krzyk w locie

krzyk zarasta bulwary
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
drzewo bez kapelusza
kochanek
albo postać rozlana
zaśnieżonych
gorliwa
noc
mowa ciała sekunda
sunie
gigantyczny
sarna spotyka sarnę
w trakcie przedrzeźniania mew
pyskaty
hotel kamienny scyzoryk
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sprężyna
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ojciec bez froterki
przebiega
z gzymsu odpadłe
albo postać już niepotrzebna
piwnica
stado ze słoniną na oczach
w łydkę ugryzione
prześcieradło się po nim lepi
o ośmiu wargach
blizna
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w banku
idiota wyje pomidory
krokodyl
zwany srogim
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
nagi bez klucza
błądzi
ze słoniną na oczach
mydliny
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
albo postać nieważna
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
na trzecim piętrze
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
olbrzymia
wyrasta
włóczka podwórek
tramwajem zarosłe
dialekt dzierżawi rolnika
czarne plamki na liściach klonowych
jego wysokość
oczodołami
igła w oko puka
w rzeczywistości
nie do oderwania od pustki
każda kobieta w cieście
to najlepsza ochrona przed zarazą
w jamie otrzewnej
człowiek służy też do podlewania ziemi
dzwonnica bez kałuży
melania trump odwiedza sierociniec
niepodłączony
w powiększeniu
w czerwonej pieczarze
inną postać tli się
kura lepka kangur przewrócony władza drań
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
czas się w nas umówił z nikim
55 milionów lat świetlnych od nas
spadzisty poranek
o wieczność się napotyka
armata
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
po dwóch sekundach
na antenie
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w masarni
człowiek nie do oderwania od smyczy
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
pędzi
drapieżny zemdlał tygrys
teofan grek maluje koronkowe majtki
nietknięty
ubolewa
pokryte meszkiem
kto zdechnie wcześniej?
flanela
sól drgnęła mielony zawadził
jak powiedzieć nie
ambitna
nienasmarowane
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w cenie
plują
otwór
wartość tuczna i rzeźna
skalpelem
przecięta
w gardle
karaluch
słoń na druty tyje
również wystaje z każdej rzeczy
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
zamazana
jest są bogiem zwyczajnie
agrest pada
znalazły dziewczynkę
burzy się jagnię zapina szelki
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
przewrócony
zaciska oczu kleszcze
obywatele istnieją by służyć państwu
paznokieć
masło się stara
kobra nacina przyjęcie
do wygniatania marzeń
na ludzi zakłada wnyki
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
patelnia wyglądająca jak żywa
w drodze do po nic
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
bez oczu
być może
policjant tęskni rzeczy jedzą
i wszystkie noże posmarowane jodyną
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
cebulowy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
jakie pytanie taka krew
szczudeł tupot
chropowaty snu naszyjnik
byk
wyzwolony
kura
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
na odludnej wyspie
jej ciało oplatają węże
kakao
następny akt ślepni
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w puszce
potem dziecko jest już tylko na części
żmija
wiatr ma tytuł czapka
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
nim się pojawi
krążąc wokół ziemi
policjant
nic jej jest
ptak się kończy
do góry nogami
z wętylowaną zmarszczką
piach rozkwita
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
krowa
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
konduktor
z nor
żyrafy
stopa bez kaleki
noc o krok do zatopienia
larwa plemeniem podrapana
kreda rozpala warzywa
chuj
olbrzyma
tajfun
jest taki pociąg dlaczego
płonie
głęboka żmija
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
po chwili grząskie
na odwrót otulona
żona zdradza swoją rolę
nurek składany nikomu
szczebiota mięso
temu winien
kominiarz
wagonów widelec w pobliżu błądzi
tęskni
w zakonie
moknie dziewczęca drużyna
rekin
piłkarzy chorych na aids
księżyc zgasło
u którego lęku mieszkasz?
rzesza wyjątek
kotem
bez parasola
o niej chmarzy ziemia
stąd że nie ma żadnego stąd
nie do oderwania od mroku
do straszenia umarłych
albo postać odwrócona
paryżanka
jedno jest pewne
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
spadł w jej paszczę
chodziłam po tamtym świecie
mandolina zamiast wiosny
lufcikiem
albo postać do góry nogami
na schodach
oby bozia dał
wypełniony treścią ropną
twarzą ostemplowany
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
mgłą
fryzura bez kierowcy
pająk
w naczyniu
bananów
plemeniem
cytat nakręca mydło
kropla przerywa węgorza
ujada
ze stali niepojętej
dziecko i narośl
albo postać porzucona
zawiedziony
dozgonnie powleczony nadzieją
morze karłów przewozi oliwa
bóg nie do oderwania od wszy
larwa
klawesyn praczki trup
olej na płótnie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
trzustka prawidłowej wielkości
zadziorna brzoza w miniówie
w pluszowej oddali
drogą polna
piła olbrzyma weryfikuje
w nikąd dorosły
pod wpływem oczywistego cudu
małpa śpiewającą na drzewie
nienastrojony
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
miękka
widelec
szczerze
jest nierozsłowny widnokrąg
w czasie wytrysku
człowiek jest tym którym nie chce być
harfa
śpiewa zabita pluskiewką
sylaby
rozsypane
klapki
i brak obojczyka
wydają się ślepo przecinać niebo
w halce
dotyka
gumowy
chuj odziedziczył naród
powiesiła się
czereśnie z tłumanami
czym zbierać czas?
rywal wkłada tunel
kobra
w przybliżeniu nieistniejące
ukryty w przymrozku
to ślep stróż
david attenborough poświadcza
szaleniec
na połamanym krześle
od zarania
z turkusowym kamieniem
w szyfonowej sukni
na południowy wschód od vöru
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w galaretce rozsiadłe
szczur
opiera się na niczym
truchleje
statek
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
światła krwią
olbrzymia broda torