przewozi oliwa
w miniówie
pilota
w uśmiechu poręcznym
wiadro
to najlepsza ochrona przed zarazą
piła olbrzyma weryfikuje
zadziorna brzoza w miniówie
albo postać nieważna
fryzura bez kierowcy
surowy
szympanse przeglądają się w oknach
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jest nierozsłowny widnokrąg
po północnej stronie krateru schröter
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
idiota
byk
na odludnej wyspie
dziurawy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
mowa ciała sekunda
przysięga
jak wyglądało prawdziwe życie
któremu stadu się kłaniasz?
koza spoglądajaca na drzewo
marszałek
pyskaty krucyfiks
w cenie
jak ślepy jest ten ślub
bóg nie do oderwania od wszy
dla żartu
do straszenia umarłych
w postaci rosy
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
chropowaty snu naszyjnik
szczudeł tupot
to kruchość jest złotem
dłuto autobusu
sedno bez izolacji
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
dozgonnie powleczony nadzieją
gorliwa
o ośmiu wargach
ambitna
uważa
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
murzyn ma wiadro sylaby
lotnisko
obsesji
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
taczka do włosów
głaz
nienastrojony
sąsiad
zaciska oczu kleszcze
siekierą
niewymyty przez wieki
wchodzi
w masarni
modlitwą nażarte
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
david attenborough poświadcza
twarzą przez nos zakłada maskę
o prawidłowej echostrukturze
mapa bez środka
rzęsa
przez trojańskie pola
wiosłują
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
alpinista
nie do oderwania od śmierci
ptak się kończy
osioł
a początek nie ma końca
w czasie wytrysku
nieruchomo
w garażu
obdarty
źle wbite
skalpelem
najeżony
słowa wdychają się przez inne
w trakcie olśnienia w pasztecie
w zakonie
rywal wkłada tunel
snu
zręcznie
zaśnieżonych
ciemniejący w światło
pędzi
wydają się ślepo przecinać niebo
stopa bez kaleki
wysmukła
z paniką kroczy karawan
albo postać połamana
pauzą dotknięte
proroczy
dialekt dzierżawi rolnika
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
pokrzywie dłoń wyrasta
wygląda ze smoczej jamy
pająk
rzesza wyjątek
w futrze
mucha
koniec przebiega najpierw
w podróży
rycerz na koninie
za miastem
cyna pościeli
gryzie
olbrzyma
włóczka podwórek
w puszce
spadł w jej paszczę
ze słoniną na oczach
inną postać tli się
krótkochwiły
chciałabym umrzeć
srebrnokulawy
koniec przebiega najpierw
szpak w puszce wieczór nietknięty
pomidory
55 milionów lat świetlnych od nas
w lustrze
masło się stara
szczudeł tupot
zawsze nas coś omija
kalarepa
przez trojańskie pola
łotr na apostole uchylając powiekę
jak gęsty bywa
pędzi
i inne niepodobne
wypełniony treścią ropną
między muzyką a mózgiem
skalpelem tajfun uważa na schodach
są światła widzialne i nie
huśtawka
na trzecim piętrze
sława
najeżony
biegnie przez grząski jesienny las
ma sześć ramion
nienastrojony
gdzie jest dżem?
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
mapa bez środka
strumień lawy pochłania wszystko
szklany
noc
zdolne do niewysuwania wniosków
głód
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
gorliwa
jabłonki wychodzą z nor
brzegiem i krwią
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
widelec
sprężyna
źle wbite
szczur
otwór
w trakcie olśnienia w pasztecie
stąd że nie ma żadnego stąd
w kolorze ukrytym
bagnista ujada rzęsa
spod babiej góry
do wygniatania marzeń
lufcikiem
wiadro
harfa
podrapana
pokrzywie dłoń wyrasta
pod wpływem oczywistego cudu
dziecko i narośl
w półmroku
smród to marka gówna uśmiech człowieka
drzewo bez kapelusza
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
jedno jest pewne
oby bozia dał
sunie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
czereśnie z tłumanami
następny akt ślepni
otyłe
sąsiad
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
za miastem
pomachajcie tatusiowi
udaje
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
kto zdechnie wcześniej?
człowiek jest tym którym nie chce być
w rzeczywistości
blizna dokonuje osoby
potwór przysięga obsesji
jak ślepy jest ten ślub
w podróży
w domu schadzek
ubolewa
jeż
domysłem świat świeci
bóg nie do oderwania od wszy
olej na płótnie
mandolina zamiast wiosny
szpak
hotel kamienny scyzoryk
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
nie do oderwania od wzroku
w popegeerowskim pałacu
albo postać odwrócona
wygrywa ten kto głębiej zapomina
bananów
cytat nakręca mydło
alpinista w futrze na antenie
krótkochwiły
w postaci ulewy
pięknieje
błękitny
o ośmiu wargach
piach rozkwita
kakao
w jamie otrzewnej
skalpelem
zwany srogim
fryzura bez kierowcy
szyja inwazji krocze
trzustka prawidłowej wielkości
zaciska oczu kleszcze
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
dotyka
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
igła w oko puka
włóczka podwórek
drapieżny zemdlał tygrys
parasol
słowa wdychają się przez inne
oraz żydowscy grabarze
truchleje
kobra
ciemniejący w światło
okazało się że to prawda
piła olbrzyma weryfikuje
chmura
drzewa
sarna spotyka sarnę
bez kolców
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
to ślep stróż
jamnik tenorem urzędu
muskularny zad
w kiełbasie
albo postać porzucona
w gardle
rzęsa
przemieszcza się kura olbrzyma
inną postać tli się
ja do rzeźni jadę
policjant
karaluch
kura
atleta gotowy na raka klapki
kochanka
w futrze
w kropce dojrzewające
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
kosmos ma miejsce w lupie
wydają się ślepo przecinać niebo
w czasie wytrysku
larwa
któremu stadu się kłaniasz?
nieruchomo
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
szczebiota mięso
księżyc zgasło
albo postać połamana
pokrywka w bażancie stuka
zadziorna
dozgonnie powleczony nadzieją
na odludnej wyspie
śpiewa zabita pluskiewką
kominiarz
żadnego teraz żadnego nigdy
w wylęgarni kwiaty plują
to przyjemne
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
nie do oderwania od śmierci
twarzą ostemplowany
rozsypane
a początek nie ma końca
obłok płynie utonąć
i brak obojczyka
następne jest portofino?
brzmi
klawesyn praczki trup
w drodze do po nic
ambitna
do zatopienia
w łydkę ugryzione
plemeniem
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
dziurawy
głaz bezgłowego pilota szkoli
głaz
stąpa
przemieszcza się
na tylnych łapach
klacz
rycerz na koninie
śnieg wymiotuje
i drobne konkrementy żółciowe
gdzie popadnie
obsesji
w pomidorowej
idiota wyje pomidory
mydło
światła krwią
wagonów widelec w pobliżu błądzi
chuj odziedziczył naród
nagi bez klucza
niewymyty przez wieki
światła
w przebraniu
uważa
małpa śpiewającą na drzewie
proszę zamknąć oczy gitarze
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
musisz to zobaczyć
twarzą przez nos zakłada maskę
czarna cykada chwyta się gałęzi
bagnista
w milczenie zawinięte
kura lepka kangur przewrócony władza drań
naprawdę istnieją tylko mniemania
taka jest sprawiedliwość
to kruchość jest złotem
sedno bez izolacji
z nor
w trakcie przedrzeźniania mew
sól drgnęła mielony zawadził
na tym polega wolność
plemniki dojrzewają w najądrzach
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
karaluch ciepły jabłkowy
drapieżny
na ludzi zakłada wnyki
przez cały listopad
miękka
w wilczurze
burzy się jagnię zapina szelki
życie to nic z tych rzeczy
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jakie pytanie taka krew
w kropli
w hordzie
albo postać nieważna
w neuronalnym metrze
zamazana
z gzymsu odpadłe
rywal wkłada tunel
ciemny
na południowy wschód od vöru
nic jej jest
ojciec bez froterki
praca czyni kopią
425 mln lat temu
w obcisłej spódnicy
piracki balkon żąda pilota
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
po dwóch sekundach
głęboka
alpinista
dziurawy fortepian widzi
rybą
kwiaty plują
surowy
albrecht dürer płynie na zelandię
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
przyjęcie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
mowa ciała sekunda
obłok
chropowaty snu naszyjnik
to najlepsza ochrona przed zarazą
każdy się rodzi we własnej przepaści
tonie
mucha
krzyk zarasta bulwary
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
opiera się na niczym
furia bieli i krwisty
tenorem
żmija
sól
kreda rozpala warzywa
larwa plemeniem podrapana
chwiliwarta
na schodach
wilgotna
czas się w nas umówił z nikim
znalazły dziewczynkę
czyha
mielony
samica już odbyta
zagląda matce pod majtki
albo postać już niepotrzebna
niewyklepany przez otoczenie
jaśnieje
w szyfonowej sukni
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
cyna pościeli
od zarania
stado ze słoniną na oczach
innego ratunku nie ma
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w czeskiej wiosce
tajfun
urągająca logiki intryga
z wętylowaną zmarszczką
okɔliczności
w każdej postaci
w wylęgarni
moknie dziewczęca drużyna
rakietą
po chwili grząskie
wchodzi
w banku
flanela
rzesza wyjątek
do mądrości się przytrafia
w halce
na odwrót otulona
aorta brzuszna nieposzerzona
człowiek służy też do podlewania ziemi
porcje rozychylają się porcjom
krokodyl
leżał owad w locie
piłkarzy chorych na aids
obywatele istnieją by służyć państwu
pyskaty
pilota
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
tako rzeczą czamorro
tęskni
kochanek
tygrys
pięknie się wije
zawiedziony
wysmukła
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wygląda ze smoczej jamy
snu
kabaretki maty hari uda
w galaretce rozsiadłe
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jak powiedzieć nie
srebrnokulawy
drzewo
tramwajem zarosłe
chciałabym umrzeć
z ręką na sercu
szaleniec
potem dziecko jest już tylko na części
nietknięty
do góry nogami
kropla przerywa węgorza
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nie wiadomo po co
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
jeż czyha w zakonie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
wstręt podrywa mdłości na zupę
blizna
murzyn ma wiadro sylaby
wiosłują
armata czerwony poplątał zupę zielony
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
david attenborough poświadcza
na antenie
nie do oderwania od pustki
do straszenia umarłych
wnikliwa
pauzą dotknięte
pokryte meszkiem
pośród lodów arktyki
klapki
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
igła
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
krwią
wyzwolony
dzwonnica bez kałuży
jabłonki
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
żona zdradza swoją rolę
agrest pada
ukłony
o krok
ze stali niepojętej
w puszce
porcelanowa strzelanina
błądzi
deszcz korbką malowany
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
sylaby
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
przecięta
los się wynurza w falbankach
korniszon
węgorza
proroczy
w przybliżeniu nieistniejące
o prawidłowej echostrukturze
w zakonie
głowa bez tacy
w klatce
poduszka bez falochronu
w postaci krzywej
obdarty
widząc że nie ma nikogo
albo postać na niebie
nerwicy
nie do oderwania od mroku
stuka
but cebulowy nerwicy
cebulowy
ciepły
kroczy
nie do oderwania od szczęścia
jest nierozsłowny widnokrąg
gigantyczny
osioł zbankrutowanym kotem
w studni
sową
teofan grek maluje koronkowe majtki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
w miniówie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
jak to się stało
być może
otoczony przez mywyje
po północnej stronie krateru schröter
nieziemskiej urody
jak wyglądało prawdziwe życie
dialekt dzierżawi rolnika
zaśnieżonych
jego wysokość
pęknięty
przebiega
wiatr ma tytuł czapka
grad
w kolejce do ścięcia
spadł w jej paszczę
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
zręcznie
snu muszlo nasza
zjełczały
dziś to baśń bez dna
w postaci zakrzepów
umiejscowiona w gruczołach potowych
statek
zadziorna brzoza w miniówie
łopatą rozdzielone
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
często uderzają w wysokie samotne obiekty
paryżanka
albo postać do góry nogami
w porządku własnym
w naczyniu
czym zbierać czas?
obraduje
wczesnopierzasta
marszałek
szympanse przeglądają się w oknach
olbrzymia
konduktor
gumowy
papieża
poranek
każda kobieta w cieście
drabina opiera się o ścianę
we śnie
z mułu wychodzą tysiące
nieśmiały w studni szklany stój
modlitwą nażarte
do mszy
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
proboszczem
policjant tęskni rzeczy jedzą
dłuto autobusu
piwnica
w lektyce chwili
zemdlał
odciskiem w duszy
powraca
z paniką
czarne plamki na liściach klonowych
w pluszowej oddali
prześcieradło się po nim lepi
w nosie
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
pokrywka
pająk
bez parasola
niepodłączony
o niej chmarzy ziemia
w podmiejskiej kolejce
zawadził
świat nie do oderwania od wzroku
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
albo postać rozlana
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
człowiek nie do oderwania od smyczy
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
słoń na druty tyje
pyskaty krucyfiks
w swetrze
jakie to piękne!
osioł
ze słoniną na oczach
przysięga
wagonów
ukryty w przymrozku
ja to nikt w liczbie mnogiej
jest taki pociąg dlaczego
dla żartu
szczerze
noc o krok do zatopienia
daleko mu do spiewu płetwali
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
mgłą
a ty do której masarni należysz?
nacina
fiołkowy
biegnie
ptak się kończy
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
taczka do włosów
w czerwonej pieczarze
płonie
drogą polna
ciało ma postać stróżki
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w masarni
tunel
w trakcie obojętności
głęboka żmija
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wyrasta
kangur
kominiarz bez ćwierci
idiota
a pan daleko?
oczodołami
olbrzyma
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
udręka
stopa bez kaleki
o wieczność się napotyka
borówką
wyprostowany bez odpowiedzi
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
krowa
chuj
melania trump odwiedza sierociniec
drut posadził musztardę
odra zabiła matkę
i szczypiące trawę jelenie
powiesiła się
w postaci rosy
jałowy
jest są bogiem zwyczajnie
ujada
w uśmiechu poręcznym
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
roztwór
patelnia wyglądająca jak żywa
z turkusowym kamieniem
temu winien
u którego lęku mieszkasz?
i ukrył go w piasku
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w garażu
siekierą
jej ciało oplatają węże
na połamanym krześle
kotem
rekin
chodziłam po tamtym świecie
bez oczu
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
koza spoglądajaca na drzewo
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
kobra nacina przyjęcie
armata
głód bez kolców
albo postać nieprzewidziana
ręka sunie po udzie
olbrzymia broda torpedą
mydliny
wiatr
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
nienasmarowane
krążąc wokół ziemi
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w powiększeniu
przewrócony
i co dalej?
wyje
lotnisko
morze karłów przewozi oliwa
wślizguje się
jest są bogiem
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
żyrafy
nurek składany nikomu
puszczyk zanurza się śniegu
również wystaje z każdej rzeczy
plują
gryzie
wartość tuczna i rzeźna
z niegojącą się raną pachwiny
torpedą
panna młoda w rogu sali jeszcze
byk
paznokieć
wandale podlewają kwiatki
w nikąd dorosły
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w locie
spadzisty poranek
nim się pojawi
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w cenie
w trakcie obojętności
z mułu wychodzą tysiące
pod wpływem oczywistego cudu
nietknięty
we śnie
śnieg wymiotuje
w cenie
zawadził
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
wyje
pokrywka w bażancie stuka
zaśnieżonych
klacz
w podmiejskiej kolejce
znalazły dziewczynkę
zawsze nas coś omija
jest są bogiem zwyczajnie
rekin
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
widelec
przysięga
obraduje
jak powiedzieć nie
alpinista w futrze na antenie
życie to nic z tych rzeczy
plemeniem
z nor
w lektyce chwili
w gardle
bóg nie do oderwania od wszy
albo postać nieważna
w popegeerowskim pałacu
czym zbierać czas?
larwa plemeniem podrapana
człowiek nie do oderwania od smyczy
otoczony przez mywyje
ujada
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
i inne niepodobne
udręka
nieziemskiej urody
korniszon
jest są bogiem
następne jest portofino?
wygląda ze smoczej jamy
w szyfonowej sukni
burzy się jagnię zapina szelki
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
światła
w przebraniu
paryżanka
w naczyniu
spod babiej góry
blizna dokonuje osoby
zamazana
albo postać odwrócona
w postaci rosy
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
cyna pościeli
proroczy
koniec przebiega najpierw
krwią
sową
w masarni
furia bieli i krwisty
moknie dziewczęca drużyna
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
nacina
sława
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
człowiek służy też do podlewania ziemi
na odwrót otulona
drapieżny
trzustka prawidłowej wielkości
poranek
otyłe
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
ze stali niepojętej
snu
w locie
mydło
na schodach
musisz to zobaczyć
torpedą
idiota
chwiliwarta
deszcz korbką malowany
głaz
drzewo
temu winien
często uderzają w wysokie samotne obiekty
z ręką na sercu
udaje
w każdej postaci
papieża
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
pilota
słowa wdychają się przez inne
nieśmiały w studni szklany stój
kroczy
w czasie wytrysku
czarna cykada chwyta się gałęzi
tygrys
idiota wyje pomidory
w kolorze ukrytym
z paniką kroczy karawan
425 mln lat temu
fiołkowy
piach rozkwita
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
armata czerwony poplątał zupę zielony
przez trojańskie pola
taczka do włosów
nie do oderwania od pustki
taka jest sprawiedliwość
a ty do której masarni należysz?
i co dalej?
harfa
zręcznie
ubolewa
potwór przysięga obsesji
atleta gotowy na raka klapki
łotr na apostole uchylając powiekę
david attenborough poświadcza
szczebiota mięso
obłok płynie utonąć
biegnie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kura
los się wynurza w falbankach
wstręt podrywa mdłości na zupę
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
kwiaty plują
na tym polega wolność
rybą
źle wbite
but cebulowy nerwicy
olej na płótnie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
najeżony
lotnisko
żona zdradza swoją rolę
w wylęgarni kwiaty plują
wiatr ma tytuł czapka
dotyk inne mamiątki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
niepodłączony
albo postać rozlana
w jamie otrzewnej
kreda rozpala warzywa
paznokieć
kangur
w puszce
każdy się rodzi we własnej przepaści
sarna spotyka sarnę
tęskni
w podróży
w łydkę ugryzione
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
głowa bez tacy
chuj odziedziczył naród
nie do oderwania od śmierci
drzewa
lufcikiem
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
panna młoda w rogu sali jeszcze
bananów
w klatce
tajfun
stopa bez kaleki
sąsiad
w pluszowej oddali
kobra
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
nie wiadomo po co
armata
tako rzeczą czamorro
za miastem
na tylnych łapach
łopatą rozdzielone
porcelanowa strzelanina
do mszy
domysłem świat świeci
zostawił dziecko i żonę
piła olbrzyma weryfikuje
w porządku własnym
chuj
to najlepsza ochrona przed zarazą
i drobne konkrementy żółciowe
konduktor
dla żartu
w nosie
śpiewa zabita pluskiewką
masło się stara
kakao
albo postać porzucona
obłok
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
kochanek
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ma sześć ramion
zadziorna
blizna
agrest pada
zjełczały
w powiększeniu
wyprostowany bez odpowiedzi
piłkarzy chorych na aids
albo postać połamana
olbrzyma
nie do oderwania od szczęścia
powiesiła się
wyzwolony
naprawdę istnieją tylko mniemania
ciało ma postać stróżki
kominiarz
plują
policjant tęskni rzeczy jedzą
zagląda matce pod majtki
pająk
roztwór
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
borówką
pomachajcie tatusiowi
pyskaty
niewymyty przez wieki
rzęsa
srebrnokulawy
proszę zamknąć oczy gitarze
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w trakcie przedrzeźniania mew
w garażu
włóczka podwórek
wydają się ślepo przecinać niebo
również wystaje z każdej rzeczy
rywal wkłada tunel
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
pomidory
w postaci ulewy
teofan grek maluje koronkowe majtki
dozgonnie powleczony nadzieją
w rzeczywistości
larwa
sól drgnęła mielony zawadził
leżał owad w locie
okazało się że to prawda
nim się pojawi
prześcieradło się po nim lepi
głód bez kolców
tunel
jakie pytanie taka krew
stąd że nie ma żadnego stąd
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
noc o krok do zatopienia
piwnica
mielony
gorliwa
potem dziecko jest już tylko na części
mowa ciała sekunda
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
gigantyczny
pyskaty krucyfiks
szpak w puszce wieczór nietknięty
sylaby
wnikliwa
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
po dwóch sekundach
na antenie
obdarty
albo postać już niepotrzebna
bagnista
żadnego teraz żadnego nigdy
nerwicy
przez cały listopad
jak wyglądało prawdziwe życie
tramwajem zarosłe
smród to marka gówna uśmiech człowieka
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w wilczurze
głód
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
głęboka
w drodze do po nic
odra zabiła matkę
jej ciało oplatają węże
mucha
powraca
marszałek
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
głęboka żmija
hotel kamienny scyzoryk
wagonów widelec w pobliżu błądzi
zemdlał
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
sedno bez izolacji
o ośmiu wargach
na południowy wschód od vöru
spadł w jej paszczę
węgorza
jamnik tenorem urzędu
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
kardynał sztucznych tulipanów
żyrafy
z turkusowym kamieniem
mandolina zamiast wiosny
potwór
jak ślepy jest ten ślub
albo postać na niebie
szpak
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
patelnia wyglądająca jak żywa
przecięta
w zakonie
olbrzymia
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
nieruchomo
pęknięty
krokodyl
wiadro
osioł zbankrutowanym kotem
jego wysokość
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
żmija
w hordzie
w futrze
ambitna
tenorem
statek
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
mgłą
do mądrości się przytrafia
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
od zarania
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
dłuto autobusu
byk
szczur
55 milionów lat świetlnych od nas
karaluch
ciemny
gryzie
wiosłują
drut posadził musztardę
widząc że nie ma nikogo
huśtawka
z wętylowaną zmarszczką
stado ze słoniną na oczach
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
wślizguje się
czereśnie z tłumanami
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w lustrze
w studni
ja do rzeźni jadę
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
w domu schadzek
flanela
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ja to nikt w liczbie mnogiej
zaciska oczu kleszcze
koza spoglądajaca na drzewo
następny akt ślepni
murzyn ma wiadro sylaby
świat nie do oderwania od wzroku
wartość tuczna i rzeźna
w kiełbasie
zdolne do niewysuwania wniosków
gumowy
z paniką
dialekt dzierżawi rolnika
w pomidorowej
aorta brzuszna nieposzerzona
krowa
księżyc zgasło
w banku
albrecht dürer płynie na zelandię
policjant
tonie
w trakcie olśnienia w pasztecie
rzesza wyjątek
zawiedziony
dziurawy fortepian widzi
drzewo bez kapelusza
drapieżny zemdlał tygrys
truchleje
bagnista ujada rzęsa
alpinista
cytat nakręca mydło
do wygniatania marzeń
umiejscowiona w gruczołach potowych
siekierą
i brak obojczyka
krążąc wokół ziemi
osioł
szklany
praca czyni kopią
do góry nogami
pośród lodów arktyki
któremu stadu się kłaniasz?
w galaretce rozsiadłe
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
pokryte meszkiem
okɔliczności
o wieczność się napotyka
płonie
kominiarz bez ćwierci
pędzi
dotyka
nienastrojony
błękitny
szaleniec
przewrócony
skalpelem tajfun uważa na schodach
wchodzi
błądzi
to kruchość jest złotem
nurek składany nikomu
kropla przerywa węgorza
karaluch ciepły jabłkowy
jest nierozsłowny widnokrąg
pięknieje
krótkochwiły
dziecko i narośl
wypełniony treścią ropną
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
jedno jest pewne
spadzisty poranek
twarzą ostemplowany
przemieszcza się
w wylęgarni
w nikąd dorosły
wandale podlewają kwiatki
zwany srogim
wiatr
jabłonki
mapa bez środka
drogą polna
rycerz na koninie
oczodołami
fryzura bez kierowcy
plemniki dojrzewają w najądrzach
wagonów
czarne plamki na liściach klonowych
samica już odbyta
małpa śpiewającą na drzewie
proboszczem
sól
drabina opiera się o ścianę
głaz bezgłowego pilota szkoli
u którego lęku mieszkasz?
albo postać do góry nogami
grad
szympanse przeglądają się w oknach
chciałabym umrzeć
o krok
kotem
w postaci krzywej
strumień lawy pochłania wszystko
nie do oderwania od mroku
z którego szarłatną farbę wyciskają
noc
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w swetrze
biegnie przez grząski jesienny las
puszczyk zanurza się śniegu
piracki balkon żąda pilota
kochanka
ciemniejący w światło
nienasmarowane
ciepły
po północnej stronie krateru schröter
do zatopienia
szczerze
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
ukłony
igła
pięknie się wije
o prawidłowej echostrukturze
innego ratunku nie ma
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
snu muszlo nasza
wysmukła
na ludzi zakłada wnyki
bez kolców
modlitwą nażarte
w milczenie zawinięte
i szczypiące trawę jelenie
sunie
w czeskiej wiosce
skalpelem
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
słoń na druty tyje
w neuronalnym metrze
domysłem świat ślepnie
wyrasta
a pan daleko?
obywatele istnieją by służyć państwu
albo postać nieprzewidziana
a początek nie ma końca
jaśnieje
jabłonki wychodzą z nor
olbrzymia broda torpedą
cebulowy
kosmos ma miejsce w lupie
chmura
brzmi
niewyklepany przez otoczenie
w przybliżeniu nieistniejące
pokrzywie dłoń wyrasta
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
oby bozia dał
obsesji
pokrywka
brzegiem i krwią
są światła widzialne i nie
szyja inwazji krocze
w kropli
bez parasola
nagi bez klucza
nie do oderwania od wzroku
czas się w nas umówił z nikim
muskularny zad
ukryty w przymrozku
melania trump odwiedza sierociniec
to ślep stróż
w miniówie
jeż
między muzyką a mózgiem
rozsypane
przebiega
dziś to baśń bez dna
krzyk zarasta bulwary
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ręka sunie po udzie
chropowaty snu naszyjnik
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
przyjęcie
surowy
jeż czyha w zakonie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
szczudeł tupot
poduszka bez falochronu
w kropce dojrzewające
z niegojącą się raną pachwiny
twarzą przez nos zakłada maskę
i ukrył go w piasku
bez oczu
jałowy
stuka
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kto zdechnie wcześniej?
rakietą
na odludnej wyspie
pauzą dotknięte
wygrywa ten kto głębiej zapomina
zadziorna brzoza w miniówie
ptak się kończy
igła w oko puka
stąpa
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
kalarepa
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
dzwonnica bez kałuży
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w postaci zakrzepów
gdzie popadnie
porcje rozychylają się porcjom
chodziłam po tamtym świecie
gdzie jest dżem?
w kolejce do ścięcia
w obcisłej spódnicy
wilgotna
odciskiem w duszy
do straszenia umarłych
sprężyna
człowiek jest tym którym nie chce być
jak gęsty bywa
czyha
parasol
klapki
oraz żydowscy grabarze
z gzymsu odpadłe
otwór
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
przemieszcza się kura olbrzyma
jak to się stało
na trzecim piętrze
uważa
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
kobra nacina przyjęcie
podrapana
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
światła krwią
dziurawy
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
inną postać tli się
w czerwonej pieczarze
mydliny
ojciec bez froterki
w półmroku
daleko mu do spiewu płetwali
jest taki pociąg dlaczego
miękka
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
morze karłów przewozi oliwa
wczesnopierzasta
w uśmiechu poręcznym
urągająca logiki intryga
jakie to piękne!
na połamanym krześle
o niej chmarzy ziemia
ze słoniną na oczach
po chwili grząskie
w halce
chciałabym umrzeć
czarne plamki na liściach klonowych
zadziorna brzoza w miniówie
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
jak wyglądało prawdziwe życie
sława
drogą polna
kura lepka kangur przewrócony władza drań
szyja inwazji krocze
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
klacz
pająk
w podmiejskiej kolejce
za miastem
porcelanowa strzelanina
piwnica
ciemny
w halce
o krok
w neuronalnym metrze
często uderzają w wysokie samotne obiekty
piach rozkwita
w milczenie zawinięte
w cenie
pyskaty krucyfiks
byk
sylaby
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
to kruchość jest złotem
żyrafy
wchodzi
patelnia wyglądająca jak żywa
na połamanym krześle
plemniki dojrzewają w najądrzach
jabłonki
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w kolorze ukrytym
idiota
kropla przerywa węgorza
na ludzi zakłada wnyki
nie do oderwania od wzroku
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
deszcz korbką malowany
jaśnieje
dziurawy fortepian widzi
huśtawka
wiosłują
moknie dziewczęca drużyna
ptak się kończy
smród to marka gówna uśmiech człowieka
osioł
jej ciało oplatają węże
w postaci krzywej
drabina opiera się o ścianę
wstręt podrywa mdłości na zupę
biegnie
morze karłów przewozi oliwa
ubolewa
obsesji
statek
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
krowa
w locie
bóg nie do oderwania od wszy
dla żartu
w domu schadzek
błądzi
sól drgnęła mielony zawadził
człowiek służy też do podlewania ziemi
policjant tęskni rzeczy jedzą
bez oczu
nerwicy
proszę zamknąć oczy gitarze
wiadro
pilota
pyskaty
spadzisty poranek
na tylnych łapach
olej na płótnie
krokodyl
następny akt ślepni
w wilczurze
każdy się rodzi we własnej przepaści
albo postać już niepotrzebna
otwór
w porządku własnym
bez parasola
skalpelem tajfun uważa na schodach
w czasie wytrysku
u którego lęku mieszkasz?
jest nierozsłowny widnokrąg
wtędy wplątane
być może
a początek nie ma końca
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
panna młoda w rogu sali jeszcze
na odwrót otulona
kakao
alpinista
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
szczerze
jabłonki wychodzą z nor
obłok płynie utonąć
w kolejce do ścięcia
w obcisłej spódnicy
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
jego wysokość
burzy się jagnię zapina szelki
udręka
rozsypane
nurek składany nikomu
głaz bezgłowego pilota szkoli
pęknięty
w nosie
dziurawy
mowa ciała sekunda
stado ze słoniną na oczach
kochanek
jeż czyha w zakonie
mielony
następne jest portofino?
nie wiadomo po co
wilgotna
prześcieradło się po nim lepi
głowa bez tacy
w miniówie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w trakcie olśnienia w pasztecie
kwiaty plują
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
z niegojącą się raną pachwiny
ojciec bez froterki
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
głód bez kolców
pięknie się wije
los się wynurza w falbankach
okɔliczności
przemieszcza się kura olbrzyma
w studni
jest taki pociąg dlaczego
marszałek
rzesza wyjątek
jak gęsty bywa
są światła widzialne i nie
kalarepa
w futrze
obraduje
z nor
wyje
w pluszowej oddali
na antenie
jakie to piękne!
kosmos ma miejsce w lupie
wiatr
człowiek jest tym którym nie chce być
w garażu
krwią
zemdlał
mydło
bez kolców
truchleje
wnikliwa
w powiększeniu
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
krążąc wokół ziemi
potwór przysięga obsesji
szczebiota mięso
widząc że nie ma nikogo
przez cały listopad
sąsiad
gdzie popadnie
brzegiem i krwią
albo postać nieprzewidziana
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
nim się pojawi
w półmroku
rakietą
w masarni
w lustrze
żmija
w hordzie
potem dziecko jest już tylko na części
tenorem
kto zdechnie wcześniej?
zaśnieżonych
pauzą dotknięte
modlitwą nażarte
przecięta
która jajowodem zmierza
na odludnej wyspie
konduktor
kominiarz
wyrasta
w zakonie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kroczy
małpa śpiewającą na drzewie
tęskni
mydliny
igła w oko puka
siekierą
w podróży
pędzi
śnieg wymiotuje
ukłony
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
jest są bogiem zwyczajnie
po północnej stronie krateru schröter
powraca
nie do oderwania od szczęścia
łotr na apostole uchylając powiekę
stąpa
najeżony
chodziłam po tamtym świecie
na tym polega wolność
tajfun
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
człowiek nie do oderwania od smyczy
w trakcie dochodzenia do blasku
masło się stara
lotnisko
sową
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
innego ratunku nie ma
tonie
a ty do której masarni należysz?
śpiewa zabita pluskiewką
ja to nikt w liczbie mnogiej
w czeskiej wiosce
karaluch ciepły jabłkowy
do mądrości się przytrafia
dzwonnica bez kałuży
jak ślepy jest ten ślub
płonie
ambitna
sprężyna
żadnego teraz żadnego nigdy
wyzwolony
wiatr ma tytuł czapka
idiota wyje pomidory
ukryty w przymrozku
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wagonów widelec w pobliżu błądzi
dozgonnie powleczony nadzieją
surowy
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
na schodach
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
koniec przebiega najpierw
świat nie do oderwania od wzroku
na trzecim piętrze
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
na południowy wschód od vöru
brzmi
koza spoglądajaca na drzewo
zawsze nas coś omija
o wieczność się napotyka
wygrywa ten kto głębiej zapomina
przewrócony
samica już odbyta
fiołkowy
kura
szczur
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
mgłą
leżał owad w locie
hotel kamienny scyzoryk
w rzeczywistości
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
zamazana
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
policjant
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
ciepły
bananów
w wylęgarni
nagi bez klucza
umiejscowiona w gruczołach potowych
i co dalej?
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
plują
w łydkę ugryzione
szczudeł tupot
powiesiła się
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
życie to nic z tych rzeczy
ujada
skalpelem
piracki balkon żąda pilota
gumowy
flanela
mandolina zamiast wiosny
sedno bez izolacji
przysięga
w uśmiechu poręcznym
obłok
w naczyniu
od zarania
rycerz na koninie
niewymyty przez wieki
fryzura bez kierowcy
temu winien
albo postać porzucona
zadziorna
trzustka prawidłowej wielkości
szympanse przeglądają się w oknach
stopa bez kaleki
głęboka żmija
cebulowy
drzewo bez kapelusza
puszczyk zanurza się śniegu
to najlepsza ochrona przed zarazą
jamnik tenorem urzędu
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przez trojańskie pola
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
dialekt dzierżawi rolnika
i brak obojczyka
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
kreda rozpala warzywa
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
chmura
harfa
z mułu wychodzą tysiące
do wygniatania marzeń
chwiliwarta
wczesnopierzasta
kochanka
w galaretce rozsiadłe
tramwajem zarosłe
w wylęgarni kwiaty plują
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nieruchomo
jest są bogiem
bagnista ujada rzęsa
drzewo
kobra
armata czerwony poplątał zupę zielony
otyłe
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
spadł w jej paszczę
jakie pytanie taka krew
daleko mu do spiewu płetwali
oczodołami
dziś to baśń bez dna
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
zaciska oczu kleszcze
stuka
pięknieje
i szczypiące trawę jelenie
w nikąd dorosły
przemieszcza się
światła krwią
425 mln lat temu
nienastrojony
miękka
55 milionów lat świetlnych od nas
w czerwonej pieczarze
do zatopienia
ze stali niepojętej
widelec
zręcznie
w trakcie przedrzeźniania mew
niewyklepany przez otoczenie
spod babiej góry
plemeniem
zawiedziony
w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięte
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
atleta gotowy na raka klapki
cyna pościeli
czyha
w postaci zakrzepów
czas się w nas umówił z nikim
ma sześć ramion
paryżanka
z ręką na sercu
nie do oderwania od mroku
wypełniony treścią ropną
torpedą
albo postać nieważna
zwany srogim
jeż
larwa
naprawdę istnieją tylko mniemania
strumień lawy pochłania wszystko
muskularny zad
krzyk zarasta bulwary
wydają się ślepo przecinać niebo
błękitny
alpinista w futrze na antenie
klapki
bagnista
co to jest jak
drapieżny zemdlał tygrys
sól
taka jest sprawiedliwość
kangur
olbrzymia
otoczony przez mywyje
gorliwa
włóczka podwórek
w trakcie obojętności
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
albo postać odwrócona
w lektyce chwili
jedno jest pewne
w klatce
pokrzywie dłoń wyrasta
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w puszce
odra zabiła matkę
pomachajcie tatusiowi
słoń na druty tyje
ciemniejący w światło
jałowy
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
o ośmiu wargach
uważa
chropowaty snu naszyjnik
w swetrze
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
z paniką
albo postać na niebie
szaleniec
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
zawadził
pośród lodów arktyki
urągająca logiki intryga
mucha
nie do oderwania od pustki
w kropce dojrzewające
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
kominiarz bez ćwierci
wandale podlewają kwiatki
musisz to zobaczyć
wślizguje się
któremu stadu się kłaniasz?
poranek
okazało się że to prawda
czarna cykada chwyta się gałęzi
karaluch
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
lufcikiem
grad
piłkarzy chorych na aids
głaz
rybą
cytat nakręca mydło
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
pod wpływem oczywistego cudu
drapieżny
kotem
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
snu muszlo nasza
aorta brzuszna nieposzerzona
w banku
nie do oderwania od śmierci
po dwóch sekundach
znalazły dziewczynkę
nieśmiały w studni szklany stój
niepodłączony
pomidory
ze słoniną na oczach
i wszystkie noże posmarowane jodyną
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
słowa wdychają się przez inne
w postaci rosy
podrapana
zjełczały
drut posadził musztardę
albo postać rozlana
o niej chmarzy ziemia
parasol
proboszczem
dziecko i narośl
paznokieć
olbrzyma
między muzyką a mózgiem
po chwili grząskie
wysmukła
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
o prawidłowej echostrukturze
albo postać połamana
nienasmarowane
tako rzeczą czamorro
inną postać tli się
korniszon
w gardle
armata
sunie
udaje
rekin
noc o krok do zatopienia
również wystaje z każdej rzeczy
czym zbierać czas?
gigantyczny
głęboka
to ślep stróż
dłuto autobusu
david attenborough poświadcza
głód
piła olbrzyma weryfikuje
wyprostowany bez odpowiedzi
w postaci ulewy
kobra nacina przyjęcie
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
obdarty
w przybliżeniu nieistniejące
z turkusowym kamieniem
szpak
każda kobieta w cieście
pokrywka
teofan grek maluje koronkowe majtki
we śnie
ciało ma postać stróżki
jak to się stało
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
i drobne konkrementy żółciowe
z wętylowaną zmarszczką
do straszenia umarłych
dotyka
nieziemskiej urody
czereśnie z tłumanami
jak powiedzieć nie
nietknięty
twarzą przez nos zakłada maskę
obywatele istnieją by służyć państwu
księżyc zgasło
sarna spotyka sarnę
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w jamie otrzewnej
światła
igła
w kropli
węgorza
ręka sunie po udzie
snu
stąd że nie ma żadnego stąd
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
szpak w puszce wieczór nietknięty
blizna
w kiełbasie
osioł zbankrutowanym kotem
but cebulowy nerwicy
albo postać do góry nogami
murzyn ma wiadro sylaby
zdolne do niewysuwania wniosków
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
szklany
gdzie jest dżem?
chuj
chuj odziedziczył naród
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
drzewa
papieża
zagląda matce pod majtki
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
i ukrył go w piasku
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
do mszy
noc
pies ją dopadł
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w popegeerowskim pałacu
a pan daleko?
tunel
poduszka bez falochronu
ja do rzeźni jadę
przebiega
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
biegnie przez grząski jesienny las
taczka do włosów
rywal wkłada tunel
w każdej postaci
krótkochwiły
domysłem świat świeci
z gzymsu odpadłe
mapa bez środka
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
twarzą ostemplowany
albrecht dürer płynie na zelandię
oby bozia dał
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
źle wbite
oraz żydowscy grabarze
agrest pada
blizna dokonuje osoby
borówką
w pomidorowej
praca czyni kopią
melania trump odwiedza sierociniec
w przebraniu
olbrzymia broda torpedą
porcje rozychylają się porcjom
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
wartość tuczna i rzeźna
w szyfonowej sukni
łopatą rozdzielone
i inne niepodobne
gryzie
wygląda ze smoczej jamy
srebrnokulawy
pokryte meszkiem
wagonów
do góry nogami
w drodze do po nic
odciskiem w duszy
pokrywka w bażancie stuka
tygrys
larwa plemeniem podrapana
rzęsa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
w każdej postaci
mydło
ma sześć ramion
w podróży
wygląda ze smoczej jamy
sprężyna
nieruchomo
pyskaty
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
o krok
domysłem świat świeci
szczur
zawiedziony
na trzecim piętrze
rycerz na koninie
pokryte meszkiem
potem dziecko jest już tylko na części
w naczyniu
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nienastrojony
nie do oderwania od wzroku
sylaby
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
policjant tęskni rzeczy jedzą
jak powiedzieć nie
harfa
jakie to piękne!
wydają się ślepo przecinać niebo
osioł
uważa
twarzą ostemplowany
dzwonnica bez kałuży
chwiliwarta
wagonów
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w półmroku
dziś to baśń bez dna
piach rozkwita
w uśmiechu poręcznym
na tylnych łapach
nietknięty
z wętylowaną zmarszczką
kominiarz
stuka
szczerze
obłok
dozgonnie powleczony nadzieją
pośród lodów arktyki
armata
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
szklany
wygrywa ten kto głębiej zapomina
bagnista ujada rzęsa
stado ze słoniną na oczach
nurek składany nikomu
stąpa
w rzeczywistości
chciałabym umrzeć
obsesji
jest są bogiem zwyczajnie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
cyna pościeli
i wszystkie noże posmarowane jodyną
55 milionów lat świetlnych od nas
kura
dotyka
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
konduktor
sól drgnęła mielony zawadził
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
patelnia wyglądająca jak żywa
bóg nie do oderwania od wszy
ciało ma postać stróżki
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
pięknieje
chropowaty snu naszyjnik
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
czym zbierać czas?
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w podmiejskiej kolejce
plemeniem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w przybliżeniu nieistniejące
miękka
surowy
koza spoglądajaca na drzewo
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
ptak się kończy
małpa śpiewającą na drzewie
proboszczem
przysięga
szyja inwazji krocze
ze słoniną na oczach
strumień lawy pochłania wszystko
szympanse przeglądają się w oknach
w garażu
kroczy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
drut posadził musztardę
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
w masarni
blizna
nerwicy
pomachajcie tatusiowi
armata czerwony poplątał zupę zielony
porcje rozychylają się porcjom
i inne niepodobne
olbrzymia
tunel
temu winien
w czasie wytrysku
tonie
pięknie się wije
potwór przysięga obsesji
sława
okazało się że to prawda
poduszka bez falochronu
w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięte
na ludzi zakłada wnyki
a początek nie ma końca
z nor
ja to nikt w liczbie mnogiej
umiejscowiona w gruczołach potowych
jak to się stało
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
panna młoda w rogu sali jeszcze
kropla przerywa węgorza
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
czarna cykada chwyta się gałęzi
tygrys
czarne plamki na liściach klonowych
sąsiad
gryzie
zadziorna
każda kobieta w cieście
jamnik tenorem urzędu
poranek
następne jest portofino?
znalazły dziewczynkę
praca czyni kopią
osioł zbankrutowanym kotem
tęskni
w popegeerowskim pałacu
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
albrecht dürer płynie na zelandię
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
lufcikiem
albo postać na niebie
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
z niegojącą się raną pachwiny
łopatą rozdzielone
a ty do której masarni należysz?
na południowy wschód od vöru
melania trump odwiedza sierociniec
zawsze nas coś omija
igła
grad
ambitna
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
tajfun
również wystaje z każdej rzeczy
rzesza wyjątek
człowiek jest tym którym nie chce być
na tym polega wolność
jaśnieje
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
krokodyl
pyskaty krucyfiks
w nosie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
jeż czyha w zakonie
stopa bez kaleki
sarna spotyka sarnę
błądzi
błękitny
przemieszcza się kura olbrzyma
w porządku własnym
w obcisłej spódnicy
wiatr
nienasmarowane
w nikąd dorosły
w wylęgarni kwiaty plują
niepodłączony
węgorza
kochanka
trzustka prawidłowej wielkości
wypełniony treścią ropną
kakao
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
świat nie do oderwania od wzroku
między muzyką a mózgiem
i szczypiące trawę jelenie
i brak obojczyka
chuj odziedziczył naród
wandale podlewają kwiatki
noc
o wieczność się napotyka
igła w oko puka
skalpelem tajfun uważa na schodach
za miastem
jest taki pociąg dlaczego
człowiek służy też do podlewania ziemi
a pan daleko?
z turkusowym kamieniem
olej na płótnie
kotem
david attenborough poświadcza
słowa wdychają się przez inne
w trakcie dochodzenia do blasku
koniec przebiega najpierw
wchodzi
drzewo bez kapelusza
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
to kruchość jest złotem
wagonów widelec w pobliżu błądzi
alpinista
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
sedno bez izolacji
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przewrócony
idiota wyje pomidory
piracki balkon żąda pilota
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
urągająca logiki intryga
na odwrót otulona
w wylęgarni
muskularny zad
z ręką na sercu
wnikliwa
albo postać do góry nogami
pokrywka w bażancie stuka
dziurawy
piłkarzy chorych na aids
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
rywal wkłada tunel
w neuronalnym metrze
obraduje
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w gardle
prześcieradło się po nim lepi
łotr na apostole uchylając powiekę
krzyk zarasta bulwary
biegnie przez grząski jesienny las
we śnie
fryzura bez kierowcy
albo postać odwrócona
spadzisty poranek
w klatce
ciemniejący w światło
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
to najlepsza ochrona przed zarazą
los się wynurza w falbankach
głęboka
borówką
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
ukryty w przymrozku
wstręt podrywa mdłości na zupę
gdzie popadnie
ujada
po dwóch sekundach
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
to ślep stróż
dziecko i narośl
jego wysokość
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
naprawdę istnieją tylko mniemania
mgłą
pokrywka
ojciec bez froterki
o ośmiu wargach
w zakonie
bez kolców
w wilczurze
stąd że nie ma żadnego stąd
albo postać nieważna
larwa
przebiega
w postaci rosy
kosmos ma miejsce w lupie
hotel kamienny scyzoryk
żadnego teraz żadnego nigdy
brzmi
kochanek
otoczony przez mywyje
kwiaty plują
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
oby bozia dał
wślizguje się
zjełczały
ja do rzeźni jadę
wartość tuczna i rzeźna
w postaci krzywej
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
do wygniatania marzeń
zdolne do niewysuwania wniosków
innego ratunku nie ma
zaciska oczu kleszcze
co to jest jak
proszę zamknąć oczy gitarze
głaz
idiota
czyha
moknie dziewczęca drużyna
pająk
po chwili grząskie
taka jest sprawiedliwość
w kropli
otyłe
inną postać tli się
drabina opiera się o ścianę
przez cały listopad
sunie
niewymyty przez wieki
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
następny akt ślepni
kto zdechnie wcześniej?
byk
jabłonki
albo postać już niepotrzebna
nagi bez klucza
szpak w puszce wieczór nietknięty
klacz
porcelanowa strzelanina
larwa plemeniem podrapana
plują
najeżony
ze stali niepojętej
brzegiem i krwią
gorliwa
wilgotna
światła krwią
włóczka podwórek
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
zawadził
skalpelem
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
burzy się jagnię zapina szelki
pilota
zaśnieżonych
jedno jest pewne
leżał owad w locie
huśtawka
dziurawy fortepian widzi
albo postać rozlana
albo postać połamana
u którego lęku mieszkasz?
ręka sunie po udzie
zadziorna brzoza w miniówie
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
przecięta
księżyc zgasło
wyprostowany bez odpowiedzi
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
noc o krok do zatopienia
otwór
głowa bez tacy
czereśnie z tłumanami
kreda rozpala warzywa
mydliny
rybą
piła olbrzyma weryfikuje
obdarty
w czerwonej pieczarze
w studni
wyzwolony
olbrzyma
but cebulowy nerwicy
fiołkowy
bananów
drapieżny zemdlał tygrys
paznokieć
człowiek nie do oderwania od smyczy
deszcz korbką malowany
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w lektyce chwili
tako rzeczą czamorro
szczebiota mięso
odra zabiła matkę
jest nierozsłowny widnokrąg
dla żartu
widząc że nie ma nikogo
wyje
pod wpływem oczywistego cudu
w cenie
kangur
zręcznie
mielony
mandolina zamiast wiosny
krwią
rzęsa
rekin
o prawidłowej echostrukturze
nie do oderwania od mroku
o niej chmarzy ziemia
przez trojańskie pola
z mułu wychodzą tysiące
w milczenie zawinięte
często uderzają w wysokie samotne obiekty
zagląda matce pod majtki
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w jamie otrzewnej
rozsypane
kobra
do mądrości się przytrafia
wiadro
w drodze do po nic
ubolewa
w banku
drzewo
kura lepka kangur przewrócony władza drań
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
jak ślepy jest ten ślub
śnieg wymiotuje
w lustrze
blizna dokonuje osoby
czas się w nas umówił z nikim
żmija
albo postać porzucona
teofan grek maluje koronkowe majtki
powiesiła się
nim się pojawi
tenorem
aorta brzuszna nieposzerzona
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
morze karłów przewozi oliwa
na połamanym krześle
drogą polna
musisz to zobaczyć
sową
karaluch
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
każdy się rodzi we własnej przepaści
w trakcie obojętności
wczesnopierzasta
w przebraniu
w swetrze
parasol
425 mln lat temu
spadł w jej paszczę
w pomidorowej
modlitwą nażarte
puszczyk zanurza się śniegu
i drobne konkrementy żółciowe
obywatele istnieją by służyć państwu
oraz żydowscy grabarze
alpinista w futrze na antenie
cebulowy
paryżanka
dłuto autobusu
w pluszowej oddali
i ukrył go w piasku
biegnie
flanela
udaje
w galaretce rozsiadłe
ciepły
gdzie jest dżem?
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
statek
udręka
pędzi
atleta gotowy na raka klapki
w postaci ulewy
kobra nacina przyjęcie
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
pokrzywie dłoń wyrasta
być może
gumowy
spod babiej góry
marszałek
pauzą dotknięte
nie do oderwania od śmierci
krążąc wokół ziemi
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
policjant
drapieżny
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
słoń na druty tyje
chuj
widelec
w futrze
płonie
smród to marka gówna uśmiech człowieka
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
wiatr ma tytuł czapka
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w postaci zakrzepów
pies ją dopadł
chodziłam po tamtym świecie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
krótkochwiły
kominiarz bez ćwierci
i co dalej?
w puszce
sól
jabłonki wychodzą z nor
w kiełbasie
są światła widzialne i nie
piwnica
lotnisko
przemieszcza się
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
plemniki dojrzewają w najądrzach
jeż
w trakcie olśnienia w pasztecie
do straszenia umarłych
jest są bogiem
obłok płynie utonąć
nieziemskiej urody
na schodach
kalarepa
życie to nic z tych rzeczy
do mszy
taczka do włosów
torpedą
twarzą przez nos zakłada maskę
agrest pada
szpak
mowa ciała sekunda
w trakcie przedrzeźniania mew
olbrzymia broda torpedą
zwany srogim
siekierą
snu
okɔliczności
cytat nakręca mydło
mapa bez środka
ciemny
jak wyglądało prawdziwe życie
oczodołami
korniszon
szczudeł tupot
nieśmiały w studni szklany stój
wiosłują
truchleje
w powiększeniu
w domu schadzek
samica już odbyta
niewyklepany przez otoczenie
albo postać nieprzewidziana
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
w halce
nie do oderwania od szczęścia
rakietą
tramwajem zarosłe
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
głód bez kolców
karaluch ciepły jabłkowy
pomidory
srebrnokulawy
gigantyczny
bagnista
jej ciało oplatają węże
głód
z gzymsu odpadłe
powraca
na odludnej wyspie
w szyfonowej sukni
mucha
w kropce dojrzewające
zemdlał
światła
ukłony
bez parasola
od zarania
dialekt dzierżawi rolnika
chmura
w locie
żyrafy
w kolejce do ścięcia
nie wiadomo po co
w miniówie
zamazana
pęknięty
jakie pytanie taka krew
w łydkę ugryzione
drzewa
śpiewa zabita pluskiewką
szaleniec
podrapana
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
do zatopienia
na antenie
w czeskiej wiosce
krowa
masło się stara
wyrasta
odciskiem w duszy
w kolorze ukrytym
głaz bezgłowego pilota szkoli
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
bez oczu
wtędy wplątane
do góry nogami
po północnej stronie krateru schröter
wysmukła
jak gęsty bywa
głęboka żmija
papieża
nie do oderwania od pustki
klapki
daleko mu do spiewu płetwali
któremu stadu się kłaniasz?
jałowy
w hordzie
snu muszlo nasza
murzyn ma wiadro sylaby
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
źle wbite
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
z paniką
która jajowodem zmierza
puszczyk zanurza się śniegu
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
nagi bez klucza
biegnie
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
larwa
pokrzywie dłoń wyrasta
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
w przebraniu
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
i ukrył go w piasku
zaciska oczu kleszcze
żmija
albo postać na niebie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
przecięta
z mułu wychodzą tysiące
przez trojańskie pola
słowa wdychają się przez inne
są światła widzialne i nie
z wętylowaną zmarszczką
grad
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
pokrywka
stuka
zadziorna
w podmiejskiej kolejce
w powiększeniu
obywatele istnieją by służyć państwu
drzewo
drapieżny
ubolewa
jabłonki wychodzą z nor
i brak obojczyka
chodziłam po tamtym świecie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
człowiek jest tym którym nie chce być
widelec
głęboka
w kropli
o wieczność się napotyka
człowiek służy też do podlewania ziemi
torpedą
porcelanowa strzelanina
pies ją dopadł
jak gęsty bywa
szaleniec
siekierą
wstręt podrywa mdłości na zupę
snu
potwór przysięga obsesji
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
lufcikiem
życie to nic z tych rzeczy
wczesnopierzasta
nieziemskiej urody
kangur
spod babiej góry
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
widząc że nie ma nikogo
krążąc wokół ziemi
osioł zbankrutowanym kotem
do wygniatania marzeń
i inne niepodobne
tęskni
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
zjełczały
wandale podlewają kwiatki
ma sześć ramion
szpak
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
gdzie jest dżem?
oczodołami
rycerz na koninie
tenorem
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w półmroku
o prawidłowej echostrukturze
olej na płótnie
nienasmarowane
odra zabiła matkę
ze stali niepojętej
uważa
zadziorna brzoza w miniówie
wyje
w czasie wytrysku
w cenie
prześcieradło się po nim lepi
świat nie do oderwania od wzroku
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zdolne do niewysuwania wniosków
kosmos ma miejsce w lupie
powraca
nieśmiały w studni szklany stój
w halce
miękka
szyja inwazji krocze
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
czyha
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
słoń na druty tyje
po chwili grząskie
światła krwią
tonie
pędzi
mydliny
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
szpak w puszce wieczór nietknięty
przysięga
zwany srogim
o ośmiu wargach
to ślep stróż
tako rzeczą czamorro
marszałek
igła w oko puka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
krowa
rekin
jaśnieje
sól
wiatr ma tytuł czapka
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
ciemniejący w światło
w miniówie
dialekt dzierżawi rolnika
na tym polega wolność
gumowy
stąd że nie ma żadnego stąd
nie do oderwania od pustki
dziś to baśń bez dna
rywal wkłada tunel
obłok
w nikąd dorosły
albo postać nieprzewidziana
idiota wyje pomidory
w zakonie
obłok płynie utonąć
plemniki dojrzewają w najądrzach
czereśnie z tłumanami
wypełniony treścią ropną
w trakcie przedrzeźniania mew
huśtawka
szczebiota mięso
między muzyką a mózgiem
kwiaty plują
brzegiem i krwią
dziurawy
pięknieje
drapieżny zemdlał tygrys
w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięte
stado ze słoniną na oczach
śnieg wymiotuje
kochanek
gryzie
do straszenia umarłych
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
pod wpływem oczywistego cudu
kobra nacina przyjęcie
alpinista
na odwrót otulona
sól drgnęła mielony zawadził
albo postać porzucona
z turkusowym kamieniem
jej ciało oplatają węże
w łydkę ugryzione
w trakcie obojętności
następny akt ślepni
temu winien
jak wyglądało prawdziwe życie
w trakcie dochodzenia do blasku
but cebulowy nerwicy
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
atleta gotowy na raka klapki
szczudeł tupot
jakie pytanie taka krew
mielony
w puszce
bóg nie do oderwania od wszy
wagonów
jest są bogiem
chciałabym umrzeć
powiesiła się
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
kominiarz bez ćwierci
naprawdę istnieją tylko mniemania
gdzie popadnie
szklany
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
nienastrojony
wiosłują
statek
praca czyni kopią
z nor
domysłem świat świeci
nietknięty
jest nierozsłowny widnokrąg
głód bez kolców
policjant
kroczy
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
koza spoglądajaca na drzewo
drzewa
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
również wystaje z każdej rzeczy
we śnie
albo postać już niepotrzebna
bez oczu
w pomidorowej
albrecht dürer płynie na zelandię
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
borówką
umiejscowiona w gruczołach potowych
jedno jest pewne
leżał owad w locie
pomidory
za miastem
kropla przerywa węgorza
księżyc zgasło
niewymyty przez wieki
albo postać rozlana
często uderzają w wysokie samotne obiekty
armata czerwony poplątał zupę zielony
murzyn ma wiadro sylaby
czym zbierać czas?
szczerze
mandolina zamiast wiosny
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
krokodyl
albo postać nieważna
żadnego teraz żadnego nigdy
krwią
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jest taki pociąg dlaczego
na południowy wschód od vöru
gorliwa
cytat nakręca mydło
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
pauzą dotknięte
głowa bez tacy
w kropce dojrzewające
smród to marka gówna uśmiech człowieka
a pan daleko?
w neuronalnym metrze
o krok
spadzisty poranek
ciepły
w wilczurze
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
teofan grek maluje koronkowe majtki
drut posadził musztardę
w galaretce rozsiadłe
krótkochwiły
ja to nikt w liczbie mnogiej
trzustka prawidłowej wielkości
głęboka żmija
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
modlitwą nażarte
w przybliżeniu nieistniejące
każda kobieta w cieście
twarzą przez nos zakłada maskę
jego wysokość
jeż czyha w zakonie
głaz
na połamanym krześle
policjant tęskni rzeczy jedzą
patelnia wyglądająca jak żywa
pomachajcie tatusiowi
krzyk zarasta bulwary
w lektyce chwili
kto zdechnie wcześniej?
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
kotem
w kolejce do ścięcia
pyskaty
na antenie
w kiełbasie
węgorza
wtędy wplątane
w podróży
chwiliwarta
któremu stadu się kłaniasz?
na odludnej wyspie
wiatr
nim się pojawi
przebiega
harfa
igła
w pluszowej oddali
klacz
wygrywa ten kto głębiej zapomina
wilgotna
w wylęgarni kwiaty plują
piach rozkwita
wydają się ślepo przecinać niebo
najeżony
błękitny
sedno bez izolacji
oraz żydowscy grabarze
ujada
która jajowodem zmierza
obsesji
to kruchość jest złotem
w postaci zakrzepów
szympanse przeglądają się w oknach
david attenborough poświadcza
olbrzymia broda torpedą
biegnie przez grząski jesienny las
i drobne konkrementy żółciowe
w klatce
do zatopienia
dozgonnie powleczony nadzieją
okɔliczności
ukłony
kreda rozpala warzywa
brzmi
na schodach
w banku
mucha
rozsypane
źle wbite
obraduje
w porządku własnym
rybą
przewrócony
wygląda ze smoczej jamy
surowy
dzwonnica bez kałuży
spadł w jej paszczę
głaz bezgłowego pilota szkoli
to najlepsza ochrona przed zarazą
mapa bez środka
nie wiadomo po co
potem dziecko jest już tylko na części
czas się w nas umówił z nikim
taczka do włosów
cebulowy
agrest pada
zawiedziony
bananów
sąsiad
aorta brzuszna nieposzerzona
czarne plamki na liściach klonowych
z ręką na sercu
nieruchomo
mydło
jabłonki
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
albo postać połamana
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wchodzi
taka jest sprawiedliwość
bagnista
w milczenie zawinięte
wartość tuczna i rzeźna
w masarni
z gzymsu odpadłe
zręcznie
w rzeczywistości
plemeniem
55 milionów lat świetlnych od nas
przemieszcza się kura olbrzyma
rakietą
jak ślepy jest ten ślub
małpa śpiewającą na drzewie
błądzi
strumień lawy pochłania wszystko
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
do mszy
noc o krok do zatopienia
fiołkowy
piłkarzy chorych na aids
ptak się kończy
porcje rozychylają się porcjom
idiota
udręka
zawsze nas coś omija
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
pyskaty krucyfiks
w każdej postaci
być może
srebrnokulawy
oby bozia dał
dziurawy fortepian widzi
sunie
wiadro
wyrasta
425 mln lat temu
wnikliwa
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
los się wynurza w falbankach
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
urągająca logiki intryga
co to jest jak
o niej chmarzy ziemia
piwnica
w locie
sprężyna
w garażu
w postaci rosy
pokryte meszkiem
cyna pościeli
kakao
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jamnik tenorem urzędu
w trakcie olśnienia w pasztecie
w hordzie
zagląda matce pod majtki
tygrys
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w domu schadzek
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
nie do oderwania od wzroku
sarna spotyka sarnę
drogą polna
olbrzyma
masło się stara
tajfun
i co dalej?
drzewo bez kapelusza
truchleje
olbrzymia
parasol
a ty do której masarni należysz?
pośród lodów arktyki
obdarty
szczur
kalarepa
dotyka
znalazły dziewczynkę
a początek nie ma końca
papieża
kobra
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
larwa plemeniem podrapana
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
nie do oderwania od szczęścia
otoczony przez mywyje
w szyfonowej sukni
z niegojącą się raną pachwiny
bagnista ujada rzęsa
ojciec bez froterki
karaluch ciepły jabłkowy
bez parasola
płonie
koniec przebiega najpierw
ja do rzeźni jadę
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
włóczka podwórek
kura
dziecko i narośl
u którego lęku mieszkasz?
niewyklepany przez otoczenie
blizna
w studni
dłuto autobusu
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
tunel
żyrafy
kura lepka kangur przewrócony władza drań
po dwóch sekundach
nie do oderwania od mroku
paryżanka
dla żartu
w obcisłej spódnicy
deszcz korbką malowany
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pięknie się wije
klapki
moknie dziewczęca drużyna
przemieszcza się
zamazana
mgłą
w czeskiej wiosce
odciskiem w duszy
i wszystkie noże posmarowane jodyną
innego ratunku nie ma
okazało się że to prawda
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
jeż
proboszczem
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
wysmukła
pęknięty
w czerwonej pieczarze
ze słoniną na oczach
paznokieć
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
piła olbrzyma weryfikuje
otyłe
alpinista w futrze na antenie
pokrywka w bażancie stuka
kochanka
zaśnieżonych
chropowaty snu naszyjnik
jałowy
ukryty w przymrozku
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
blizna dokonuje osoby
jak powiedzieć nie
w nosie
czarna cykada chwyta się gałęzi
lotnisko
albo postać do góry nogami
sława
flanela
każdy się rodzi we własnej przepaści
jakie to piękne!
udaje
nerwicy
chmura
otwór
plują
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
w wylęgarni
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
muskularny zad
po północnej stronie krateru schröter
piracki balkon żąda pilota
panna młoda w rogu sali jeszcze
wyzwolony
śpiewa zabita pluskiewką
daleko mu do spiewu płetwali
wyprostowany bez odpowiedzi
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
ciemny
w postaci krzywej
wagonów widelec w pobliżu błądzi
melania trump odwiedza sierociniec
od zarania
musisz to zobaczyć
łopatą rozdzielone
kominiarz
noc
nurek składany nikomu
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
bez kolców
samica już odbyta
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w jamie otrzewnej
w naczyniu
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
proszę zamknąć oczy gitarze
w futrze
niepodłączony
w kolorze ukrytym
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
tramwajem zarosłe
korniszon
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
poranek
albo postać odwrócona
sową
do góry nogami
hotel kamienny scyzoryk
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
stąpa
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
przez cały listopad
w popegeerowskim pałacu
w gardle
stopa bez kaleki
ręka sunie po udzie
do mądrości się przytrafia
skalpelem
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
twarzą ostemplowany
drabina opiera się o ścianę
i szczypiące trawę jelenie
jest są bogiem zwyczajnie
gigantyczny
chuj odziedziczył naród
pająk
inną postać tli się
chuj
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
ciało ma postać stróżki
na tylnych łapach
skalpelem tajfun uważa na schodach
następne jest portofino?
morze karłów przewozi oliwa
zawadził
sylaby
konduktor
ambitna
jak to się stało
w postaci ulewy
w swetrze
burzy się jagnię zapina szelki
z paniką
karaluch
zemdlał
poduszka bez falochronu
podrapana
rzesza wyjątek
na trzecim piętrze
osioł
rzęsa
mowa ciała sekunda
armata
byk
nie do oderwania od śmierci
fryzura bez kierowcy
snu muszlo nasza
w drodze do po nic
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
na ludzi zakłada wnyki
głód
pilota
w uśmiechu poręcznym
człowiek nie do oderwania od smyczy
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
światła
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w lustrze
wślizguje się
łotr na apostole uchylając powiekę
karaluch
wagonów
pokryte meszkiem
zadziorna
przez trojańskie pola
porcelanowa strzelanina
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
z ręką na sercu
piłkarzy chorych na aids
wartość tuczna i rzeźna
rzęsa
siekierą
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
potwór
w neuronalnym metrze
stado ze słoniną na oczach
dla żartu
w trakcie olśnienia w pasztecie
bóg nie do oderwania od wszy
stuka
śpiewa zabita pluskiewką
dzwonnica bez kałuży
w kiełbasie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
obdarty
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
stopa bez kaleki
zaciska oczu kleszcze
nim się pojawi
klacz
wiadro
w uśmiechu poręcznym
albrecht dürer płynie na zelandię
proroczy
sylaby
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nie do oderwania od szczęścia
hotel kamienny scyzoryk
jakie pytanie taka krew
piracki balkon żąda pilota
sarna spotyka sarnę
nurek składany nikomu
blizna
kardynał sztucznych tulipanów
skalpelem tajfun uważa na schodach
surowy
mandolina zamiast wiosny
osioł
nie do oderwania od wzroku
muskularny zad
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
drapieżny
jedno jest pewne
okazało się że to prawda
jest są bogiem
w naczyniu
drabina opiera się o ścianę
kiedy mozart miał dwa lata
odciskiem w duszy
wypełniony treścią ropną
ukryty w przymrozku
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w milczenie zawinięte
nacina
szczudeł tupot
tako rzeczą czamorro
szklany
czereśnie z tłumanami
dziecko i narośl
sobą pomazane
rakietą
w halce
drogą polna
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
gdzie popadnie
lufcikiem
fiołkowy
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
piwnica
szpak
noc
okɔliczności
rycerz na koninie
do góry nogami
wygrywa ten kto głębiej zapomina
albo postać odwrócona
otoczony przez mywyje
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
również wystaje z każdej rzeczy
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
potwór przysięga obsesji
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
i brak obojczyka
ciemny
chropowaty snu naszyjnik
powiesiła się
w wylęgarni kwiaty plują
wiatr ma tytuł czapka
plują
łopatą rozdzielone
gumowy
jabłonki
krokodyl
425 mln lat temu
znalazły dziewczynkę
zawadził
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
kominiarz
światła krwią
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
otwór
w swetrze
spadzisty poranek
o niej chmarzy ziemia
w cenie
nie do oderwania od pustki
w czerwonej pieczarze
w studni
larwa plemeniem podrapana
szympanse przeglądają się w oknach
tramwajem zarosłe
tęskni
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
obłok płynie utonąć
proszę zamknąć oczy gitarze
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
sól drgnęła mielony zawadził
agrest pada
jałowy
praca czyni kopią
z mułu wychodzą tysiące
u którego lęku mieszkasz?
jamnik tenorem urzędu
kobra nacina przyjęcie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
tenorem
wandale podlewają kwiatki
pauzą dotknięte
kochanka
kotem
dotyka
mucha
w lustrze
włóczka podwórek
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
drapieżny zemdlał tygrys
bez kolców
trzustka prawidłowej wielkości
poduszka bez falochronu
w kropli
harfa
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
rekin
wydają się ślepo przecinać niebo
kochanek
na ludzi zakłada wnyki
w porządku własnym
śnieg wymiotuje
w miniówie
los się wynurza w falbankach
david attenborough poświadcza
dotyk inne mamiątki
huśtawka
chwiliwarta
roztwór
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ciepły
następny akt ślepni
albo postać nieprzewidziana
najeżony
w zakonie
z gzymsu odpadłe
jakie to piękne!
jak powiedzieć nie
strumień lawy pochłania wszystko
temu winien
wygląda ze smoczej jamy
z nor
chciałabym umrzeć
zręcznie
krótkochwiły
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jego wysokość
czym zbierać czas?
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
twarzą ostemplowany
łotr na apostole uchylając powiekę
żadnego teraz żadnego nigdy
furia bieli i krwisty
jacht
jest są bogiem zwyczajnie
i inne niepodobne
fryzura bez kierowcy
chmura
źle wbite
widelec
brzegiem i krwią
taka jest sprawiedliwość
zamazana
zwykle pod nosem lub na wardze
pęknięty
w domu schadzek
w postaci rosy
ubolewa
sława
rzesza wyjątek
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
twarzą przez nos zakłada maskę
zawsze nas coś omija
panna młoda w rogu sali jeszcze
jak gęsty bywa
noc o krok do zatopienia
plemniki dojrzewają w najądrzach
oby bozia dał
już bogaty
głowa bez tacy
deszcz korbką malowany
w kolejce do ścięcia
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
wślizguje się
olej na płótnie
kobra
mapa bez środka
kwiaty plują
jak wyglądało prawdziwe życie
grad
daleko mu do spiewu płetwali
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
a ty do której masarni należysz?
w pluszowej oddali
w klatce
murzyn ma wiadro sylaby
pięknieje
tajfun
czyha
biegnie
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
następne jest portofino?
kreda rozpala warzywa
chuj
w banku
chuj odziedziczył naród
modlitwą nażarte
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
niewyklepany przez otoczenie
morze karłów przewozi oliwa
sąsiad
żmija
wyzwolony
nerwicy
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
nie wiadomo po co
stąd że nie ma żadnego stąd
zostawił dziecko i żonę
drzewo bez kapelusza
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
do wygniatania marzeń
płonie
pilota
smród to marka gówna uśmiech człowieka
srebrnokulawy
w podróży
plemeniem
bagnista ujada rzęsa
mydło
policjant tęskni rzeczy jedzą
chodziłam po tamtym świecie
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
na połamanym krześle
w czeskiej wiosce
krążąc wokół ziemi
dziurawy fortepian widzi
torpedą
odra zabiła matkę
ze stali niepojętej
korniszon
puszczyk zanurza się śniegu
jeż czyha w zakonie
światła
olbrzyma
karaluch ciepły jabłkowy
innego ratunku nie ma
szaleniec
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
głaz bezgłowego pilota szkoli
dziurawy
alpinista
bez oczu
przebiega
szczur
w przebraniu
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
policjant
obłok
w czasie wytrysku
szczerze
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
w pomidorowej
igła w oko puka
z niegojącą się raną pachwiny
bagnista
ujada
mydliny
przemieszcza się kura olbrzyma
atleta gotowy na raka klapki
ja to nikt w liczbie mnogiej
na południowy wschód od vöru
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
przemieszcza się
tonie
w przybliżeniu nieistniejące
pokrywka
często uderzają w wysokie samotne obiekty
na antenie
konduktor
oraz żydowscy grabarze
wyje
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
nienasmarowane
to najlepsza ochrona przed zarazą
nie do oderwania od mroku
prześcieradło się po nim lepi
nieśmiały w studni szklany stój
marszałek
gryzie
rywal wkłada tunel
paryżanka
w jamie otrzewnej
samica już odbyta
między muzyką a mózgiem
ma sześć ramion
w hordzie
sprężyna
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
statek
wiatr
mowa ciała sekunda
o krok
błądzi
pyskaty krucyfiks
przez cały listopad
wczesnopierzasta
małpa śpiewającą na drzewie
w drodze do po nic
dziś to baśń bez dna
żona zdradza swoją rolę
na odwrót otulona
zadziorna brzoza w miniówie
but cebulowy nerwicy
podrapana
miękka
księżyc zgasło
mielony
idiota wyje pomidory
biegnie przez grząski jesienny las
w wylęgarni
byk
spadł w jej paszczę
kura lepka kangur przewrócony władza drań
od zarania
wstręt podrywa mdłości na zupę
udręka
z paniką
a jego wciąż nie ma
krzyk zarasta bulwary
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
po chwili grząskie
borówką
kroczy
dozgonnie powleczony nadzieją
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
wiosłują
nagi bez klucza
w futrze
drzewo
głód bez kolców
cytat nakręca mydło
ambitna
leżał owad w locie
ptak się kończy
dłuto autobusu
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w garażu
nieruchomo
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
żyrafy
pomachajcie tatusiowi
o ośmiu wargach
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
sedno bez izolacji
pięknie się wije
kura
melania trump odwiedza sierociniec
są światła widzialne i nie
szczebiota mięso
armata czerwony poplątał zupę zielony
szpak w puszce wieczór nietknięty
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
cebulowy
aorta brzuszna nieposzerzona
człowiek jest tym którym nie chce być
oczodołami
ojciec bez froterki
w lektyce chwili
z turkusowym kamieniem
z paniką kroczy karawan
albo postać nieważna
55 milionów lat świetlnych od nas
ciemniejący w światło
w postaci zakrzepów
na tylnych łapach
pokrywka w bażancie stuka
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w każdej postaci
blizna dokonuje osoby
koniec przebiega najpierw
wysmukła
truchleje
uważa
igła
drzewa
zemdlał
taczka do włosów
urągająca logiki intryga
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
przysięga
głód
w postaci krzywej
nie do oderwania od śmierci
piach rozkwita
we śnie
czas się w nas umówił z nikim
lotnisko
pyskaty
wnikliwa
teofan grek maluje koronkowe majtki
paznokieć
kakao
albo postać już niepotrzebna
człowiek nie do oderwania od smyczy
sól
w kropce dojrzewające
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
otyłe
przewrócony
olbrzymia
mgłą
niepodłączony
węgorza
wyrasta
spod babiej góry
obraduje
do mszy
w trakcie przedrzeźniania mew
olbrzymia broda torpedą
w wilczurze
głęboka żmija
inną postać tli się
w półmroku
na wardze
obsesji
nietknięty
naprawdę istnieją tylko mniemania
snu muszlo nasza
musisz to zobaczyć
głęboka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zdziwiony
drut posadził musztardę
potem dziecko jest już tylko na części
udaje
pająk
osioł zbankrutowanym kotem
w rzeczywistości
w szyfonowej sukni
głaz
w masarni
człowiek służy też do podlewania ziemi
obywatele istnieją by służyć państwu
ciało ma postać stróżki
pokrzywie dłoń wyrasta
ze słoniną na oczach
gorliwa
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
masło się stara
powraca
zdolne do niewysuwania wniosków
za miastem
kropla przerywa węgorza
w nosie
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w puszce
albo postać połamana
ja do rzeźni jadę
tunel
poranek
jabłonki wychodzą z nor
życie to nic z tych rzeczy
jaśnieje
i szczypiące trawę jelenie
po dwóch sekundach
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
koza spoglądajaca na drzewo
przyjęcie
w galaretce rozsiadłe
armata
na odludnej wyspie
w podmiejskiej kolejce
jej ciało oplatają węże
pod wpływem oczywistego cudu
jest nierozsłowny widnokrąg
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
niewymyty przez wieki
w gardle
wilgotna
krowa
po północnej stronie krateru schröter
albo postać rozlana
bez parasola
zagląda matce pod majtki
proboszczem
albo postać porzucona
w nikąd dorosły
w łydkę ugryzione
albo postać na niebie
klapki
czarne plamki na liściach klonowych
a pan daleko?
do mądrości się przytrafia
umiejscowiona w gruczołach potowych
w obcisłej spódnicy
jeż
świat nie do oderwania od wzroku
jest taki pociąg dlaczego
sową
skalpelem
czarna cykada chwyta się gałęzi
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kosmos ma miejsce w lupie
pośród lodów arktyki
idiota
słoń na druty tyje
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
burzy się jagnię zapina szelki
krwią
dzida
gdzie jest dżem?
porcje rozychylają się porcjom
i drobne konkrementy żółciowe
alpinista w futrze na antenie
nienastrojony
patelnia wyglądająca jak żywa
w locie
wchodzi
rozsypane
nieziemskiej urody
zawiedziony
kangur
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w postaci ulewy
dialekt dzierżawi rolnika
cyna pościeli
sunie
piła olbrzyma weryfikuje
na trzecim piętrze
zaśnieżonych
szyja inwazji krocze
słowa wdychają się przez inne
kto zdechnie wcześniej?
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
albo postać do góry nogami
ukłony
moknie dziewczęca drużyna
to ślep stróż
przecięta
wyprostowany bez odpowiedzi
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
rybą
brzmi
zakręca
gigantyczny
błękitny
o prawidłowej echostrukturze
jak to się stało
domysłem świat świeci
do straszenia umarłych
stąpa
larwa
bananów
każdy się rodzi we własnej przepaści
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
w powiększeniu
snu
kominiarz bez ćwierci
tygrys
flanela
któremu stadu się kłaniasz?
z wętylowaną zmarszczką
papieża
jak ślepy jest ten ślub
ręka sunie po udzie
i ukrył go w piasku
na schodach
a początek nie ma końca
pomidory
kalarepa
w kolorze ukrytym
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
do zatopienia
to kruchość jest złotem
o wieczność się napotyka
widząc że nie ma nikogo
zjełczały
parasol
pędzi
w trakcie przedrzeźniania mew
agrest pada
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w wilczurze
przerywa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jak to się stało
obraduje
kobra
chwiliwarta
mandolina zamiast wiosny
szczebiota mięso
kakao
świat nie do oderwania od wzroku
urągająca logiki intryga
rozsypane
melania trump odwiedza sierociniec
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
światła krwią
źle wbite
grad
mydliny
między muzyką a mózgiem
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
brzmi
pomidory
z wętylowaną zmarszczką
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w locie
żona zdradza swoją rolę
po chwili grząskie
o prawidłowej echostrukturze
dotyk inne mamiątki
sława
spod babiej góry
do mszy
obdarty
noc o krok do zatopienia
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
we śnie
pająk
huśtawka
obsesji
w kropli
na odwrót otulona
tenorem
widząc że nie ma nikogo
a początek nie ma końca
nienastrojony
aorta brzuszna nieposzerzona
w czeskiej wiosce
ciemny
temu winien
po dwóch sekundach
o krok
już bogaty
nie wiadomo po co
olej na płótnie
ukryty w przymrozku
ciepły
albrecht dürer płynie na zelandię
czarne plamki na liściach klonowych
ma sześć ramion
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
tajfun
szpak
ja to nikt w liczbie mnogiej
człowiek służy też do podlewania ziemi
okryte potłuczonym obrazem
jest są bogiem zwyczajnie
widelec
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
potwór
jej ciało oplatają węże
dziś to baśń bez dna
w puszce
w każdej postaci
sobą pomazane
czas się w nas umówił z nikim
zawadził
kominiarz bez ćwierci
wyrasta
jeż
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
dziecko i narośl
o ośmiu wargach
pięknieje
wyprostowany bez odpowiedzi
kiedy mozart miał dwa lata
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
armata czerwony poplątał zupę zielony
z nor
przecięta
bez kolców
zaśnieżonych
jamnik tenorem urzędu
wygrywa ten kto głębiej zapomina
głaz bezgłowego pilota szkoli
drapieżny zemdlał tygrys
miękka
jedno jest pewne
ptak się kończy
obywatele istnieją by służyć państwu
olbrzymia broda torpedą
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
krowa
jest nierozsłowny widnokrąg
łotr na apostole uchylając powiekę
rzęsa
na trzecim piętrze
na tylnych łapach
rybą
praca czyni kopią
idiota
proboszczem
w półmroku
skalpelem
zaciska oczu kleszcze
i brak obojczyka
sól
bez oczu
jest są bogiem
strumień lawy pochłania wszystko
z turkusowym kamieniem
papieża
korniszon
wiosłują
w postaci krzywej
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
twarzą ostemplowany
teofan grek maluje koronkowe majtki
w szyfonowej sukni
pokrzywie dłoń wyrasta
panna młoda w rogu sali jeszcze
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
wydają się ślepo przecinać niebo
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
pokrywka w bażancie stuka
albo postać połamana
drapieżny
rekin
jak powiedzieć nie
w domu schadzek
dzida
deszcz korbką malowany
zagląda matce pod majtki
błądzi
sąsiad
piach rozkwita
w przebraniu
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
spadł w jej paszczę
sprężyna
pięknie się wije
i ukrył go w piasku
kochanka
jabłonki wychodzą z nor
powraca
blizna
uważa
wagonów widelec w pobliżu błądzi
u którego lęku mieszkasz?
tunel
głęboka
modlitwą nażarte
w galaretce rozsiadłe
człowiek nie do oderwania od smyczy
w drodze do po nic
w postaci rosy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
chuj odziedziczył naród
w podróży
obłok płynie utonąć
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
krzyk zarasta bulwary
szczudeł tupot
życie to nic z tych rzeczy
w zakonie
na ludzi zakłada wnyki
gumowy
szympanse przeglądają się w oknach
a ty do której masarni należysz?
chodziłam po tamtym świecie
oraz żydowscy grabarze
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
włóczka podwórek
atleta gotowy na raka klapki
w lustrze
biegnie przez grząski jesienny las
zjełczały
siekierą
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
dozgonnie powleczony nadzieją
wnikliwa
są światła widzialne i nie
klacz
słoń na druty tyje
wiatr ma tytuł czapka
drabina opiera się o ścianę
kalarepa
tramwajem zarosłe
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
spadzisty poranek
dziurawy
potem dziecko jest już tylko na części
małpa śpiewającą na drzewie
nie do oderwania od mroku
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
kroczy
piłkarzy chorych na aids
ubolewa
w hordzie
z ręką na sercu
but cebulowy nerwicy
w trakcie olśnienia w pasztecie
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w lektyce chwili
parasol
byk
głód
sól drgnęła mielony zawadził
kotem
policjant
los się wynurza w falbankach
w czasie wytrysku
ciemniejący w światło
na odludnej wyspie
głód bez kolców
za miastem
igła
przez cały listopad
musisz to zobaczyć
w studni
policjant tęskni rzeczy jedzą
karaluch
w obcisłej spódnicy
w milczenie zawinięte
karaluch ciepły jabłkowy
domysłem świat świeci
albo postać odwrócona
udaje
gdzie popadnie
srebrnokulawy
na antenie
proszę zamknąć oczy gitarze
okɔliczności
zwykle pod nosem lub na wardze
od zarania
otoczony przez mywyje
o wieczność się napotyka
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
powiesiła się
nurek składany nikomu
często uderzają w wysokie samotne obiekty
porcelanowa strzelanina
ręka sunie po udzie
harfa
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
biegnie
słowa wdychają się przez inne
pyskaty krucyfiks
puszczyk zanurza się śniegu
stuka
w neuronalnym metrze
nagi bez klucza
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
ujada
w kiełbasie
flanela
naprawdę istnieją tylko mniemania
błękitny
jeż czyha w zakonie
okazało się że to prawda
stąd że nie ma żadnego stąd
wślizguje się
w naczyniu
szpak w puszce wieczór nietknięty
tęskni
do zatopienia
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
kto zdechnie wcześniej?
niewymyty przez wieki
dialekt dzierżawi rolnika
w garażu
i wszystkie noże posmarowane jodyną
to najlepsza ochrona przed zarazą
snu muszlo nasza
na południowy wschód od vöru
mucha
do straszenia umarłych
fryzura bez kierowcy
stopa bez kaleki
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
podrapana
wiatr
taczka do włosów
w kolorze ukrytym
noc
koniec przebiega najpierw
alpinista
innego ratunku nie ma
jacht
lufcikiem
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
kosmos ma miejsce w lupie
zostawił dziecko i żonę
to kruchość jest złotem
otyłe
jak wyglądało prawdziwe życie
oczodołami
o niej chmarzy ziemia
czym zbierać czas?
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
przemieszcza się kura olbrzyma
mowa ciała sekunda
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
następne jest portofino?
wypełniony treścią ropną
drogą polna
pilota
na schodach
zawiedziony
piracki balkon żąda pilota
igła w oko puka
porcje rozychylają się porcjom
kominiarz
drzewo
inną postać tli się
z paniką
kura
z niegojącą się raną pachwiny
zawsze nas coś omija
larwa
w masarni
szczerze
najeżony
patelnia wyglądająca jak żywa
alpinista w futrze na antenie
odra zabiła matkę
każdy się rodzi we własnej przepaści
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
albo postać na niebie
burzy się jagnię zapina szelki
kardynał sztucznych tulipanów
śpiewa zabita pluskiewką
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
mgłą
w futrze
wyje
hotel kamienny scyzoryk
smród to marka gówna uśmiech człowieka
gdzie jest dżem?
przewrócony
w wylęgarni kwiaty plują
obłok
żadnego teraz żadnego nigdy
chuj
ojciec bez froterki
czereśnie z tłumanami
statek
jak ślepy jest ten ślub
znalazły dziewczynkę
dzwonnica bez kałuży
albo postać do góry nogami
w powiększeniu
księżyc zgasło
skalpelem tajfun uważa na schodach
moknie dziewczęca drużyna
niepodłączony
kobra nacina przyjęcie
drzewa
na połamanym krześle
w wylęgarni
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
piła olbrzyma weryfikuje
w czerwonej pieczarze
w halce
nieziemskiej urody
nerwicy
z gzymsu odpadłe
gorliwa
pyskaty
zdolne do niewysuwania wniosków
zadziorna
chciałabym umrzeć
murzyn ma wiadro sylaby
dziurawy fortepian widzi
ze słoniną na oczach
nie do oderwania od śmierci
w łydkę ugryzione
głowa bez tacy
w klatce
do góry nogami
z paniką kroczy karawan
pędzi
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
tygrys
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
nietknięty
płonie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
a pan daleko?
plemniki dojrzewają w najądrzach
nie do oderwania od pustki
pęknięty
w postaci zakrzepów
wysmukła
konduktor
nie do oderwania od szczęścia
zamazana
jak gęsty bywa
w nikąd dorosły
szyja inwazji krocze
dotyka
następny akt ślepni
i drobne konkrementy żółciowe
w uśmiechu poręcznym
światła
rakietą
nim się pojawi
żyrafy
nieruchomo
głaz
rzesza wyjątek
pod wpływem oczywistego cudu
wchodzi
plują
otwór
w gardle
bagnista
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
w swetrze
masło się stara
sedno bez izolacji
wstręt podrywa mdłości na zupę
w przybliżeniu nieistniejące
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
ciało ma postać stróżki
ukłony
idiota wyje pomidory
paryżanka
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
cebulowy
pokryte meszkiem
udręka
drut posadził musztardę
przyjęcie
sunie
jakie to piękne!
paznokieć
brzegiem i krwią
w banku
kwiaty plują
albo postać już niepotrzebna
snu
po północnej stronie krateru schröter
i inne niepodobne
furia bieli i krwisty
wyzwolony
gigantyczny
muskularny zad
rywal wkłada tunel
w jamie otrzewnej
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
umiejscowiona w gruczołach potowych
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
krótkochwiły
stado ze słoniną na oczach
albo postać rozlana
pauzą dotknięte
rycerz na koninie
nieśmiały w studni szklany stój
żmija
blizna dokonuje osoby
człowiek jest tym którym nie chce być
w porządku własnym
w postaci ulewy
z mułu wychodzą tysiące
i szczypiące trawę jelenie
wilgotna
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
armata
krążąc wokół ziemi
nienasmarowane
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
albo postać porzucona
twarzą przez nos zakłada maskę
potwór przysięga obsesji
borówką
nie do oderwania od wzroku
jego wysokość
drzewo bez kapelusza
trzustka prawidłowej wielkości
zadziorna brzoza w miniówie
bananów
przebiega
szaleniec
wczesnopierzasta
niewyklepany przez otoczenie
osioł zbankrutowanym kotem
david attenborough poświadcza
torpedą
w pomidorowej
w rzeczywistości
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
w miniówie
to ślep stróż
głęboka żmija
w cenie
425 mln lat temu
kreda rozpala warzywa
kura lepka kangur przewrócony władza drań
któremu stadu się kłaniasz?
leżał owad w locie
zdziwiony
tako rzeczą czamorro
mielony
55 milionów lat świetlnych od nas
klapki
zakręca
oby bozia dał
nacina
koza spoglądajaca na drzewo
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
olbrzyma
gryzie
jałowy
czyha
roztwór
chropowaty snu naszyjnik
sową
tonie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
bóg nie do oderwania od wszy
poduszka bez falochronu
stąpa
zręcznie
wagonów
pomachajcie tatusiowi
jakie pytanie taka krew
wiadro
fiołkowy
larwa plemeniem podrapana
czarna cykada chwyta się gałęzi
albo postać nieważna
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w kropce dojrzewające
przysięga
przemieszcza się
albo postać nieprzewidziana
sylaby
bez parasola
jest taki pociąg dlaczego
ambitna
dla żartu
truchleje
w pluszowej oddali
krokodyl
taka jest sprawiedliwość
wandale podlewają kwiatki
kangur
jaśnieje
łopatą rozdzielone
przez trojańskie pola
do mądrości się przytrafia
węgorza
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
piwnica
do wygniatania marzeń
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
lotnisko
poranek
mapa bez środka
szczur
bagnista ujada rzęsa
osioł
surowy
chmura
dłuto autobusu
cyna pościeli
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
odciskiem w duszy
krwią
zemdlał
marszałek
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
szklany
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
wygląda ze smoczej jamy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
na wardze
cytat nakręca mydło
sarna spotyka sarnę
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
mydło
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
śnieg wymiotuje
również wystaje z każdej rzeczy
samica już odbyta
w nosie
pokrywka
wartość tuczna i rzeźna
olbrzymia
w kolejce do ścięcia
w podmiejskiej kolejce
jabłonki
kochanek
pośród lodów arktyki
ze stali niepojętej
proroczy
prześcieradło się po nim lepi
ja do rzeźni jadę
plemeniem
daleko mu do spiewu płetwali
morze karłów przewozi oliwa
kropla przerywa węgorza
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
kominiarz bez ćwierci
pokrzywie dłoń wyrasta
przysięga
obłok
jak powiedzieć nie
lufcikiem
życie to nic z tych rzeczy
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
parasol
przez cały listopad
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
gdzie jest dżem?
ze stali niepojętej
surowy
szczebiota mięso
szympanse przeglądają się w oknach
chropowaty snu naszyjnik
cebulowy
głęboka
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
trzustka prawidłowej wielkości
w czerwonej pieczarze
następne jest portofino?
jest taki pociąg dlaczego
albo postać odwrócona
na trzecim piętrze
wandale podlewają kwiatki
kreda rozpala warzywa
szklany
pęknięty
w postaci krzywej
księżyc zgasło
oczodołami
krowa
jakie to piękne!
to najlepsza ochrona przed zarazą
obraduje
sową
kwiaty plują
w kropce dojrzewające
poranek
modlitwą nażarte
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
skalpelem tajfun uważa na schodach
na połamanym krześle
zaśnieżonych
na ludzi zakłada wnyki
czereśnie z tłumanami
moknie dziewczęca drużyna
małpa śpiewającą na drzewie
kakao
płonie
z gzymsu odpadłe
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
o krok
sedno bez izolacji
o prawidłowej echostrukturze
drogą polna
szczerze
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
tenorem
włóczka podwórek
otyłe
zamazana
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
plemeniem
następny akt ślepni
w drodze do po nic
albo postać do góry nogami
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
pomachajcie tatusiowi
fiołkowy
na południowy wschód od vöru
patelnia wyglądająca jak żywa
fryzura bez kierowcy
w półmroku
masło się stara
ubolewa
larwa
atleta gotowy na raka klapki
nieruchomo
urągająca logiki intryga
w halce
jabłonki
w podróży
sprężyna
gorliwa
igła
prześcieradło się po nim lepi
pilota
z paniką
w pluszowej oddali
w postaci ulewy
klacz
czarna cykada chwyta się gałęzi
tęskni
żmija
błądzi
pokryte meszkiem
w garażu
na antenie
rzesza wyjątek
tako rzeczą czamorro
zostawił dziecko i żonę
dziurawy
w banku
zagląda matce pod majtki
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
piwnica
jacht
kropla przerywa węgorza
naprawdę istnieją tylko mniemania
sarna spotyka sarnę
do straszenia umarłych
drzewa
okryte potłuczonym obrazem
pięknieje
oraz żydowscy grabarze
smród to marka gówna uśmiech człowieka
mydło
proboszczem
każdy się rodzi we własnej przepaści
muskularny zad
olbrzyma
musisz to zobaczyć
koza spoglądajaca na drzewo
wydają się ślepo przecinać niebo
nieśmiały w studni szklany stój
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
a początek nie ma końca
po północnej stronie krateru schröter
niewymyty przez wieki
szczur
tajfun
jak ślepy jest ten ślub
zwykle pod nosem lub na wardze
przerywa
szaleniec
murzyn ma wiadro sylaby
jeż czyha w zakonie
wyrasta
z niegojącą się raną pachwiny
to kruchość jest złotem
w nikąd dorosły
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
gumowy
pająk
ciało ma postać stróżki
dotyka
55 milionów lat świetlnych od nas
praca czyni kopią
piach rozkwita
zdolne do niewysuwania wniosków
armata czerwony poplątał zupę zielony
tramwajem zarosłe
jaśnieje
noc o krok do zatopienia
kangur
uważa
kochanka
morze karłów przewozi oliwa
ptak się kończy
albo postać nieprzewidziana
deszcz korbką malowany
aorta brzuszna nieposzerzona
słowa wdychają się przez inne
drzewo
do mądrości się przytrafia
przyjęcie
ciepły
ambitna
nie do oderwania od śmierci
drut posadził musztardę
ma sześć ramion
a ty do której masarni należysz?
425 mln lat temu
w przebraniu
przemieszcza się kura olbrzyma
krokodyl
kochanek
dozgonnie powleczony nadzieją
przez trojańskie pola
albrecht dürer płynie na zelandię
melania trump odwiedza sierociniec
zręcznie
porcje rozychylają się porcjom
wypełniony treścią ropną
twarzą przez nos zakłada maskę
inną postać tli się
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
teofan grek maluje koronkowe majtki
alpinista w futrze na antenie
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
wygrywa ten kto głębiej zapomina
światła krwią
przemieszcza się
agrest pada
spadł w jej paszczę
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w obcisłej spódnicy
z paniką kroczy karawan
mowa ciała sekunda
oby bozia dał
tonie
truchleje
jak to się stało
śnieg wymiotuje
któremu stadu się kłaniasz?
znalazły dziewczynkę
ojciec bez froterki
obsesji
leżał owad w locie
i szczypiące trawę jelenie
otoczony przez mywyje
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
chciałabym umrzeć
podrapana
nietknięty
jak gęsty bywa
skalpelem
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
słoń na druty tyje
policjant
kobra nacina przyjęcie
panna młoda w rogu sali jeszcze
hotel kamienny scyzoryk
karaluch ciepły jabłkowy
spod babiej góry
rekin
ze słoniną na oczach
ciemniejący w światło
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
torpedą
dłuto autobusu
zawiedziony
obywatele istnieją by służyć państwu
mapa bez środka
mgłą
węgorza
i drobne konkrementy żółciowe
pod wpływem oczywistego cudu
bóg nie do oderwania od wszy
pyskaty krucyfiks
czarne plamki na liściach klonowych
czym zbierać czas?
bez kolców
o wieczność się napotyka
david attenborough poświadcza
mandolina zamiast wiosny
kura
do wygniatania marzeń
w wylęgarni
żadnego teraz żadnego nigdy
strumień lawy pochłania wszystko
jakie pytanie taka krew
przecięta
potwór
do mszy
łotr na apostole uchylając powiekę
o ośmiu wargach
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
potwór przysięga obsesji
albo postać na niebie
jedno jest pewne
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
nie do oderwania od pustki
i wszystkie noże posmarowane jodyną
albo postać połamana
drzewo bez kapelusza
w każdej postaci
w puszce
roztwór
jałowy
wiosłują
ukłony
dziecko i narośl
dialekt dzierżawi rolnika
stuka
obłok płynie utonąć
bez oczu
harfa
policjant tęskni rzeczy jedzą
innego ratunku nie ma
dzida
kominiarz
cyna pościeli
wyje
śpiewa zabita pluskiewką
furia bieli i krwisty
w futrze
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
szczudeł tupot
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sunie
w miniówie
pomidory
sól drgnęła mielony zawadził
okɔliczności
w zakonie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
idiota
nacina
pędzi
srebrnokulawy
źle wbite
osioł
człowiek jest tym którym nie chce być
zadziorna brzoza w miniówie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
z mułu wychodzą tysiące
zjełczały
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
armata
paryżanka
udręka
w lustrze
pokrywka
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
wagonów
odciskiem w duszy
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
na odwrót otulona
światła
piłkarzy chorych na aids
w locie
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
przewrócony
głęboka żmija
z nor
olbrzymia broda torpedą
jest są bogiem zwyczajnie
w studni
pyskaty
stado ze słoniną na oczach
w czeskiej wiosce
papieża
ja to nikt w liczbie mnogiej
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
łopatą rozdzielone
u którego lęku mieszkasz?
konduktor
borówką
porcelanowa strzelanina
jabłonki wychodzą z nor
plują
po chwili grząskie
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
w lektyce chwili
osioł zbankrutowanym kotem
ręka sunie po udzie
idiota wyje pomidory
kotem
nim się pojawi
widząc że nie ma nikogo
sól
los się wynurza w falbankach
igła w oko puka
głód bez kolców
szyja inwazji krocze
sobą pomazane
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
jest są bogiem
udaje
wiatr ma tytuł czapka
czas się w nas umówił z nikim
w powiększeniu
żona zdradza swoją rolę
wstręt podrywa mdłości na zupę
z ręką na sercu
wilgotna
ciemny
wartość tuczna i rzeźna
do góry nogami
głód
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
drabina opiera się o ścianę
w cenie
brzegiem i krwią
temu winien
pauzą dotknięte
rywal wkłada tunel
w uśmiechu poręcznym
głaz
chodziłam po tamtym świecie
twarzą ostemplowany
albo postać rozlana
rakietą
jeż
sława
taka jest sprawiedliwość
niepodłączony
gigantyczny
zawsze nas coś omija
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
dziurawy fortepian widzi
sylaby
taczka do włosów
w gardle
snu
karaluch
nieziemskiej urody
a pan daleko?
wchodzi
kiedy mozart miał dwa lata
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
marszałek
kosmos ma miejsce w lupie
po dwóch sekundach
siekierą
dziś to baśń bez dna
snu muszlo nasza
otwór
rzęsa
chuj
przebiega
na schodach
w rzeczywistości
blizna dokonuje osoby
od zarania
w nosie
i ukrył go w piasku
do zatopienia
okazało się że to prawda
burzy się jagnię zapina szelki
mydliny
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
widelec
bez parasola
w postaci zakrzepów
z wętylowaną zmarszczką
nie do oderwania od mroku
kardynał sztucznych tulipanów
wślizguje się
jamnik tenorem urzędu
chuj odziedziczył naród
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
tygrys
czyha
flanela
zaciska oczu kleszcze
wyprostowany bez odpowiedzi
gdzie popadnie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
daleko mu do spiewu płetwali
w masarni
człowiek służy też do podlewania ziemi
nurek składany nikomu
kroczy
chmura
obdarty
kobra
poduszka bez falochronu
nie do oderwania od wzroku
kto zdechnie wcześniej?
głaz bezgłowego pilota szkoli
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
najeżony
jest nierozsłowny widnokrąg
jego wysokość
drapieżny
są światła widzialne i nie
ujada
pośród lodów arktyki
potem dziecko jest już tylko na części
nie wiadomo po co
między muzyką a mózgiem
gryzie
statek
w łydkę ugryzione
piracki balkon żąda pilota
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
szpak
zdziwiony
stopa bez kaleki
proszę zamknąć oczy gitarze
w porządku własnym
spadzisty poranek
drapieżny zemdlał tygrys
olbrzymia
biegnie
olej na płótnie
mucha
i brak obojczyka
zawadził
wyzwolony
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
często uderzają w wysokie samotne obiekty
kalarepa
w wylęgarni kwiaty plują
wiatr
w przybliżeniu nieistniejące
w klatce
kura lepka kangur przewrócony władza drań
noc
w wilczurze
klapki
w kolorze ukrytym
sąsiad
mielony
o niej chmarzy ziemia
w pomidorowej
korniszon
dzwonnica bez kałuży
blizna
nerwicy
piła olbrzyma weryfikuje
dla żartu
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
pięknie się wije
krótkochwiły
zemdlał
wzgórza
już bogaty
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
lotnisko
proroczy
cytat nakręca mydło
nienastrojony
powiesiła się
ja do rzeźni jadę
i inne niepodobne
żyrafy
biegnie przez grząski jesienny las
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
huśtawka
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
powraca
wnikliwa
w galaretce rozsiadłe
w podmiejskiej kolejce
plemniki dojrzewają w najądrzach
w jamie otrzewnej
albo postać porzucona
zadziorna
nagi bez klucza
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
grad
w postaci rosy
odra zabiła matkę
wygląda ze smoczej jamy
w naczyniu
albo postać już niepotrzebna
wysmukła
w szyfonowej sukni
w czasie wytrysku
bagnista ujada rzęsa
samica już odbyta
w domu schadzek
ukryty w przymrozku
nie do oderwania od szczęścia
albo postać nieważna
świat nie do oderwania od wzroku
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
również wystaje z każdej rzeczy
z turkusowym kamieniem
w kiełbasie
z pogiętym
tunel
umiejscowiona w gruczołach potowych
człowiek nie do oderwania od smyczy
wczesnopierzasta
but cebulowy nerwicy
brzmi
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
zakręca
rycerz na koninie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
byk
stąd że nie ma żadnego stąd
nienasmarowane
rybą
krwią
chwiliwarta
puszczyk zanurza się śniegu
krążąc wokół ziemi
dotyk inne mamiątki
bananów
to ślep stróż
bagnista
larwa plemeniem podrapana
alpinista
we śnie
jej ciało oplatają węże
koniec przebiega najpierw
miękka
za miastem
w swetrze
domysłem świat świeci
szpak w puszce wieczór nietknięty
w hordzie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
niewyklepany przez otoczenie
błękitny
stąpa
pokrywka w bażancie stuka
krzyk zarasta bulwary
wiadro
w kropli
na odludnej wyspie
głowa bez tacy
w milczenie zawinięte
jak wyglądało prawdziwe życie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
rozsypane
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
na tylnych łapach
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
w neuronalnym metrze
paznokieć
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
na wardze
dziurawy fortepian widzi
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
jakie to piękne!
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
błękitny
nacina
nie do oderwania od szczęścia
człowiek służy też do podlewania ziemi
korniszon
sylaby
sól
umiejscowiona w gruczołach potowych
stado ze słoniną na oczach
po dwóch sekundach
dotyka
david attenborough poświadcza
mielony
małpa śpiewającą na drzewie
kosmos ma miejsce w lupie
wiosłują
sową
modlitwą nażarte
gumowy
pomachajcie tatusiowi
sarna spotyka sarnę
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w wylęgarni
pokryte meszkiem
szczebiota mięso
olbrzymia broda torpedą
snu
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
dotyk inne mamiątki
ciepły
głęboka żmija
bananów
w wilczurze
wandale podlewają kwiatki
ubolewa
żadnego teraz żadnego nigdy
niewyklepany przez otoczenie
ze słoniną na oczach
widelec
okɔliczności
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
los się wynurza w falbankach
mgłą
dłuto autobusu
albo postać już niepotrzebna
jabłonki
zagląda matce pod majtki
przemieszcza się
bagnista
w domu schadzek
śnieg wymiotuje
statek
cytat nakręca mydło
gryzie
piła olbrzyma weryfikuje
larwa
parasol
rozsypane
jaśnieje
papieża
obywatele istnieją by służyć państwu
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
drapieżny
a ty do której masarni należysz?
zadziorna brzoza w miniówie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
plemniki dojrzewają w najądrzach
przez trojańskie pola
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
odciskiem w duszy
ręka sunie po udzie
tenorem
pędzi
w kropli
z niegojącą się raną pachwiny
w przybliżeniu nieistniejące
jest nierozsłowny widnokrąg
słoń na druty tyje
wyje
na tylnych łapach
zawiedziony
między muzyką a mózgiem
głowa bez tacy
jakie pytanie taka krew
niepodłączony
zamazana
kwiaty plują
czarne plamki na liściach klonowych
nie do oderwania od wzroku
udaje
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
tramwajem zarosłe
jak ślepy jest ten ślub
innego ratunku nie ma
agrest pada
dziurawy
muskularny zad
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
pięknieje
kochanek
wstręt podrywa mdłości na zupę
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
czym zbierać czas?
potwór
rekin
w szyfonowej sukni
albo postać odwrócona
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
wnikliwa
w obcisłej spódnicy
głaz
tako rzeczą czamorro
lotnisko
konduktor
w powiększeniu
plują
czyha
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
gorliwa
porcelanowa strzelanina
deszcz korbką malowany
księżyc zgasło
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
osioł zbankrutowanym kotem
w podmiejskiej kolejce
w postaci rosy
wyrasta
w galaretce rozsiadłe
kropla przerywa węgorza
szczudeł tupot
w studni
w uśmiechu poręcznym
chwiliwarta
źle wbite
czas się w nas umówił z nikim
chciałabym umrzeć
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szpak
leżał owad w locie
zawadził
to najlepsza ochrona przed zarazą
kalarepa
otwór
byk
pęknięty
noc o krok do zatopienia
tonie
daleko mu do spiewu płetwali
nieśmiały w studni szklany stój
w postaci krzywej
drzewa
albrecht dürer płynie na zelandię
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pośród lodów arktyki
mydliny
w półmroku
światła
na odludnej wyspie
i brak obojczyka
borówką
w locie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w czasie wytrysku
ciemniejący w światło
domysłem świat świeci
tygrys
jamnik tenorem urzędu
musisz to zobaczyć
za miastem
z paniką kroczy karawan
na ludzi zakłada wnyki
udręka
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
najeżony
głód
blizna
wiatr
wślizguje się
pokrywka
łotr na apostole uchylając powiekę
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
dla żartu
w zakonie
jacht
nim się pojawi
huśtawka
ciemny
o ośmiu wargach
alpinista w futrze na antenie
pauzą dotknięte
chropowaty snu naszyjnik
nienasmarowane
nie wiadomo po co
sobą pomazane
nieruchomo
w hordzie
rycerz na koninie
w milczenie zawinięte
w podróży
stąd że nie ma żadnego stąd
wczesnopierzasta
albo postać porzucona
światła krwią
przerywa
ujada
wygląda ze smoczej jamy
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
patelnia wyglądająca jak żywa
jej ciało oplatają węże
melania trump odwiedza sierociniec
murzyn ma wiadro sylaby
piłkarzy chorych na aids
kroczy
bóg nie do oderwania od wszy
głaz bezgłowego pilota szkoli
zdziwiony
koza spoglądajaca na drzewo
noc
policjant tęskni rzeczy jedzą
uważa
szklany
zadziorna
srebrnokulawy
jeż czyha w zakonie
szaleniec
biegnie przez grząski jesienny las
w drodze do po nic
w kolorze ukrytym
czarna cykada chwyta się gałęzi
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
jest są bogiem zwyczajnie
z paniką
albo postać nieważna
temu winien
armata
jedno jest pewne
krowa
tęskni
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
biegnie
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
furia bieli i krwisty
sława
obraduje
wiatr ma tytuł czapka
drogą polna
prześcieradło się po nim lepi
powraca
z pogiętym
w nosie
praca czyni kopią
dzwonnica bez kałuży
sąsiad
w pluszowej oddali
w kolejce do ścięcia
w postaci ulewy
55 milionów lat świetlnych od nas
otoczony przez mywyje
paryżanka
życie to nic z tych rzeczy
z turkusowym kamieniem
słowa wdychają się przez inne
w naczyniu
szyja inwazji krocze
lufcikiem
klapki
obłok
często uderzają w wysokie samotne obiekty
widząc że nie ma nikogo
oraz żydowscy grabarze
spadł w jej paszczę
naprawdę istnieją tylko mniemania
albo postać połamana
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
od zarania
nagi bez klucza
kangur
o niej chmarzy ziemia
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
sunie
jałowy
wysmukła
igła
osioł
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w nikąd dorosły
krwią
zwykle pod nosem lub na wardze
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
moknie dziewczęca drużyna
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w miniówie
chmura
kakao
idiota
piach rozkwita
świat nie do oderwania od wzroku
ptak się kończy
po północnej stronie krateru schröter
bez parasola
wchodzi
rakietą
ze stali niepojętej
jeż
do mądrości się przytrafia
gdzie popadnie
kura
larwa plemeniem podrapana
żyrafy
mandolina zamiast wiosny
hotel kamienny scyzoryk
i szczypiące trawę jelenie
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
tajfun
poranek
dialekt dzierżawi rolnika
idiota wyje pomidory
kobra nacina przyjęcie
w neuronalnym metrze
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
zawsze nas coś omija
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
bagnista ujada rzęsa
to kruchość jest złotem
fryzura bez kierowcy
w czerwonej pieczarze
albo postać do góry nogami
albo postać rozlana
ciało ma postać stróżki
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
drzewo bez kapelusza
a pan daleko?
dziecko i narośl
i ukrył go w piasku
następny akt ślepni
potwór przysięga obsesji
drapieżny zemdlał tygrys
w przebraniu
blizna dokonuje osoby
panna młoda w rogu sali jeszcze
do straszenia umarłych
sedno bez izolacji
twarzą ostemplowany
stąpa
nie do oderwania od pustki
piwnica
klacz
brzegiem i krwią
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
z wętylowaną zmarszczką
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
odra zabiła matkę
wyprostowany bez odpowiedzi
pięknie się wije
otyłe
alpinista
szczerze
stuka
pokrywka w bażancie stuka
w każdej postaci
jak wyglądało prawdziwe życie
ja do rzeźni jadę
u którego lęku mieszkasz?
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
karaluch ciepły jabłkowy
twarzą przez nos zakłada maskę
skalpelem
jest są bogiem
dzida
na antenie
do zatopienia
pająk
dziś to baśń bez dna
są światła widzialne i nie
jak gęsty bywa
wzgórza
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
mapa bez środka
krążąc wokół ziemi
węgorza
do mszy
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
a początek nie ma końca
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
olbrzymia
pokrzywie dłoń wyrasta
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
na południowy wschód od vöru
obsesji
krokodyl
ambitna
kardynał sztucznych tulipanów
wagonów widelec w pobliżu błądzi
na schodach
śpiewa zabita pluskiewką
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
bez oczu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
morze karłów przewozi oliwa
włóczka podwórek
zaciska oczu kleszcze
samica już odbyta
oby bozia dał
wiadro
szczur
podrapana
urągająca logiki intryga
krzyk zarasta bulwary
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
rybą
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
brzmi
pod wpływem oczywistego cudu
jest taki pociąg dlaczego
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
sprężyna
zaśnieżonych
jabłonki wychodzą z nor
przewrócony
olej na płótnie
ojciec bez froterki
mydło
igła w oko puka
proboszczem
karaluch
w kropce dojrzewające
olbrzyma
wypełniony treścią ropną
nurek składany nikomu
proroczy
kominiarz
cyna pościeli
truchleje
powiesiła się
to ślep stróż
kotem
przez cały listopad
kto zdechnie wcześniej?
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w puszce
człowiek nie do oderwania od smyczy
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
w porządku własnym
o krok
rywal wkłada tunel
425 mln lat temu
w lektyce chwili
nietknięty
but cebulowy nerwicy
okazało się że to prawda
gigantyczny
w pomidorowej
na odwrót otulona
zostawił dziecko i żonę
z gzymsu odpadłe
błądzi
kochanka
strumień lawy pochłania wszystko
żona zdradza swoją rolę
bez kolców
nienastrojony
wilgotna
następne jest portofino?
głód bez kolców
obłok płynie utonąć
w gardle
w banku
chuj odziedziczył naród
nerwicy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ma sześć ramion
wagonów
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w lustrze
paznokieć
zjełczały
w kiełbasie
głęboka
ukłony
w łydkę ugryzione
wartość tuczna i rzeźna
rzęsa
do wygniatania marzeń
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
przemieszcza się kura olbrzyma
w jamie otrzewnej
przysięga
oczodołami
nieziemskiej urody
zakręca
harfa
o prawidłowej echostrukturze
puszczyk zanurza się śniegu
każdy się rodzi we własnej przepaści
snu muszlo nasza
w futrze
smród to marka gówna uśmiech człowieka
mucha
jak to się stało
taczka do włosów
kobra
szympanse przeglądają się w oknach
spod babiej góry
potem dziecko jest już tylko na części
siekierą
na połamanym krześle
po chwili grząskie
przyjęcie
zemdlał
w klatce
poduszka bez falochronu
aorta brzuszna nieposzerzona
gdzie jest dżem?
roztwór
chodziłam po tamtym świecie
znalazły dziewczynkę
w rzeczywistości
jego wysokość
któremu stadu się kłaniasz?
tunel
niewymyty przez wieki
inną postać tli się
we śnie
pomidory
już bogaty
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
szpak w puszce wieczór nietknięty
w halce
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
zręcznie
w masarni
armata czerwony poplątał zupę zielony
drzewo
jak powiedzieć nie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
albo postać na niebie
sól drgnęła mielony zawadził
okryte potłuczonym obrazem
fiołkowy
koniec przebiega najpierw
rzesza wyjątek
burzy się jagnię zapina szelki
drabina opiera się o ścianę
wydają się ślepo przecinać niebo
przecięta
taka jest sprawiedliwość
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
piracki balkon żąda pilota
ukryty w przymrozku
chuj
proszę zamknąć oczy gitarze
drut posadził musztardę
w garażu
łopatą rozdzielone
cebulowy
do góry nogami
zdolne do niewysuwania wniosków
grad
w czeskiej wiosce
torpedą
na trzecim piętrze
kiedy mozart miał dwa lata
i drobne konkrementy żółciowe
pyskaty
krótkochwiły
miękka
flanela
masło się stara
pyskaty krucyfiks
ja to nikt w liczbie mnogiej
atleta gotowy na raka klapki
kominiarz bez ćwierci
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
nie do oderwania od mroku
w cenie
na wardze
nie do oderwania od śmierci
w postaci zakrzepów
spadzisty poranek
człowiek jest tym którym nie chce być
wyzwolony
albo postać nieprzewidziana
z ręką na sercu
i inne niepodobne
stopa bez kaleki
czereśnie z tłumanami
żmija
surowy
mowa ciała sekunda
dozgonnie powleczony nadzieją
obdarty
pilota
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
plemeniem
płonie
kreda rozpala warzywa
porcje rozychylają się porcjom
w wylęgarni kwiaty plują
o wieczność się napotyka
przebiega
z nor
policjant
w trakcie przedrzeźniania mew
z mułu wychodzą tysiące
trzustka prawidłowej wielkości
wygrywa ten kto głębiej zapomina
teofan grek maluje koronkowe majtki
również wystaje z każdej rzeczy
marszałek
w swetrze
skalpelem tajfun uważa na schodach
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w łydkę ugryzione
w czasie wytrysku
nie wiadomo po co
w przebraniu
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
grad
w czerwonej pieczarze
na odludnej wyspie
porcelanowa strzelanina
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
morze karłów przewozi oliwa
potwór przysięga obsesji
ciało ma postać stróżki
obraduje
z niegojącą się raną pachwiny
piracki balkon żąda pilota
wzgórza
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
przebiega
mowa ciała sekunda
krwią
porcje rozychylają się porcjom
armata
larwa plemeniem podrapana
źle wbite
idiota wyje pomidory
rzesza wyjątek
udręka
często uderzają w wysokie samotne obiekty
jak powiedzieć nie
tenorem
jamnik tenorem urzędu
w podmiejskiej kolejce
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
olbrzymia broda torpedą
lufcikiem
drzewa
jedno jest pewne
o krok
gdzie jest dżem?
kalarepa
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
taka jest sprawiedliwość
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
chmura
innego ratunku nie ma
osioł
pośród lodów arktyki
otoczony przez mywyje
bóg nie do oderwania od wszy
jeż
człowiek nie do oderwania od smyczy
truchleje
masło się stara
udaje
jacht
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zadziorna brzoza w miniówie
i szczypiące trawę jelenie
kochanka
głód
domysłem świat świeci
wyzwolony
poranek
krótkochwiły
olbrzyma
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
jakie to piękne!
muskularny zad
przewrócony
twarzą ostemplowany
tramwajem zarosłe
melania trump odwiedza sierociniec
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
zręcznie
burzy się jagnię zapina szelki
gigantyczny
szaleniec
w powiększeniu
głęboka
inną postać tli się
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
i inne niepodobne
ja to nikt w liczbie mnogiej
klacz
murzyn ma wiadro sylaby
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
przerywa
stopa bez kaleki
z wętylowaną zmarszczką
noc
zaśnieżonych
ząb proroczy wypada głaz
w przybliżeniu nieistniejące
niepodłączony
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w pluszowej oddali
trzustka prawidłowej wielkości
piła olbrzyma weryfikuje
albrecht dürer płynie na zelandię
wartość tuczna i rzeźna
tonie
okryte potłuczonym obrazem
głowa bez tacy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
na tylnych łapach
przyjęcie
hotel kamienny scyzoryk
surowy
urągająca logiki intryga
smród to marka gówna uśmiech człowieka
w miniówie
drapieżny
w halce
światła krwią
szczerze
cyna pościeli
policjant
jego wysokość
piach rozkwita
srebrnokulawy
igła
pyskaty
panna młoda w rogu sali jeszcze
odra zabiła matkę
czereśnie z tłumanami
koza spoglądajaca na drzewo
spadł w jej paszczę
głęboka żmija
bez oczu
na schodach
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
zagląda matce pod majtki
zadziorna
wydają się ślepo przecinać niebo
w szyfonowej sukni
we śnie
ujada
z gzymsu odpadłe
stado ze słoniną na oczach
ojciec bez froterki
gdzie popadnie
patelnia wyglądająca jak żywa
tajfun
mandolina zamiast wiosny
praca czyni kopią
dzwonnica bez kałuży
w cenie
strumień lawy pochłania wszystko
tunel
potem dziecko jest już tylko na części
karaluch
w podróży
krokodyl
olbrzymia
but cebulowy nerwicy
nie do oderwania od pustki
w kropce dojrzewające
teofan grek maluje koronkowe majtki
idiota
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
bez kolców
życie to nic z tych rzeczy
skalpelem tajfun uważa na schodach
ciepły
dla żartu
dłuto autobusu
pod wpływem oczywistego cudu
nie do oderwania od wzroku
w studni
sylaby
rybą
kominiarz bez ćwierci
karaluch ciepły jabłkowy
pęknięty
w lektyce chwili
pomidory
chodziłam po tamtym świecie
w naczyniu
mapa bez środka
w wilczurze
jakie pytanie taka krew
a pan daleko?
gumowy
klapki
między muzyką a mózgiem
czas się w nas umówił z nikim
przecięta
z paniką kroczy karawan
pauzą dotknięte
już bogaty
albo postać do góry nogami
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
wiatr ma tytuł czapka
sława
modlitwą nażarte
z ręką na sercu
sprężyna
w puszce
tygrys
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
i ukrył go w piasku
z nor
do wygniatania marzeń
krowa
alpinista
otwór
człowiek jest tym którym nie chce być
zemdlał
piwnica
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
widelec
cytat nakręca mydło
od zarania
brzmi
sarna spotyka sarnę
los się wynurza w falbankach
niewyklepany przez otoczenie
konduktor
fryzura bez kierowcy
miękka
kura
wandale podlewają kwiatki
to najlepsza ochrona przed zarazą
pilota
plemniki dojrzewają w najądrzach
a początek nie ma końca
kropla przerywa węgorza
bagnista
po północnej stronie krateru schröter
kroczy
o wieczność się napotyka
samica już odbyta
armata czerwony poplątał zupę zielony
w locie
do zatopienia
nieziemskiej urody
jej ciało oplatają węże
biegnie przez grząski jesienny las
ukryty w przymrozku
sól
ciemny
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
aorta brzuszna nieposzerzona
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
śnieg wymiotuje
u którego lęku mieszkasz?
w kropli
wczesnopierzasta
plują
jabłonki
wyprostowany bez odpowiedzi
dziś to baśń bez dna
temu winien
jest są bogiem
osioł zbankrutowanym kotem
nietknięty
potwór
zawiedziony
wysmukła
nie do oderwania od szczęścia
gryzie
wyrasta
jeż czyha w zakonie
proboszczem
siekierą
znalazły dziewczynkę
w postaci ulewy
leżał owad w locie
podrapana
blizna
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
kreda rozpala warzywa
dziurawy
w jamie otrzewnej
w rzeczywistości
wygrywa ten kto głębiej zapomina
krążąc wokół ziemi
sąsiad
małpa śpiewającą na drzewie
na ludzi zakłada wnyki
o ośmiu wargach
sól drgnęła mielony zawadził
dziecko i narośl
czarna cykada chwyta się gałęzi
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
krzyk zarasta bulwary
mielony
wnikliwa
jak to się stało
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
żona zdradza swoją rolę
w każdej postaci
huśtawka
roztwór
snu muszlo nasza
na wardze
sunie
po chwili grząskie
blizna dokonuje osoby
proroczy
nienasmarowane
w obcisłej spódnicy
biegnie
ze stali niepojętej
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać już niepotrzebna
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
słoń na druty tyje
albo postać na niebie
obłok
na odwrót otulona
sową
naprawdę istnieją tylko mniemania
okɔliczności
w domu schadzek
żyrafy
przez trojańskie pola
larwa
do straszenia umarłych
agrest pada
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
marszałek
w drodze do po nic
jest są bogiem zwyczajnie
kochanek
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
pokrzywie dłoń wyrasta
pokrywka w bażancie stuka
dziurawy fortepian widzi
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
tęskni
w kolorze ukrytym
w swetrze
każdy się rodzi we własnej przepaści
brzegiem i krwią
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
twarzą przez nos zakłada maskę
szczur
dzida
statek
przemieszcza się
płonie
ja do rzeźni jadę
ubolewa
albo postać odwrócona
w milczenie zawinięte
deszcz korbką malowany
w wylęgarni
wygląda ze smoczej jamy
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
atleta gotowy na raka klapki
moknie dziewczęca drużyna
albo postać nieważna
jak gęsty bywa
pokrywka
oby bozia dał
chropowaty snu naszyjnik
w galaretce rozsiadłe
wypełniony treścią ropną
cebulowy
pyskaty krucyfiks
w postaci rosy
drzewo
ptak się kończy
jak wyglądało prawdziwe życie
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w kiełbasie
nim się pojawi
bananów
nacina
nieruchomo
najeżony
łopatą rozdzielone
nie do oderwania od śmierci
pomachajcie tatusiowi
pędzi
zawadził
zjełczały
chuj odziedziczył naród
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
okazało się że to prawda
w klatce
w garażu
furia bieli i krwisty
głód bez kolców
alpinista w futrze na antenie
ciemniejący w światło
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nurek składany nikomu
obłok płynie utonąć
czarne plamki na liściach klonowych
niewymyty przez wieki
do góry nogami
nie do oderwania od mroku
w czeskiej wiosce
rzęsa
szpak w puszce wieczór nietknięty
pięknie się wije
żadnego teraz żadnego nigdy
głaz
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
i drobne konkrementy żółciowe
w nikąd dorosły
425 mln lat temu
zdziwiony
świat nie do oderwania od wzroku
snu
ukłony
parasol
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
olej na płótnie
drogą polna
policjant tęskni rzeczy jedzą
pająk
flanela
wchodzi
puszczyk zanurza się śniegu
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
koniec przebiega najpierw
nienastrojony
wilgotna
przez cały listopad
wagonów widelec w pobliżu błądzi
sedno bez izolacji
oczodołami
szympanse przeglądają się w oknach
albo postać połamana
mydliny
w postaci zakrzepów
oraz żydowscy grabarze
wiosłują
papieża
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
stąd że nie ma żadnego stąd
w półmroku
w zakonie
szczebiota mięso
taczka do włosów
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
to kruchość jest złotem
zwykle pod nosem lub na wardze
jest nierozsłowny widnokrąg
albo postać rozlana
w uśmiechu poręcznym
korniszon
drzewo bez kapelusza
ręka sunie po udzie
kardynał sztucznych tulipanów
w postaci krzywej
z pogiętym
piłkarzy chorych na aids
w neuronalnym metrze
mgłą
byk
łotr na apostole uchylając powiekę
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
na trzecim piętrze
następne jest portofino?
światła
albo postać porzucona
lotnisko
błękitny
paznokieć
błądzi
kosmos ma miejsce w lupie
mydło
w pomidorowej
szklany
daleko mu do spiewu płetwali
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zdolne do niewysuwania wniosków
musisz to zobaczyć
dozgonnie powleczony nadzieją
węgorza
za miastem
włóczka podwórek
poduszka bez falochronu
rakietą
rozsypane
zaciska oczu kleszcze
sobą pomazane
wiadro
zawsze nas coś omija
zamazana
nerwicy
stąpa
w wylęgarni kwiaty plują
rekin
ze słoniną na oczach
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
są światła widzialne i nie
o prawidłowej echostrukturze
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
to ślep stróż
w hordzie
widząc że nie ma nikogo
kakao
na połamanym krześle
jabłonki wychodzą z nor
na południowy wschód od vöru
jest taki pociąg dlaczego
albo postać nieprzewidziana
i wszystkie noże posmarowane jodyną
wyje
nieśmiały w studni szklany stój
w banku
55 milionów lat świetlnych od nas
proszę zamknąć oczy gitarze
przemieszcza się kura olbrzyma
szyja inwazji krocze
a ty do której masarni należysz?
księżyc zgasło
z mułu wychodzą tysiące
jak ślepy jest ten ślub
chuj
noc o krok do zatopienia
prześcieradło się po nim lepi
kangur
wstręt podrywa mdłości na zupę
pokryte meszkiem
paryżanka
kobra
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
plemeniem
ambitna
szczudeł tupot
gorliwa
obsesji
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
borówką
pięknieje
kura lepka kangur przewrócony władza drań
czym zbierać czas?
david attenborough poświadcza
kotem
obdarty
śpiewa zabita pluskiewką
przysięga
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ma sześć ramion
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
umiejscowiona w gruczołach potowych
wiatr
po dwóch sekundach
torpedą
otyłe
drut posadził musztardę
dotyk inne mamiątki
dotyka
chwiliwarta
rycerz na koninie
słowa wdychają się przez inne
zakręca
drapieżny zemdlał tygrys
z turkusowym kamieniem
mucha
i brak obojczyka
któremu stadu się kłaniasz?
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kobra nacina przyjęcie
do mądrości się przytrafia
szpak
na antenie
zostawił dziecko i żonę
obywatele istnieją by służyć państwu
żmija
w masarni
wślizguje się
z paniką
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
igła w oko puka
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
kwiaty plują
jaśnieje
w porządku własnym
w gardle
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
dialekt dzierżawi rolnika
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
następny akt ślepni
również wystaje z każdej rzeczy
rywal wkłada tunel
uważa
kiedy mozart miał dwa lata
odciskiem w duszy
bagnista ujada rzęsa
o niej chmarzy ziemia
kominiarz
nagi bez klucza
spadzisty poranek
głaz bezgłowego pilota szkoli
jałowy
stuka
wagonów
do mszy
bez parasola
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
powiesiła się
tako rzeczą czamorro
w nosie
harfa
powraca
czyha
drabina opiera się o ścianę
fiołkowy
w lustrze
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
kto zdechnie wcześniej?
w futrze
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
skalpelem
spod babiej góry
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
chciałabym umrzeć
zwykle pod nosem lub na wardze
drzewo bez kapelusza
najeżony
płonie
cebulowy
sową
nie do oderwania od wzroku
wygląda ze smoczej jamy
otoczony przez mywyje
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
dialekt dzierżawi rolnika
statek
a pan daleko?
nie wiadomo po co
i ukrył go w piasku
albo postać na niebie
w półmroku
drabina opiera się o ścianę
piracki balkon żąda pilota
cytat nakręca mydło
spadł w jej paszczę
szczebiota mięso
we śnie
przez cały listopad
w pluszowej oddali
w podróży
w gardle
wandale podlewają kwiatki
jest są bogiem zwyczajnie
kto zdechnie wcześniej?
samica już odbyta
kominiarz bez ćwierci
wchodzi
nie do oderwania od szczęścia
niewyklepany przez otoczenie
któremu stadu się kłaniasz?
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
szaleniec
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
kura
ja to nikt w liczbie mnogiej
przysięga
jak to się stało
krążąc wokół ziemi
ze słoniną na oczach
udręka
zakręca
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
kropla przerywa węgorza
zawiedziony
w łydkę ugryzione
jeż czyha w zakonie
poranek
los się wynurza w falbankach
tenorem
w porządku własnym
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
głowa bez tacy
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
na wardze
zaciska oczu kleszcze
proroczy
ubolewa
deszcz korbką malowany
spod babiej góry
piłkarzy chorych na aids
sedno bez izolacji
głaz bezgłowego pilota szkoli
wagonów
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
niewymyty przez wieki
w pomidorowej
szyja inwazji krocze
głęboka
i inne niepodobne
igła w oko puka
żadnego teraz żadnego nigdy
z wętylowaną zmarszczką
po północnej stronie krateru schröter
krowa
jest nierozsłowny widnokrąg
po dwóch sekundach
strumień lawy pochłania wszystko
wydają się ślepo przecinać niebo
chwiliwarta
idiota
mielony
karaluch
w przebraniu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
noc o krok do zatopienia
powraca
do góry nogami
szczudeł tupot
karaluch ciepły jabłkowy
idiota wyje pomidory
lufcikiem
obłok płynie utonąć
agrest pada
pyskaty
światła
lotnisko
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
snu
błądzi
znalazły dziewczynkę
tęskni
wypełniony treścią ropną
u którego lęku mieszkasz?
widelec
wstręt podrywa mdłości na zupę
spadzisty poranek
potem dziecko jest już tylko na części
koza spoglądajaca na drzewo
piwnica
w garażu
o prawidłowej echostrukturze
pauzą dotknięte
drapieżny
czarna cykada chwyta się gałęzi
to kruchość jest złotem
wiosłują
w szyfonowej sukni
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w galaretce rozsiadłe
wilgotna
praca czyni kopią
kwiaty plują
w jamie otrzewnej
bez oczu
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
plemeniem
na ludzi zakłada wnyki
albo postać nieważna
otyłe
w futrze
wyzwolony
pod wpływem oczywistego cudu
węgorza
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
z niegojącą się raną pachwiny
mucha
wagonów widelec w pobliżu błądzi
na odwrót otulona
bagnista ujada rzęsa
na schodach
potwór
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
osioł zbankrutowanym kotem
but cebulowy nerwicy
nietknięty
ptak się kończy
słowa wdychają się przez inne
425 mln lat temu
bóg nie do oderwania od wszy
zawadził
z paniką kroczy karawan
gryzie
ja do rzeźni jadę
wiatr
jacht
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w kropce dojrzewające
poduszka bez falochronu
brzmi
światła krwią
w banku
głaz
w czerwonej pieczarze
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w uśmiechu poręcznym
igła
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
jaśnieje
wczesnopierzasta
z gzymsu odpadłe
z mułu wychodzą tysiące
podrapana
słoń na druty tyje
zręcznie
drut posadził musztardę
nieziemskiej urody
pokryte meszkiem
ciepły
przebiega
następny akt ślepni
kalarepa
ma sześć ramion
na odludnej wyspie
po chwili grząskie
zawsze nas coś omija
zamazana
sobą pomazane
skalpelem
jak powiedzieć nie
rycerz na koninie
roztwór
masło się stara
torpedą
pyskaty krucyfiks
okɔliczności
dziś to baśń bez dna
nim się pojawi
w puszce
często uderzają w wysokie samotne obiekty
rzęsa
z pogiętym
od zarania
domysłem świat świeci
to ślep stróż
uważa
w każdej postaci
kobra nacina przyjęcie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
pięknieje
taka jest sprawiedliwość
życie to nic z tych rzeczy
wygrywa ten kto głębiej zapomina
biegnie przez grząski jesienny las
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
plemniki dojrzewają w najądrzach
nienasmarowane
albo postać już niepotrzebna
puszczyk zanurza się śniegu
plują
w domu schadzek
koniec przebiega najpierw
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
głód bez kolców
czas się w nas umówił z nikim
w wylęgarni
na tylnych łapach
na południowy wschód od vöru
otwór
urągająca logiki intryga
modlitwą nażarte
powiesiła się
czereśnie z tłumanami
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
daleko mu do spiewu płetwali
huśtawka
chuj
murzyn ma wiadro sylaby
david attenborough poświadcza
porcelanowa strzelanina
krokodyl
jak wyglądało prawdziwe życie
korniszon
w halce
ambitna
w kiełbasie
w powiększeniu
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
żmija
albo postać nieprzewidziana
flanela
patelnia wyglądająca jak żywa
w swetrze
nie do oderwania od mroku
w wilczurze
pomidory
sunie
okazało się że to prawda
bez kolców
szympanse przeglądają się w oknach
panna młoda w rogu sali jeszcze
ojciec bez froterki
w cenie
sól drgnęła mielony zawadził
w milczenie zawinięte
z paniką
dzida
wyrasta
oraz żydowscy grabarze
śpiewa zabita pluskiewką
gdzie popadnie
udaje
dotyka
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w przybliżeniu nieistniejące
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
głęboka żmija
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
sól
sława
drzewa
wartość tuczna i rzeźna
chodziłam po tamtym świecie
blizna
chropowaty snu naszyjnik
o ośmiu wargach
brzegiem i krwią
księżyc zgasło
łopatą rozdzielone
pokrzywie dłoń wyrasta
parasol
zdolne do niewysuwania wniosków
w studni
paryżanka
o wieczność się napotyka
to najlepsza ochrona przed zarazą
w drodze do po nic
gorliwa
śnieg wymiotuje
olbrzymia
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
małpa śpiewającą na drzewie
ukryty w przymrozku
człowiek służy też do podlewania ziemi
surowy
tramwajem zarosłe
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
oczodołami
papieża
wyprostowany bez odpowiedzi
w postaci rosy
alpinista w futrze na antenie
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
zadziorna
kochanka
armata czerwony poplątał zupę zielony
w czasie wytrysku
w hordzie
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
rozsypane
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
osioł
na połamanym krześle
temu winien
stąd że nie ma żadnego stąd
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
nie do oderwania od pustki
fryzura bez kierowcy
trzustka prawidłowej wielkości
do mądrości się przytrafia
głód
obłok
czarne plamki na liściach klonowych
w nikąd dorosły
noc
albo postać porzucona
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
taczka do włosów
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
jest taki pociąg dlaczego
zostawił dziecko i żonę
rekin
przecięta
obywatele istnieją by służyć państwu
morze karłów przewozi oliwa
na trzecim piętrze
inną postać tli się
stado ze słoniną na oczach
albrecht dürer płynie na zelandię
pokrywka
odra zabiła matkę
rywal wkłada tunel
do zatopienia
pająk
w lustrze
w naczyniu
rakietą
pomachajcie tatusiowi
grad
albo postać odwrócona
do wygniatania marzeń
krzyk zarasta bulwary
ząb proroczy wypada głaz
innego ratunku nie ma
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
biegnie
do straszenia umarłych
harfa
sarna spotyka sarnę
nieruchomo
olej na płótnie
kominiarz
zjełczały
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
sprężyna
piach rozkwita
smród to marka gówna uśmiech człowieka
krwią
obsesji
dziurawy fortepian widzi
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
olbrzymia broda torpedą
dziecko i narośl
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
czyha
mgłą
dzwonnica bez kałuży
porcje rozychylają się porcjom
albo postać do góry nogami
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
żona zdradza swoją rolę
jak ślepy jest ten ślub
jest są bogiem
larwa
wiatr ma tytuł czapka
i brak obojczyka
i szczypiące trawę jelenie
kardynał sztucznych tulipanów
w czeskiej wiosce
ukłony
do mszy
olbrzyma
w wylęgarni kwiaty plują
stuka
kakao
tako rzeczą czamorro
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
z ręką na sercu
muskularny zad
zaśnieżonych
nurek składany nikomu
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
bez parasola
w kropli
a początek nie ma końca
naprawdę istnieją tylko mniemania
źle wbite
larwa plemeniem podrapana
bagnista
ciemniejący w światło
są światła widzialne i nie
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
wiadro
w miniówie
pilota
sylaby
wnikliwa
chmura
kochanek
okryte potłuczonym obrazem
kiedy mozart miał dwa lata
szczur
o krok
prześcieradło się po nim lepi
widząc że nie ma nikogo
marszałek
w neuronalnym metrze
człowiek jest tym którym nie chce być
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
sąsiad
jeż
z turkusowym kamieniem
kangur
w podmiejskiej kolejce
mapa bez środka
mandolina zamiast wiosny
krótkochwiły
jałowy
również wystaje z każdej rzeczy
policjant tęskni rzeczy jedzą
jakie to piękne!
pokrywka w bażancie stuka
jej ciało oplatają węże
tygrys
na antenie
nagi bez klucza
szpak
przerywa
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
pęknięty
w zakonie
ze stali niepojętej
alpinista
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
każdy się rodzi we własnej przepaści
chuj odziedziczył naród
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
mydło
drapieżny zemdlał tygrys
skalpelem tajfun uważa na schodach
kura lepka kangur przewrócony władza drań
dłuto autobusu
nerwicy
a ty do której masarni należysz?
w kolorze ukrytym
jabłonki
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
i drobne konkrementy żółciowe
furia bieli i krwisty
obdarty
albo postać połamana
pędzi
dla żartu
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
ujada
zemdlał
burzy się jagnię zapina szelki
atleta gotowy na raka klapki
proszę zamknąć oczy gitarze
truchleje
o niej chmarzy ziemia
w postaci ulewy
teofan grek maluje koronkowe majtki
dotyk inne mamiątki
twarzą przez nos zakłada maskę
albo postać rozlana
żyrafy
fiołkowy
rzesza wyjątek
borówką
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
wślizguje się
w klatce
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
cyna pościeli
armata
szklany
potwór przysięga obsesji
mydliny
czym zbierać czas?
między muzyką a mózgiem
paznokieć
w postaci zakrzepów
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
z nor
w lektyce chwili
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
dozgonnie powleczony nadzieją
za miastem
wzgórza
aorta brzuszna nieposzerzona
jakie pytanie taka krew
w masarni
bananów
nienastrojony
chciałabym umrzeć
włóczka podwórek
gdzie jest dżem?
kosmos ma miejsce w lupie
zadziorna brzoza w miniówie
piła olbrzyma weryfikuje
blizna dokonuje osoby
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
twarzą ostemplowany
srebrnokulawy
następne jest portofino?
stąpa
ręka sunie po udzie
zagląda matce pod majtki
leżał owad w locie
w nosie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w obcisłej spódnicy
jest są tó
55 milionów lat świetlnych od nas
dziurawy
świat nie do oderwania od wzroku
jego wysokość
wyje
miękka
nacina
byk
w postaci krzywej
konduktor
jak gęsty bywa
policjant
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
kreda rozpala warzywa
w rzeczywistości
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
szpak w puszce wieczór nietknięty
pięknie się wije
moknie dziewczęca drużyna
przemieszcza się kura olbrzyma
przyjęcie
drzewo
umiejscowiona w gruczołach potowych
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
klapki
melania trump odwiedza sierociniec
snu muszlo nasza
błękitny
nie do oderwania od śmierci
ciemny
rybą
hotel kamienny scyzoryk
jedno jest pewne
niepodłączony
jabłonki wychodzą z nor
oby bozia dał
tunel
przewrócony
drogą polna
szczerze
ciało ma postać stróżki
gigantyczny
odciskiem w duszy
łotr na apostole uchylając powiekę
mowa ciała sekunda
kroczy
człowiek nie do oderwania od smyczy
w locie
zdziwiony
przemieszcza się
jamnik tenorem urzędu
musisz to zobaczyć
tajfun
obraduje
siekierą
wysmukła
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
już bogaty
gumowy
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
klacz
proboszczem
kobra
nieśmiały w studni szklany stój
stopa bez kaleki
tonie
kotem
przez trojańskie pola
pośród lodów arktyki
kosmos ma miejsce w lupie
biegnie przez grząski jesienny las
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
ukryty w przymrozku
z wętylowaną zmarszczką
twarzą ostemplowany
bananów
bez kolców
zadziorna
czereśnie z tłumanami
plemniki dojrzewają w najądrzach
flanela
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w obcisłej spódnicy
brzmi
otoczony przez mywyje
karaluch ciepły jabłkowy
ze stali niepojętej
ciało ma postać stróżki
koniec przebiega najpierw
łotr na apostole uchylając powiekę
drut posadził musztardę
stopa bez kaleki
na antenie
czas się w nas umówił z nikim
umiejscowiona w gruczołach potowych
na schodach
skalpelem tajfun uważa na schodach
często uderzają w wysokie samotne obiekty
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
na południowy wschód od vöru
i szczypiące trawę jelenie
zawsze nas coś omija
albo postać już niepotrzebna
wysmukła
pokryte meszkiem
musisz to zobaczyć
w klatce
odra zabiła matkę
wyrasta
paryżanka
jaśnieje
jabłonki wychodzą z nor
jak powiedzieć nie
w czerwonej pieczarze
425 mln lat temu
nieziemskiej urody
pod wpływem oczywistego cudu
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w kolorze ukrytym
masło się stara
szpak
jałowy
w rzeczywistości
roztwór
smród to marka gówna uśmiech człowieka
ciemniejący w światło
ja do rzeźni jadę
tajfun
cyna pościeli
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
wchodzi
w przebraniu
gryzie
morze karłów przewozi oliwa
prześcieradło się po nim lepi
w trakcie olśnienia w pasztecie
w postaci krzywej
do wygniatania marzeń
albo postać nieprzewidziana
wygrywa ten kto głębiej zapomina
jeż
pokrzywie dłoń wyrasta
są światła widzialne i nie
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
z turkusowym kamieniem
sylaby
na trzecim piętrze
policjant
otwór
krwią
siekierą
w wylęgarni kwiaty plują
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
zdziwiony
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
obłok płynie utonąć
gdzie jest dżem?
kominiarz bez ćwierci
w gardle
przewrócony
w postaci zakrzepów
furia bieli i krwisty
z paniką kroczy karawan
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
potem dziecko jest już tylko na części
w naczyniu
temu winien
modlitwą nażarte
już bogaty
ze słoniną na oczach
szczebiota mięso
drapieżny zemdlał tygrys
głód bez kolców
w nikąd dorosły
leżał owad w locie
łopatą rozdzielone
miękka
dotyk inne mamiątki
zawadził
wagonów widelec w pobliżu błądzi
dzwonnica bez kałuży
odciskiem w duszy
dziurawy
o prawidłowej echostrukturze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
wiosłują
szczerze
bez oczu
taka jest sprawiedliwość
piłkarzy chorych na aids
dziecko i narośl
i drobne konkrementy żółciowe
i inne niepodobne
jedno jest pewne
okazało się że to prawda
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
snu muszlo nasza
ukłony
bagnista
wnikliwa
truchleje
puszczyk zanurza się śniegu
niewyklepany przez otoczenie
między muzyką a mózgiem
a pan daleko?
któremu stadu się kłaniasz?
w postaci rosy
mydło
pęknięty
stado ze słoniną na oczach
niepodłączony
i wszystkie noże posmarowane jodyną
rakietą
zadziorna brzoza w miniówie
na odludnej wyspie
na połamanym krześle
bagnista ujada rzęsa
alpinista w futrze na antenie
wygląda ze smoczej jamy
poranek
kobra nacina przyjęcie
po chwili grząskie
jest taki pociąg dlaczego
kura lepka kangur przewrócony władza drań
głowa bez tacy
samica już odbyta
obdarty
papieża
jamnik tenorem urzędu
brzegiem i krwią
kakao
z mułu wychodzą tysiące
statek
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
plują
krokodyl
proboszczem
krowa
osioł
piach rozkwita
cebulowy
ubolewa
klacz
albo postać nieważna
ciepły
korniszon
kreda rozpala warzywa
udręka
okɔliczności
noc o krok do zatopienia
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jest nierozsłowny widnokrąg
kochanek
plemeniem
stąpa
bóg nie do oderwania od wszy
olej na płótnie
jest są bogiem zwyczajnie
wślizguje się
mydliny
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
we śnie
ojciec bez froterki
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
deszcz korbką malowany
wyprostowany bez odpowiedzi
gigantyczny
inną postać tli się
nie do oderwania od szczęścia
uważa
wydają się ślepo przecinać niebo
chropowaty snu naszyjnik
melania trump odwiedza sierociniec
zawiedziony
albo postać rozlana
mucha
spadzisty poranek
atleta gotowy na raka klapki
nieśmiały w studni szklany stój
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
rzęsa
w futrze
zostawił dziecko i żonę
najeżony
ręka sunie po udzie
a ty do której masarni należysz?
w masarni
widząc że nie ma nikogo
szczudeł tupot
szyja inwazji krocze
w podmiejskiej kolejce
i ukrył go w piasku
życie to nic z tych rzeczy
porcelanowa strzelanina
lotnisko
surowy
nagi bez klucza
drzewa
mandolina zamiast wiosny
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
do góry nogami
to najlepsza ochrona przed zarazą
paznokieć
chmura
armata czerwony poplątał zupę zielony
po północnej stronie krateru schröter
w porządku własnym
wypełniony treścią ropną
to kruchość jest złotem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jakie pytanie taka krew
otyłe
armata
po dwóch sekundach
potwór przysięga obsesji
przez cały listopad
proroczy
w czeskiej wiosce
małpa śpiewającą na drzewie
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
noc
nienastrojony
z ręką na sercu
kardynał sztucznych tulipanów
rycerz na koninie
wandale podlewają kwiatki
zręcznie
murzyn ma wiadro sylaby
i brak obojczyka
w powiększeniu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
zamazana
skalpelem
kroczy
w podróży
w półmroku
nim się pojawi
kochanka
jak gęsty bywa
twarzą przez nos zakłada maskę
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
gorliwa
drzewo
jej ciało oplatają węże
drzewo bez kapelusza
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
ja to nikt w liczbie mnogiej
igła w oko puka
sową
w łydkę ugryzione
żyrafy
czarne plamki na liściach klonowych
kura
głaz bezgłowego pilota szkoli
w puszce
następne jest portofino?
ciemny
krążąc wokół ziemi
pośród lodów arktyki
albo postać do góry nogami
w jamie otrzewnej
jak to się stało
david attenborough poświadcza
kangur
udaje
przemieszcza się kura olbrzyma
jest są bogiem
dozgonnie powleczony nadzieją
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
sprężyna
tęskni
drapieżny
pomidory
tenorem
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
szpak w puszce wieczór nietknięty
pyskaty krucyfiks
w uśmiechu poręcznym
pilota
lufcikiem
cytat nakręca mydło
dziurawy fortepian widzi
oraz żydowscy grabarze
proszę zamknąć oczy gitarze
z paniką
chuj
zaciska oczu kleszcze
spod babiej góry
zakręca
byk
tonie
nietknięty
szklany
sól
tramwajem zarosłe
w trakcie przedrzeźniania mew
dłuto autobusu
dla żartu
fiołkowy
domysłem świat świeci
trzustka prawidłowej wielkości
parasol
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
innego ratunku nie ma
pędzi
o ośmiu wargach
księżyc zgasło
albo postać na niebie
na wardze
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
marszałek
następny akt ślepni
w pomidorowej
w miniówie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
albo postać porzucona
tygrys
znalazły dziewczynkę
sarna spotyka sarnę
w neuronalnym metrze
nurek składany nikomu
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
kropla przerywa węgorza
pyskaty
świat nie do oderwania od wzroku
powraca
głęboka
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
jak wyglądało prawdziwe życie
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
piła olbrzyma weryfikuje
żona zdradza swoją rolę
oby bozia dał
dotyka
mielony
obsesji
ptak się kończy
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
grad
mgłą
wstręt podrywa mdłości na zupę
w kolejce do ścięcia
kotem
przyjęcie
albo postać odwrócona
również wystaje z każdej rzeczy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
biegnie
jakie to piękne!
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
poduszka bez falochronu
z gzymsu odpadłe
głód
potwór
tako rzeczą czamorro
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w swetrze
żadnego teraz żadnego nigdy
człowiek jest tym którym nie chce być
gumowy
źle wbite
w lektyce chwili
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
pięknieje
w studni
błądzi
dialekt dzierżawi rolnika
szympanse przeglądają się w oknach
olbrzyma
u którego lęku mieszkasz?
to ślep stróż
ujada
olbrzymia broda torpedą
taczka do włosów
czarna cykada chwyta się gałęzi
olbrzymia
sława
wyje
nie wiadomo po co
na ludzi zakłada wnyki
fryzura bez kierowcy
blizna
panna młoda w rogu sali jeszcze
klapki
w drodze do po nic
rywal wkłada tunel
nie do oderwania od śmierci
huśtawka
przysięga
szaleniec
albrecht dürer płynie na zelandię
kiedy mozart miał dwa lata
nieruchomo
pokrywka
w domu schadzek
szczur
w kropce dojrzewające
osioł zbankrutowanym kotem
zdolne do niewysuwania wniosków
w przybliżeniu nieistniejące
w pluszowej oddali
spadł w jej paszczę
w zakonie
wyzwolony
chodziłam po tamtym świecie
w banku
rozsypane
niewymyty przez wieki
w halce
kwiaty plują
teofan grek maluje koronkowe majtki
kalarepa
o krok
agrest pada
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
w milczenie zawinięte
dzida
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nie do oderwania od pustki
głęboka żmija
do mszy
czyha
jak ślepy jest ten ślub
wagonów
przebiega
piwnica
pauzą dotknięte
z nor
węgorza
pająk
ma sześć ramion
w galaretce rozsiadłe
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
rzesza wyjątek
drabina opiera się o ścianę
krzyk zarasta bulwary
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
do straszenia umarłych
policjant tęskni rzeczy jedzą
nie do oderwania od mroku
jabłonki
bez parasola
stuka
koza spoglądajaca na drzewo
idiota
naprawdę istnieją tylko mniemania
włóczka podwórek
w szyfonowej sukni
kto zdechnie wcześniej?
wiatr ma tytuł czapka
jacht
rybą
śpiewa zabita pluskiewką
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
chwiliwarta
borówką
światła krwią
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
patelnia wyglądająca jak żywa
oczodołami
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
idiota wyje pomidory
obywatele istnieją by służyć państwu
ambitna
blizna dokonuje osoby
nacina
albo postać połamana
gdzie popadnie
żmija
pomachajcie tatusiowi
wartość tuczna i rzeźna
daleko mu do spiewu płetwali
porcje rozychylają się porcjom
harfa
przemieszcza się
mowa ciała sekunda
wczesnopierzasta
drogą polna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w czasie wytrysku
kominiarz
torpedą
chciałabym umrzeć
powiesiła się
sobą pomazane
urągająca logiki intryga
sunie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
55 milionów lat świetlnych od nas
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
alpinista
nienasmarowane
zagląda matce pod majtki
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w lustrze
moknie dziewczęca drużyna
snu
z niegojącą się raną pachwiny
o wieczność się napotyka
obraduje
sól drgnęła mielony zawadził
wilgotna
hotel kamienny scyzoryk
karaluch
los się wynurza w falbankach
dziś to baśń bez dna
płonie
człowiek nie do oderwania od smyczy
na odwrót otulona
w locie
śnieg wymiotuje
słoń na druty tyje
w postaci ulewy
larwa plemeniem podrapana
przez trojańskie pola
w kropli
tunel
mapa bez środka
igła
srebrnokulawy
człowiek służy też do podlewania ziemi
każdy się rodzi we własnej przepaści
czym zbierać czas?
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
a początek nie ma końca
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
stąd że nie ma żadnego stąd
larwa
błękitny
strumień lawy pochłania wszystko
w wilczurze
rekin
sedno bez izolacji
nie do oderwania od wzroku
piracki balkon żąda pilota
widelec
przecięta
zaśnieżonych
w nosie
słowa wdychają się przez inne
praca czyni kopią
w cenie
konduktor
w każdej postaci
pięknie się wije
o niej chmarzy ziemia
podrapana
na tylnych łapach
głaz
jego wysokość
chuj odziedziczył naród
obłok
za miastem
but cebulowy nerwicy
zemdlał
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
kobra
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
do zatopienia
w kiełbasie
w wylęgarni
zjełczały
jeż czyha w zakonie
nerwicy
od zarania
zwykle pod nosem lub na wardze
światła
w hordzie
wiadro
wiatr
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
aorta brzuszna nieposzerzona
do mądrości się przytrafia
pokrywka w bażancie stuka
w garażu
sąsiad
krótkochwiły
muskularny zad
burzy się jagnię zapina szelki
bez kolców
z wętylowaną zmarszczką
krwią
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
karaluch
i szczypiące trawę jelenie
dziecko i narośl
miękka
jabłonki wychodzą z nor
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
armata
marszałek
w każdej postaci
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w masarni
i brak obojczyka
gigantyczny
leżał owad w locie
truchleje
pokryte meszkiem
rybą
żmija
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
masło się stara
zadziorna brzoza w miniówie
igła
blizna
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
życie to nic z tych rzeczy
kto zdechnie wcześniej?
jest są bogiem
huśtawka
płonie
nienasmarowane
plemeniem
dziurawy fortepian widzi
piłkarzy chorych na aids
albo postać połamana
albo postać odwrócona
twarzą przez nos zakłada maskę
powiesiła się
albo postać na niebie
igła w oko puka
świat nie do oderwania od wzroku
roztwór
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
czyha
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
następny akt ślepni
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
z paniką kroczy karawan
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
stąpa
sową
niepodłączony
spadzisty poranek
do straszenia umarłych
nerwicy
obłok
armata czerwony poplątał zupę zielony
widząc że nie ma nikogo
deszcz korbką malowany
modlitwą nażarte
siekierą
jeż czyha w zakonie
żadnego teraz żadnego nigdy
na schodach
piach rozkwita
nietknięty
srebrnokulawy
pomachajcie tatusiowi
obraduje
nurek składany nikomu
dotyk inne mamiątki
w swetrze
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
korniszon
najeżony
w hordzie
widelec
na południowy wschód od vöru
zawsze nas coś omija
zjełczały
snu muszlo nasza
przemieszcza się
atleta gotowy na raka klapki
w powiększeniu
ojciec bez froterki
kalarepa
kura
flanela
policjant
człowiek jest tym którym nie chce być
porcelanowa strzelanina
w przebraniu
hotel kamienny scyzoryk
w podróży
głęboka żmija
głaz
w obcisłej spódnicy
w nikąd dorosły
po północnej stronie krateru schröter
larwa plemeniem podrapana
o ośmiu wargach
smród to marka gówna uśmiech człowieka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
to ślep stróż
w kropli
lufcikiem
bagnista
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
każdy się rodzi we własnej przepaści
sarna spotyka sarnę
rzęsa
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
pomidory
jest są bogiem zwyczajnie
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
stąd że nie ma żadnego stąd
jałowy
o wieczność się napotyka
drut posadził musztardę
konduktor
55 milionów lat świetlnych od nas
w garażu
albo postać nieważna
piła olbrzyma weryfikuje
spadł w jej paszczę
dotyka
to kruchość jest złotem
kobra
otyłe
zdolne do niewysuwania wniosków
w locie
dialekt dzierżawi rolnika
kangur
pająk
stopa bez kaleki
nacina
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
koza spoglądajaca na drzewo
sól
głaz bezgłowego pilota szkoli
alpinista w futrze na antenie
w pomidorowej
but cebulowy nerwicy
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
przez trojańskie pola
obywatele istnieją by służyć państwu
daleko mu do spiewu płetwali
strumień lawy pochłania wszystko
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nie do oderwania od wzroku
jamnik tenorem urzędu
koniec przebiega najpierw
osioł
w czasie wytrysku
innego ratunku nie ma
praca czyni kopią
z nor
skalpelem tajfun uważa na schodach
stado ze słoniną na oczach
z niegojącą się raną pachwiny
proboszczem
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
mydło
w cenie
tako rzeczą czamorro
potem dziecko jest już tylko na części
w kiełbasie
w czerwonej pieczarze
kotem
poduszka bez falochronu
taczka do włosów
światła
głód bez kolców
w milczenie zawinięte
krowa
noc o krok do zatopienia
u którego lęku mieszkasz?
sprężyna
alpinista
między muzyką a mózgiem
kiedy mozart miał dwa lata
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nie do oderwania od mroku
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w wylęgarni kwiaty plują
albo postać porzucona
wyje
w jamie otrzewnej
sąsiad
i drobne konkrementy żółciowe
bez parasola
noc
klacz
jej ciało oplatają węże
rzesza wyjątek
węgorza
temu winien
w wilczurze
otoczony przez mywyje
klapki
albo postać nieprzewidziana
chmura
olbrzymia broda torpedą
mucha
osioł zbankrutowanym kotem
muskularny zad
sunie
jacht
zawiedziony
zaciska oczu kleszcze
chropowaty snu naszyjnik
w miniówie
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
zdziwiony
śnieg wymiotuje
albo postać rozlana
a początek nie ma końca
w neuronalnym metrze
z turkusowym kamieniem
wnikliwa
drzewa
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
mydliny
pokrzywie dłoń wyrasta
olbrzyma
tunel
chwiliwarta
kwiaty plują
wiadro
w przybliżeniu nieistniejące
poranek
czym zbierać czas?
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
błękitny
w trakcie olśnienia w pasztecie
od zarania
plemniki dojrzewają w najądrzach
karaluch ciepły jabłkowy
na połamanym krześle
brzegiem i krwią
pięknie się wije
teofan grek maluje koronkowe majtki
zadziorna
błądzi
podrapana
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
jedno jest pewne
to najlepsza ochrona przed zarazą
wysmukła
szczerze
nienastrojony
dzwonnica bez kałuży
425 mln lat temu
na wardze
obłok płynie utonąć
w kolorze ukrytym
przyjęcie
david attenborough poświadcza
do mszy
olej na płótnie
pilota
nie do oderwania od pustki
powraca
i inne niepodobne
mielony
borówką
w nosie
krzyk zarasta bulwary
w łydkę ugryzione
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
czereśnie z tłumanami
ma sześć ramion
wyprostowany bez odpowiedzi
drapieżny zemdlał tygrys
następne jest portofino?
ambitna
okɔliczności
sława
czarna cykada chwyta się gałęzi
bez oczu
pośród lodów arktyki
znalazły dziewczynkę
piwnica
gdzie popadnie
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
samica już odbyta
statek
wagonów
porcje rozychylają się porcjom
po dwóch sekundach
zwykle pod nosem lub na wardze
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
wagonów widelec w pobliżu błądzi
snu
na trzecim piętrze
wypełniony treścią ropną
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
tramwajem zarosłe
fryzura bez kierowcy
jakie to piękne!
we śnie
pędzi
mandolina zamiast wiosny
w podmiejskiej kolejce
wchodzi
biegnie
dziurawy
parasol
w studni
inną postać tli się
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
wczesnopierzasta
wygląda ze smoczej jamy
ukłony
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
otwór
w pluszowej oddali
surowy
śpiewa zabita pluskiewką
drogą polna
wandale podlewają kwiatki
torpedą
odra zabiła matkę
nie do oderwania od szczęścia
w półmroku
łopatą rozdzielone
tęskni
szczebiota mięso
nie wiadomo po co
za miastem
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
do mądrości się przytrafia
ręka sunie po udzie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
z ręką na sercu
i ukrył go w piasku
morze karłów przewozi oliwa
a jego wciąż nie ma
oby bozia dał
jaśnieje
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
panna młoda w rogu sali jeszcze
oraz żydowscy grabarze
zręcznie
wilgotna
wiosłują
szczudeł tupot
w galaretce rozsiadłe
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
udaje
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szpak w puszce wieczór nietknięty
drapieżny
fiołkowy
paryżanka
udręka
krokodyl
albrecht dürer płynie na zelandię
szyja inwazji krocze
żona zdradza swoją rolę
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
głowa bez tacy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w lektyce chwili
w zakonie
chodziłam po tamtym świecie
w rzeczywistości
sobą pomazane
ja do rzeźni jadę
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
kakao
przemieszcza się kura olbrzyma
w halce
ciemny
skalpelem
o niej chmarzy ziemia
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jest nierozsłowny widnokrąg
szaleniec
małpa śpiewającą na drzewie
cytat nakręca mydło
proroczy
krążąc wokół ziemi
w postaci krzywej
papieża
rywal wkłada tunel
kroczy
do zatopienia
harfa
dla żartu
albo postać do góry nogami
są światła widzialne i nie
twarzą ostemplowany
pod wpływem oczywistego cudu
o krok
burzy się jagnię zapina szelki
w postaci zakrzepów
w klatce
domysłem świat świeci
rakietą
zamazana
wiatr
po chwili grząskie
rekin
w futrze
brzmi
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
drabina opiera się o ścianę
spod babiej góry
gumowy
również wystaje z każdej rzeczy
ukryty w przymrozku
nieziemskiej urody
jak to się stało
potwór
na odwrót otulona
uważa
kura lepka kangur przewrócony władza drań
melania trump odwiedza sierociniec
jego wysokość
w trakcie obojętności
byk
nieruchomo
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
umiejscowiona w gruczołach potowych
pięknieje
przez cały listopad
tygrys
niewyklepany przez otoczenie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
dziś to baśń bez dna
w naczyniu
musisz to zobaczyć
wygrywa ten kto głębiej zapomina
odciskiem w duszy
pauzą dotknięte
w porządku własnym
kosmos ma miejsce w lupie
księżyc zgasło
pęknięty
puszczyk zanurza się śniegu
pyskaty krucyfiks
dozgonnie powleczony nadzieją
urągająca logiki intryga
proszę zamknąć oczy gitarze
wyzwolony
biegnie przez grząski jesienny las
ubolewa
naprawdę istnieją tylko mniemania
na antenie
w trakcie przedrzeźniania mew
źle wbite
w wylęgarni
drzewo
potwór przysięga obsesji
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
policjant tęskni rzeczy jedzą
przewrócony
szklany
czarne plamki na liściach klonowych
pokrywka
szczur
jak gęsty bywa
szpak
wartość tuczna i rzeźna
prześcieradło się po nim lepi
z mułu wychodzą tysiące
ptak się kończy
słoń na druty tyje
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ja to nikt w liczbie mnogiej
gorliwa
gryzie
łotr na apostole uchylając powiekę
grad
w czeskiej wiosce
a ty do której masarni należysz?
jak ślepy jest ten ślub
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w puszce
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
furia bieli i krwisty
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w gardle
idiota wyje pomidory
nagi bez klucza
taka jest sprawiedliwość
krótkochwiły
o prawidłowej echostrukturze
jest taki pociąg dlaczego
rycerz na koninie
na tylnych łapach
przecięta
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
tajfun
i wszystkie noże posmarowane jodyną
lotnisko
zagląda matce pod majtki
wiatr ma tytuł czapka
mgłą
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jak powiedzieć nie
człowiek nie do oderwania od smyczy
w szyfonowej sukni
jeż
do góry nogami
bagnista ujada rzęsa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
ze stali niepojętej
w uśmiechu poręcznym
bananów
do wygniatania marzeń
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
włóczka podwórek
okazało się że to prawda
moknie dziewczęca drużyna
gdzie jest dżem?
a pan daleko?
pokrywka w bażancie stuka
w postaci ulewy
ciemniejący w światło
wyrasta
ciało ma postać stróżki
niewymyty przez wieki
głęboka
zawadził
patelnia wyglądająca jak żywa
w kolejce do ścięcia
w postaci rosy
kobra nacina przyjęcie
głód
jabłonki
cebulowy
obdarty
z paniką
wstręt podrywa mdłości na zupę
zaśnieżonych
szympanse przeglądają się w oknach
światła krwią
przebiega
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
chuj
często uderzają w wysokie samotne obiekty
sylaby
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
agrest pada
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
któremu stadu się kłaniasz?
nieśmiały w studni szklany stój
idiota
tonie
kominiarz
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
obsesji
czas się w nas umówił z nikim
kreda rozpala warzywa
wydają się ślepo przecinać niebo
na odludnej wyspie
piracki balkon żąda pilota
stuka
ujada
dłuto autobusu
ciepły
albo postać już niepotrzebna
wślizguje się
olbrzymia
kropla przerywa węgorza
mapa bez środka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
murzyn ma wiadro sylaby
paznokieć
w domu schadzek
blizna dokonuje osoby
pyskaty
w lustrze
kochanek
bóg nie do oderwania od wszy
w banku
kominiarz bez ćwierci
człowiek służy też do podlewania ziemi
aorta brzuszna nieposzerzona
los się wynurza w falbankach
tenorem
oczodołami
chuj odziedziczył naród
przysięga
kochanka
na ludzi zakłada wnyki
żyrafy
larwa
chciałabym umrzeć
w kropce dojrzewające
w drodze do po nic
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
sedno bez izolacji
z gzymsu odpadłe
cyna pościeli
nie do oderwania od śmierci
kardynał sztucznych tulipanów
słowa wdychają się przez inne
sól drgnęła mielony zawadził
drzewo bez kapelusza
plują
rozsypane
mowa ciała sekunda
nim się pojawi
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zemdlał
jakie pytanie taka krew
trzustka prawidłowej wielkości
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
jak wyglądało prawdziwe życie
ze słoniną na oczach
zostawił dziecko i żonę
i ukrył go w piasku
dotyka
kura lepka kangur przewrócony władza drań
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
jest nierozsłowny widnokrąg
księżyc zgasło
w zakonie
żadnego teraz żadnego nigdy
wyprostowany bez odpowiedzi
kominiarz
inną postać tli się
lotnisko
nurek składany nikomu
zagląda matce pod majtki
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
na ludzi zakłada wnyki
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
w kropli
piach rozkwita
aorta brzuszna nieposzerzona
mielony
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
w locie
to najlepsza ochrona przed zarazą
agrest pada
rzesza wyjątek
powraca
nieziemskiej urody
kreda rozpala warzywa
niewymyty przez wieki
jej ciało oplatają węże
szklany
tygrys
kropla przerywa węgorza
hotel kamienny scyzoryk
huśtawka
kotem
tęskni
krowa
alpinista
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
drzewo bez kapelusza
zaciska oczu kleszcze
noc
klawesyn praczki trup
olej na płótnie
w banku
w trakcie olśnienia w pasztecie
olbrzymia
pająk
w podmiejskiej kolejce
błądzi
sunie
udręka
do mszy
rybą
parasol
drut posadził musztardę
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
kura
dziurawy fortepian widzi
łotr na apostole uchylając powiekę
stopa bez kaleki
pilota
sylaby
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
obraduje
surowy
mydło
karaluch ciepły jabłkowy
pośród lodów arktyki
biegnie przez grząski jesienny las
jest są bogiem zwyczajnie
cebulowy
armata czerwony poplątał zupę zielony
blizna
kangur
paznokieć
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w klatce
jaśnieje
w postaci ulewy
piłkarzy chorych na aids
brzmi
tonie
zadziorna brzoza w miniówie
krzyk zarasta bulwary
skalpelem
w rzeczywistości
pomidory
w kolejce do ścięcia
skalpelem tajfun uważa na schodach
krokodyl
wyrasta
każdy się rodzi we własnej przepaści
statek
nagi bez klucza
karaluch
ciepły
pyskaty
tramwajem zarosłe
chmura
obsesji
do mądrości się przytrafia
w jamie otrzewnej
kobra nacina przyjęcie
lufcikiem
czas się w nas umówił z nikim
okazało się że to prawda
tajfun
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
o ośmiu wargach
masło się stara
rywal wkłada tunel
furia bieli i krwisty
teofan grek maluje koronkowe majtki
na odwrót otulona
rzęsa
noc o krok do zatopienia
w drodze do po nic
w nosie
pod wpływem oczywistego cudu
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
blizna dokonuje osoby
ma sześć ramion
człowiek jest tym którym nie chce być
przyjęcie
spadł w jej paszczę
pędzi
tako rzeczą czamorro
w półmroku
pięknie się wije
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
idiota
kalarepa
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
fiołkowy
światła
zawadził
kakao
bagnista ujada rzęsa
musisz to zobaczyć
w czerwonej pieczarze
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
a początek nie ma końca
jamnik tenorem urzędu
wstręt podrywa mdłości na zupę
ja do rzeźni jadę
tenorem
szympanse przeglądają się w oknach
w studni
plują
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
alpinista w futrze na antenie
włóczka podwórek
życie to nic z tych rzeczy
proboszczem
los się wynurza w falbankach
moknie dziewczęca drużyna
nienasmarowane
czyha
źle wbite
na tym polega wolność
i co dalej?
albo postać nieważna
jabłonki
również wystaje z każdej rzeczy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jego wysokość
stuka
z turkusowym kamieniem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
panna młoda w rogu sali jeszcze
burzy się jagnię zapina szelki
dziurawy
jeż czyha w zakonie
uważa
miękka
w masarni
śnieg wymiotuje
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
otoczony przez mywyje
smród to marka gówna uśmiech człowieka
rycerz na koninie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
piracki balkon żąda pilota
na trzecim piętrze
na antenie
błękitny
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
ze stali niepojętej
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ukłony
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
do góry nogami
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w przebraniu
płonie
pokryte meszkiem
w czasie wytrysku
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
osioł zbankrutowanym kotem
nieśmiały w studni szklany stój
jak wyglądało prawdziwe życie
bananów
czarna cykada chwyta się gałęzi
drapieżny
dozgonnie powleczony nadzieją
nie wiadomo po co
proroczy
w garażu
albo postać na niebie
koniec przebiega najpierw
do wygniatania marzeń
z mułu wychodzą tysiące
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
w domu schadzek
o niej chmarzy ziemia
pokrzywie dłoń wyrasta
drapieżny zemdlał tygrys
w wylęgarni kwiaty plują
jest taki pociąg dlaczego
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
głaz
poduszka bez falochronu
dłuto autobusu
wyzwolony
igła w oko puka
przez trojańskie pola
drzewa
u którego lęku mieszkasz?
w szyfonowej sukni
nienastrojony
mandolina zamiast wiosny
widelec
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
jak gęsty bywa
sól drgnęła mielony zawadził
w obcisłej spódnicy
przemieszcza się kura olbrzyma
kroczy
na odludnej wyspie
srebrnokulawy
wyje
zręcznie
następne jest portofino?
dzwonnica bez kałuży
morze karłów przewozi oliwa
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
zemdlał
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
gryzie
wiosłują
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
gdzie jest dżem?
ptak się kończy
w wilczurze
w postaci zakrzepów
snu
jakie pytanie taka krew
często uderzają w wysokie samotne obiekty
wygrywa ten kto głębiej zapomina
na połamanym krześle
wślizguje się
obywatele istnieją by służyć państwu
głaz bezgłowego pilota szkoli
kwiaty plują
plemniki dojrzewają w najądrzach
na tylnych łapach
albo postać rozlana
harfa
sąsiad
trzustka prawidłowej wielkości
z wętylowaną zmarszczką
pokrywka w bażancie stuka
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
z gzymsu odpadłe
obłok
z ręką na sercu
paryżanka
kominiarz bez ćwierci
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
w miniówie
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jak ślepy jest ten ślub
pokrywka
kosmos ma miejsce w lupie
umiejscowiona w gruczołach potowych
sarna spotyka sarnę
truchleje
obłok płynie utonąć
dziecko i narośl
nacina
samica już odbyta
piła olbrzyma weryfikuje
sedno bez izolacji
wchodzi
sprężyna
zawiedziony
człowiek służy też do podlewania ziemi
po chwili grząskie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
brzegiem i krwią
i drobne konkrementy żółciowe
na południowy wschód od vöru
pęknięty
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
to kruchość jest złotem
o wieczność się napotyka
pomachajcie tatusiowi
w wylęgarni
do straszenia umarłych
klapki
łopatą rozdzielone
w hordzie
spadzisty poranek
i szczypiące trawę jelenie
kobra
najeżony
chuj
obdarty
tunel
żona zdradza swoją rolę
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
odciskiem w duszy
chwiliwarta
znalazły dziewczynkę
jest są bogiem
w puszce
zwany srogim
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
bez kolców
w łydkę ugryzione
w przybliżeniu nieistniejące
olbrzyma
w nikąd dorosły
drogą polna
korniszon
na schodach
przebiega
podrapana
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
człowiek nie do oderwania od smyczy
z nor
oby bozia dał
nie do oderwania od wzroku
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
głęboka
ujada
następny akt ślepni
widząc że nie ma nikogo
stąd że nie ma żadnego stąd
nietknięty
biegnie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
igła
to ślep stróż
w trakcie obojętności
jabłonki wychodzą z nor
roztwór
kto zdechnie wcześniej?
szczudeł tupot
patelnia wyglądająca jak żywa
słowa wdychają się przez inne
innego ratunku nie ma
jedno jest pewne
potem dziecko jest już tylko na części
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
chodziłam po tamtym świecie
osioł
wydają się ślepo przecinać niebo
cyna pościeli
jakie to piękne!
śpiewa zabita pluskiewką
ambitna
bóg nie do oderwania od wszy
w podróży
puszczyk zanurza się śniegu
mgłą
w powiększeniu
zjełczały
oczodołami
prześcieradło się po nim lepi
jak to się stało
sól
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
zaśnieżonych
wczesnopierzasta
nie do oderwania od pustki
urągająca logiki intryga
słoń na druty tyje
wagonów
przez cały listopad
żmija
głowa bez tacy
ręka sunie po udzie
gumowy
przysięga
muskularny zad
głęboka żmija
któremu stadu się kłaniasz?
ubolewa
szczebiota mięso
strumień lawy pochłania wszystko
udaje
papieża
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
w cenie
sława
ojciec bez froterki
marszałek
zdolne do niewysuwania wniosków
w naczyniu
chropowaty snu naszyjnik
olbrzymia broda torpedą
w postaci rosy
o krok
o prawidłowej echostrukturze
425 mln lat temu
wiadro
ukryty w przymrozku
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
pięknieje
proszę zamknąć oczy gitarze
albo postać już niepotrzebna
albo postać połamana
po dwóch sekundach
rozsypane
niepodłączony
bez parasola
dla żartu
a pan daleko?
drabina opiera się o ścianę
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
krążąc wokół ziemi
w kropce dojrzewające
przecięta
w gardle
plemeniem
domysłem świat świeci
taczka do włosów
czym zbierać czas?
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
wypełniony treścią ropną
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w lektyce chwili
w kiełbasie
nim się pojawi
w pomidorowej
wiatr ma tytuł czapka
są światła widzialne i nie
flanela
świat nie do oderwania od wzroku
nie do oderwania od szczęścia
w lustrze
zawsze nas coś omija
gigantyczny
zadziorna
twarzą przez nos zakłada maskę
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
wnikliwa
do zatopienia
to przyjemne
porcelanowa strzelanina
w trakcie przedrzeźniania mew
powiesiła się
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
nerwicy
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
niewyklepany przez otoczenie
larwa plemeniem podrapana
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
mapa bez środka
otyłe
ja to nikt w liczbie mnogiej
stąpa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
z paniką
wandale podlewają kwiatki
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
byk
przewrócony
siekierą
szczur
gdzie popadnie
światła krwią
leżał owad w locie
wygląda ze smoczej jamy
nie do oderwania od mroku
mydliny
nie do oderwania od śmierci
wiatr
rekin
po północnej stronie krateru schröter
przemieszcza się
oraz żydowscy grabarze
między muzyką a mózgiem
modlitwą nażarte
pyskaty krucyfiks
policjant
albo postać porzucona
być może
atleta gotowy na raka klapki
idiota wyje pomidory
55 milionów lat świetlnych od nas
a ty do której masarni należysz?
w milczenie zawinięte
w halce
torpedą
daleko mu do spiewu płetwali
chciałabym umrzeć
pauzą dotknięte
w swetrze
koza spoglądajaca na drzewo
w galaretce rozsiadłe
we śnie
w czeskiej wiosce
za miastem
krwią
bez oczu
każda kobieta w cieście
ciemny
szpak w puszce wieczór nietknięty
bagnista
od zarania
stado ze słoniną na oczach
w uśmiechu poręcznym
w popegeerowskim pałacu
larwa
głód bez kolców
mowa ciała sekunda
melania trump odwiedza sierociniec
okɔliczności
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
praca czyni kopią
ciemniejący w światło
czereśnie z tłumanami
porcje rozychylają się porcjom
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w porządku własnym
wagonów widelec w pobliżu błądzi
klacz
konduktor
węgorza
poranek
ze słoniną na oczach
dziś to baśń bez dna
odra zabiła matkę
albo postać do góry nogami
w postaci krzywej
gorliwa
kochanek
otwór
fryzura bez kierowcy
albo postać odwrócona
armata
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w futrze
wartość tuczna i rzeźna
krótkochwiły
ciało ma postać stróżki
chuj odziedziczył naród
policjant tęskni rzeczy jedzą
drzewo
potwór przysięga obsesji
albrecht dürer płynie na zelandię
jeż
naprawdę istnieją tylko mniemania
temu winien
jałowy
żyrafy
cytat nakręca mydło
piwnica
spod babiej góry
borówką
dialekt dzierżawi rolnika
i brak obojczyka
kabaretki maty hari uda
snu muszlo nasza
albo postać nieprzewidziana
jak powiedzieć nie
wilgotna
z niegojącą się raną pachwiny
kochanka
grad
rakietą
twarzą ostemplowany
zamazana
szyja inwazji krocze
i wszystkie noże posmarowane jodyną
david attenborough poświadcza
murzyn ma wiadro sylaby
but cebulowy nerwicy
taka jest sprawiedliwość
szaleniec
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
szczerze
mucha
deszcz korbką malowany
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
sową
szpak
w pluszowej oddali
nieruchomo
w kolorze ukrytym
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
małpa śpiewającą na drzewie
w neuronalnym metrze
wysmukła
czarne plamki na liściach klonowych
głód
i inne niepodobne
w każdej postaci
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
pokrywka w bażancie stuka
rzesza wyjątek
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
potwór
425 mln lat temu
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ukłony
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
strumień lawy pochłania wszystko
przysięga
dłuto autobusu
naprawdę istnieją tylko mniemania
zostawił dziecko i żonę
i wszystkie noże posmarowane jodyną
pokryte meszkiem
na połamanym krześle
hotel kamienny scyzoryk
piłkarzy chorych na aids
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
plemeniem
jest taki pociąg dlaczego
pauzą dotknięte
obraduje
sunie
słoń na druty tyje
zawadził
osioł
statek
nurek składany nikomu
śpiewa zabita pluskiewką
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
tramwajem zarosłe
cyna pościeli
w lustrze
oby bozia dał
w locie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
wagonów
kochanka
kreda rozpala warzywa
biegnie przez grząski jesienny las
mucha
jak ślepy jest ten ślub
w pluszowej oddali
idiota
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
obłok płynie utonąć
spadzisty poranek
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
ciemny
być może
kakao
drabina opiera się o ścianę
przemieszcza się kura olbrzyma
przebiega
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w postaci ulewy
snu
nerwicy
noc
widelec
od zarania
w kolejce do ścięcia
szaleniec
jedno jest pewne
kochanek
na odludnej wyspie
nie do oderwania od wzroku
jakie to piękne!
albo postać już niepotrzebna
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
do mądrości się przytrafia
tęskni
zwany srogim
but cebulowy nerwicy
bóg nie do oderwania od wszy
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w domu schadzek
na schodach
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
truchleje
albo postać do góry nogami
czas się w nas umówił z nikim
w gardle
byk
gdzie popadnie
w nosie
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
konduktor
szczebiota mięso
jest są bogiem zwyczajnie
nieziemskiej urody
drapieżny
bez parasola
a początek nie ma końca
pilota
w czerwonej pieczarze
smród to marka gówna uśmiech człowieka
larwa plemeniem podrapana
mydliny
u którego lęku mieszkasz?
żona zdradza swoją rolę
mydło
o ośmiu wargach
furia bieli i krwisty
koza spoglądajaca na drzewo
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jeż
stado ze słoniną na oczach
drzewa
w postaci krzywej
wandale podlewają kwiatki
dzwonnica bez kałuży
również wystaje z każdej rzeczy
często uderzają w wysokie samotne obiekty
proboszczem
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
torpedą
los się wynurza w falbankach
jamnik tenorem urzędu
huśtawka
dialekt dzierżawi rolnika
szczerze
ukryty w przymrozku
to ślep stróż
papieża
proszę zamknąć oczy gitarze
jest są bogiem
praca czyni kopią
kwiaty plują
pod wpływem oczywistego cudu
sąsiad
biegnie
krowa
kosmos ma miejsce w lupie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
wnikliwa
przez trojańskie pola
jakie pytanie taka krew
deszcz korbką malowany
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
dziurawy fortepian widzi
w galaretce rozsiadłe
to najlepsza ochrona przed zarazą
kangur
jej ciało oplatają węże
zawsze nas coś omija
fryzura bez kierowcy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
po chwili grząskie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
dziś to baśń bez dna
musisz to zobaczyć
skalpelem
w naczyniu
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
po dwóch sekundach
zaciska oczu kleszcze
szczur
wyje
albo postać na niebie
wilgotna
sedno bez izolacji
albo postać rozlana
dziecko i narośl
nienasmarowane
ciało ma postać stróżki
karaluch
jak wyglądało prawdziwe życie
kotem
i inne niepodobne
prześcieradło się po nim lepi
tenorem
pająk
plemniki dojrzewają w najądrzach
bagnista
do mszy
zaśnieżonych
przemieszcza się
we śnie
krwią
srebrnokulawy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
pośród lodów arktyki
umiejscowiona w gruczołach potowych
rywal wkłada tunel
taka jest sprawiedliwość
śnieg wymiotuje
w każdej postaci
z niegojącą się raną pachwiny
ambitna
tonie
w półmroku
na antenie
obywatele istnieją by służyć państwu
w szyfonowej sukni
przyjęcie
w trakcie przedrzeźniania mew
węgorza
skalpelem tajfun uważa na schodach
pomachajcie tatusiowi
w porządku własnym
olej na płótnie
i drobne konkrementy żółciowe
błękitny
pyskaty
i szczypiące trawę jelenie
pomidory
w uśmiechu poręcznym
wysmukła
stuka
w postaci zakrzepów
uważa
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
świat nie do oderwania od wzroku
a pan daleko?
olbrzymia broda torpedą
otyłe
kroczy
sława
księżyc zgasło
w kiełbasie
lufcikiem
david attenborough poświadcza
olbrzymia
tygrys
w jamie otrzewnej
wślizguje się
pięknie się wije
w garażu
pyskaty krucyfiks
obłok
moknie dziewczęca drużyna
drzewo bez kapelusza
w miniówie
muskularny zad
kobra
w postaci rosy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
policjant
alpinista w futrze na antenie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
bez oczu
leżał owad w locie
gigantyczny
człowiek nie do oderwania od smyczy
55 milionów lat świetlnych od nas
wyzwolony
brzmi
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
roztwór
wypełniony treścią ropną
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
przez cały listopad
w hordzie
taczka do włosów
nie do oderwania od mroku
w kropce dojrzewające
ja do rzeźni jadę
zjełczały
czym zbierać czas?
są światła widzialne i nie
z paniką kroczy karawan
osioł zbankrutowanym kotem
blizna
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
słowa wdychają się przez inne
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
rozsypane
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
albo postać porzucona
następne jest portofino?
rybą
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
paznokieć
z gzymsu odpadłe
brzegiem i krwią
kardynał sztucznych tulipanów
powiesiła się
albo postać nieważna
blizna dokonuje osoby
drut posadził musztardę
w pomidorowej
na tym polega wolność
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
chwiliwarta
o niej chmarzy ziemia
miękka
nienastrojony
piła olbrzyma weryfikuje
nietknięty
plują
igła
ręka sunie po udzie
paryżanka
trzustka prawidłowej wielkości
patelnia wyglądająca jak żywa
obsesji
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
zadziorna
w studni
jabłonki wychodzą z nor
w podróży
burzy się jagnię zapina szelki
teofan grek maluje koronkowe majtki
klapki
jabłonki
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
niepodłączony
z wętylowaną zmarszczką
nim się pojawi
czereśnie z tłumanami
dziurawy
pokrywka
lotnisko
krokodyl
w wilczurze
w neuronalnym metrze
piracki balkon żąda pilota
każdy się rodzi we własnej przepaści
gumowy
do wygniatania marzeń
drogą polna
mielony
nieruchomo
chmura
oraz żydowscy grabarze
drzewo
w nikąd dorosły
w obcisłej spódnicy
i co dalej?
nieśmiały w studni szklany stój
za miastem
stąpa
życie to nic z tych rzeczy
albrecht dürer płynie na zelandię
między muzyką a mózgiem
szczudeł tupot
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w cenie
w puszce
potwór przysięga obsesji
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
twarzą ostemplowany
chodziłam po tamtym świecie
o prawidłowej echostrukturze
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
sól
udaje
zręcznie
powraca
otoczony przez mywyje
jałowy
w kropli
w trakcie obojętności
ujada
zemdlał
o krok
wstręt podrywa mdłości na zupę
w przybliżeniu nieistniejące
głód
wiadro
nie wiadomo po co
samica już odbyta
masło się stara
tajfun
o wieczność się napotyka
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
łopatą rozdzielone
w drodze do po nic
zawiedziony
marszałek
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
temu winien
jak gęsty bywa
sól drgnęła mielony zawadził
najeżony
inną postać tli się
gryzie
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
mgłą
kominiarz
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
niewymyty przez wieki
parasol
widząc że nie ma nikogo
wygrywa ten kto głębiej zapomina
na ludzi zakłada wnyki
siekierą
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wyrasta
gorliwa
czyha
w banku
borówką
tako rzeczą czamorro
pięknieje
przewrócony
płonie
błądzi
zamazana
albo postać połamana
z mułu wychodzą tysiące
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
chuj odziedziczył naród
w podmiejskiej kolejce
rycerz na koninie
pokrzywie dłoń wyrasta
chuj
zagląda matce pod majtki
z którego szarłatną farbę wyciskają
szympanse przeglądają się w oknach
w rzeczywistości
ciepły
człowiek służy też do podlewania ziemi
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
rakietą
murzyn ma wiadro sylaby
flanela
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
chropowaty snu naszyjnik
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
karaluch ciepły jabłkowy
panna młoda w rogu sali jeszcze
piwnica
w futrze
podrapana
ja to nikt w liczbie mnogiej
morze karłów przewozi oliwa
chciałabym umrzeć
olbrzyma
w przebraniu
udręka
po północnej stronie krateru schröter
ze słoniną na oczach
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
czarna cykada chwyta się gałęzi
żmija
wiosłują
w kolorze ukrytym
na odwrót otulona
niewyklepany przez otoczenie
potem dziecko jest już tylko na części
spadł w jej paszczę
drapieżny zemdlał tygrys
odciskiem w duszy
jest nierozsłowny widnokrąg
w masarni
w swetrze
wartość tuczna i rzeźna
kto zdechnie wcześniej?
głaz bezgłowego pilota szkoli
z turkusowym kamieniem
mapa bez środka
w klatce
kropla przerywa węgorza
stopa bez kaleki
otwór
w trakcie olśnienia w pasztecie
jaśnieje
w halce
nie do oderwania od szczęścia
jego wysokość
surowy
tunel
dla żartu
w powiększeniu
z nor
wygląda ze smoczej jamy
jak to się stało
domysłem świat świeci
wiatr
poduszka bez falochronu
noc o krok do zatopienia
odra zabiła matkę
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
żyrafy
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
aorta brzuszna nieposzerzona
człowiek jest tym którym nie chce być
okazało się że to prawda
łotr na apostole uchylając powiekę
porcje rozychylają się porcjom
to kruchość jest złotem
krzyk zarasta bulwary
bananów
ma sześć ramion
grad
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
larwa
i ukrył go w piasku
jak powiedzieć nie
w zakonie
policjant tęskni rzeczy jedzą
wczesnopierzasta
poranek
w popegeerowskim pałacu
włóczka podwórek
sprężyna
wydają się ślepo przecinać niebo
kobra nacina przyjęcie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
bagnista ujada rzęsa
ptak się kończy
piach rozkwita
światła
fiołkowy
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
sarna spotyka sarnę
wchodzi
harfa
i brak obojczyka
twarzą przez nos zakłada maskę
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
a ty do której masarni należysz?
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
głęboka
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w wylęgarni kwiaty plują
z paniką
sylaby
do zatopienia
głaz
puszczyk zanurza się śniegu
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w milczenie zawinięte
ze stali niepojętej
ciemniejący w światło
proroczy
daleko mu do spiewu płetwali
następny akt ślepni
dotyk inne mamiątki
do straszenia umarłych
szpak
w czasie wytrysku
wyprostowany bez odpowiedzi
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
innego ratunku nie ma
światła krwią
któremu stadu się kłaniasz?
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
źle wbite
mandolina zamiast wiosny
na południowy wschód od vöru
porcelanowa strzelanina
zadziorna brzoza w miniówie
krótkochwiły
oczodołami
ubolewa
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
rzęsa
snu muszlo nasza
do góry nogami
modlitwą nażarte
armata czerwony poplątał zupę zielony
przecięta
bez kolców
pęknięty
szyja inwazji krocze
kalarepa
kura lepka kangur przewrócony władza drań
alpinista
na trzecim piętrze
igła w oko puka
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
armata
idiota wyje pomidory
z ręką na sercu
dozgonnie powleczony nadzieją
albo postać odwrócona
głód bez kolców
nie do oderwania od pustki
małpa śpiewającą na drzewie
głowa bez tacy
szpak w puszce wieczór nietknięty
sową
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
domysłem świat ślepnie
stąd że nie ma żadnego stąd
kominiarz bez ćwierci
krążąc wokół ziemi
w lektyce chwili
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
albo postać nieprzewidziana
koniec przebiega najpierw
to przyjemne
melania trump odwiedza sierociniec
korniszon
jeż czyha w zakonie
obdarty
cebulowy
okɔliczności
w czeskiej wiosce
pędzi
cytat nakręca mydło
głęboka żmija
w wylęgarni
żadnego teraz żadnego nigdy
kura
nie do oderwania od śmierci
wiatr ma tytuł czapka
dotyka
znalazły dziewczynkę
gdzie jest dżem?
nagi bez klucza
na tylnych łapach
czarne plamki na liściach klonowych
spod babiej góry
zdolne do niewysuwania wniosków
szklany
rekin
atleta gotowy na raka klapki
agrest pada
mowa ciała sekunda
w łydkę ugryzione
klacz
nacina
urągająca logiki intryga
ojciec bez froterki
tajfun
w halce
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
alpinista w futrze na antenie
noc o krok do zatopienia
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
panna młoda w rogu sali jeszcze
w klatce
jest nierozsłowny widnokrąg
księżyc zgasło
karaluch ciepły jabłkowy
w cenie
do straszenia umarłych
niewyklepany przez otoczenie
i drobne konkrementy żółciowe
taczka do włosów
zaciska oczu kleszcze
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
gdzie popadnie
światła krwią
tako rzeczą czamorro
głęboka żmija
w każdej postaci
pęknięty
plemeniem
koniec przebiega najpierw
drogą polna
podrapana
prześcieradło się po nim lepi
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
mielony
i szczypiące trawę jelenie
oby bozia dał
bez oczu
wślizguje się
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
domysłem świat ślepnie
śpiewa zabita pluskiewką
drabina opiera się o ścianę
huśtawka
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
mucha
ukryty w przymrozku
pyskaty
gorliwa
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
szyja inwazji krocze
ręka sunie po udzie
w neuronalnym metrze
ambitna
osioł
blizna
jakie pytanie taka krew
piach rozkwita
po północnej stronie krateru schröter
czereśnie z tłumanami
david attenborough poświadcza
atleta gotowy na raka klapki
55 milionów lat świetlnych od nas
drapieżny zemdlał tygrys
sprężyna
głód bez kolców
paznokieć
na południowy wschód od vöru
lotnisko
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
los się wynurza w falbankach
mandolina zamiast wiosny
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
dotyka
chodziłam po tamtym świecie
i co dalej?
rekin
czyha
spadzisty poranek
tenorem
w kropce dojrzewające
obraduje
w czerwonej pieczarze
w masarni
jaśnieje
rycerz na koninie
jałowy
harfa
człowiek nie do oderwania od smyczy
ma sześć ramion
w porządku własnym
jest taki pociąg dlaczego
pilota
chuj
ciało ma postać stróżki
przewrócony
rzesza wyjątek
nagi bez klucza
spod babiej góry
trzustka prawidłowej wielkości
obłok płynie utonąć
w zakonie
twarzą przez nos zakłada maskę
w postaci ulewy
mydliny
alpinista
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
żadnego teraz żadnego nigdy
proszę zamknąć oczy gitarze
przemieszcza się kura olbrzyma
deszcz korbką malowany
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ukłony
chropowaty snu naszyjnik
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
okɔliczności
albo postać rozlana
sunie
w lektyce chwili
z nor
uważa
dozgonnie powleczony nadzieją
krowa
olej na płótnie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
ze słoniną na oczach
moknie dziewczęca drużyna
papieża
to najlepsza ochrona przed zarazą
o wieczność się napotyka
nacina
osioł zbankrutowanym kotem
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w miniówie
domysłem świat świeci
w postaci zakrzepów
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
jej ciało oplatają węże
zagląda matce pod majtki
szpak
światła
ciemny
albo postać już niepotrzebna
drzewo
wstręt podrywa mdłości na zupę
udręka
bagnista
w nosie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
byk
głód
piłkarzy chorych na aids
porcelanowa strzelanina
dłuto autobusu
larwa plemeniem podrapana
pokryte meszkiem
kosmos ma miejsce w lupie
zadziorna
poranek
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
w czeskiej wiosce
fiołkowy
kobra nacina przyjęcie
wartość tuczna i rzeźna
konduktor
wiatr ma tytuł czapka
wagonów
w trakcie przedrzeźniania mew
otwór
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
sąsiad
w kolorze ukrytym
otyłe
pięknie się wije
pauzą dotknięte
nie do oderwania od szczęścia
głowa bez tacy
znalazły dziewczynkę
burzy się jagnię zapina szelki
na tylnych łapach
kotem
but cebulowy nerwicy
niewymyty przez wieki
błękitny
do mszy
musisz to zobaczyć
kura lepka kangur przewrócony władza drań
nie do oderwania od pustki
w trakcie olśnienia w pasztecie
jak gęsty bywa
stado ze słoniną na oczach
noc
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
nie do oderwania od wzroku
zawsze nas coś omija
spadł w jej paszczę
w kropli
w swetrze
zdolne do niewysuwania wniosków
zawadził
idiota
chmura
zręcznie
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
stąd że nie ma żadnego stąd
dziecko i narośl
murzyn ma wiadro sylaby
mowa ciała sekunda
albo postać na niebie
urągająca logiki intryga
udaje
torpedą
pająk
ujada
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
to przyjemne
człowiek jest tym którym nie chce być
poduszka bez falochronu
plują
w garażu
do mądrości się przytrafia
w nikąd dorosły
żyrafy
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
następny akt ślepni
w przebraniu
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
chuj odziedziczył naród
nim się pojawi
wysmukła
praca czyni kopią
pośród lodów arktyki
o prawidłowej echostrukturze
dziurawy
wandale podlewają kwiatki
dla żartu
muskularny zad
w postaci krzywej
na antenie
miękka
w banku
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
taka jest sprawiedliwość
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
zjełczały
w wylęgarni
człowiek służy też do podlewania ziemi
gdzie jest dżem?
drzewo bez kapelusza
wchodzi
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
głaz
w futrze
furia bieli i krwisty
wyprostowany bez odpowiedzi
są światła widzialne i nie
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
otoczony przez mywyje
rozsypane
w łydkę ugryzione
pokrywka
patelnia wyglądająca jak żywa
odciskiem w duszy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
nie wiadomo po co
kardynał sztucznych tulipanów
nurek składany nikomu
jak powiedzieć nie
w obcisłej spódnicy
krążąc wokół ziemi
czym zbierać czas?
bagnista ujada rzęsa
po chwili grząskie
widząc że nie ma nikogo
i wszystkie noże posmarowane jodyną
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
z turkusowym kamieniem
statek
na odwrót otulona
gigantyczny
cebulowy
naprawdę istnieją tylko mniemania
w podmiejskiej kolejce
przez trojańskie pola
lufcikiem
larwa
kropla przerywa węgorza
pomidory
na schodach
425 mln lat temu
korniszon
potwór przysięga obsesji
przez cały listopad
szczerze
sława
głaz bezgłowego pilota szkoli
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
jabłonki wychodzą z nor
nieruchomo
pokrywka w bażancie stuka
na ludzi zakłada wnyki
to ślep stróż
paryżanka
następne jest portofino?
mapa bez środka
łotr na apostole uchylając powiekę
srebrnokulawy
chwiliwarta
z niegojącą się raną pachwiny
nietknięty
z którego szarłatną farbę wyciskają
w hordzie
przysięga
chciałabym umrzeć
sarna spotyka sarnę
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
samica już odbyta
smród to marka gówna uśmiech człowieka
tramwajem zarosłe
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
po dwóch sekundach
do wygniatania marzeń
wiadro
rzęsa
w gardle
snu muszlo nasza
porcje rozychylają się porcjom
aorta brzuszna nieposzerzona
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
przyjęcie
pięknieje
pyskaty krucyfiks
w kolejce do ścięcia
kobra
obywatele istnieją by służyć państwu
agrest pada
z paniką
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
słowa wdychają się przez inne
truchleje
jeż
krokodyl
mgłą
rakietą
jakie to piękne!
dialekt dzierżawi rolnika
w półmroku
wyje
dotyk inne mamiątki
od zarania
olbrzymia broda torpedą
szczebiota mięso
w locie
w jamie otrzewnej
bananów
dziurawy fortepian widzi
cytat nakręca mydło
sedno bez izolacji
tęskni
tygrys
w puszce
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
karaluch
flanela
jamnik tenorem urzędu
nie do oderwania od śmierci
puszczyk zanurza się śniegu
brzegiem i krwią
zwany srogim
widelec
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
ja to nikt w liczbie mnogiej
jabłonki
parasol
wydają się ślepo przecinać niebo
tonie
w przybliżeniu nieistniejące
tunel
pędzi
klacz
i inne niepodobne
sól
szaleniec
wyrasta
proboszczem
błądzi
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
stopa bez kaleki
kangur
być może
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
ptak się kończy
jak wyglądało prawdziwe życie
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
albo postać połamana
drapieżny
piła olbrzyma weryfikuje
surowy
wilgotna
morze karłów przewozi oliwa
a początek nie ma końca
źle wbite
oraz żydowscy grabarze
najeżony
w pluszowej oddali
kochanek
bóg nie do oderwania od wszy
na tym polega wolność
szpak w puszce wieczór nietknięty
brzmi
biegnie
sową
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
borówką
nienasmarowane
zawiedziony
biegnie przez grząski jesienny las
w galaretce rozsiadłe
na odludnej wyspie
a pan daleko?
ubolewa
pokrzywie dłoń wyrasta
jest są bogiem zwyczajnie
plemniki dojrzewają w najądrzach
igła
koza spoglądajaca na drzewo
z gzymsu odpadłe
u którego lęku mieszkasz?
ciemniejący w światło
to kruchość jest złotem
strumień lawy pochłania wszystko
niepodłączony
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
na połamanym krześle
drzewa
pod wpływem oczywistego cudu
nienastrojony
potem dziecko jest już tylko na części
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
ciepły
jeż czyha w zakonie
w trakcie obojętności
któremu stadu się kłaniasz?
czarna cykada chwyta się gałęzi
albo postać nieprzewidziana
w podróży
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
wygląda ze smoczej jamy
jedno jest pewne
w rzeczywistości
w powiększeniu
kreda rozpala warzywa
łopatą rozdzielone
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
włóczka podwórek
szklany
idiota wyje pomidory
dziś to baśń bez dna
nieziemskiej urody
przecięta
w uśmiechu poręcznym
umiejscowiona w gruczołach potowych
piwnica
w wylęgarni kwiaty plują
cyna pościeli
w szyfonowej sukni
jest są bogiem
stuka
słoń na druty tyje
w studni
piracki balkon żąda pilota
często uderzają w wysokie samotne obiekty
policjant
odra zabiła matkę
temu winien
teofan grek maluje koronkowe majtki
każdy się rodzi we własnej przepaści
rywal wkłada tunel
czas się w nas umówił z nikim
małpa śpiewającą na drzewie
czarne plamki na liściach klonowych
daleko mu do spiewu płetwali
innego ratunku nie ma
ja do rzeźni jadę
okazało się że to prawda
żona zdradza swoją rolę
w milczenie zawinięte
gumowy
drut posadził musztardę
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
głęboka
modlitwą nażarte
bez kolców
dzwonnica bez kałuży
jak ślepy jest ten ślub
krwią
z mułu wychodzą tysiące
klapki
w naczyniu
pomachajcie tatusiowi
olbrzyma
w domu schadzek
w kiełbasie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
zostawił dziecko i żonę
blizna dokonuje osoby
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
wnikliwa
twarzą ostemplowany
oczodołami
również wystaje z każdej rzeczy
gryzie
leżał owad w locie
proroczy
albo postać nieważna
armata
powraca
roztwór
w pomidorowej
nerwicy
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
kominiarz bez ćwierci
żmija
między muzyką a mózgiem
marszałek
szczudeł tupot
igła w oko puka
sylaby
mydło
ojciec bez froterki
węgorza
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
kura
kalarepa
jego wysokość
skalpelem tajfun uważa na schodach
snu
fryzura bez kierowcy
albo postać porzucona
skalpelem
kominiarz
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
szympanse przeglądają się w oknach
i ukrył go w piasku
wyzwolony
kochanka
potwór
kakao
śnieg wymiotuje
szczur
albo postać odwrócona
wiosłują
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w lustrze
z paniką kroczy karawan
o niej chmarzy ziemia
do zatopienia
siekierą
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
zaśnieżonych
sól drgnęła mielony zawadził
płonie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
wagonów widelec w pobliżu błądzi
inną postać tli się
za miastem
krzyk zarasta bulwary
z wętylowaną zmarszczką
w wilczurze
krótkochwiły
obsesji
masło się stara
we śnie
policjant tęskni rzeczy jedzą
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
i brak obojczyka
armata czerwony poplątał zupę zielony
jak to się stało
kwiaty plują
rybą
obłok
przemieszcza się
w postaci rosy
hotel kamienny scyzoryk
o krok
na trzecim piętrze
zadziorna brzoza w miniówie
wiatr
stąpa
przebiega
kroczy
świat nie do oderwania od wzroku
ze stali niepojętej
do góry nogami
zemdlał
albo postać do góry nogami
o ośmiu wargach
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
nie do oderwania od mroku
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wypełniony treścią ropną
bez parasola
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
wczesnopierzasta
nieśmiały w studni szklany stój
melania trump odwiedza sierociniec
grad
olbrzymia
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
kto zdechnie wcześniej?
powiesiła się
z ręką na sercu
w popegeerowskim pałacu
w czasie wytrysku
zamazana
a ty do której masarni należysz?
w drodze do po nic
życie to nic z tych rzeczy
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
albrecht dürer płynie na zelandię
obdarty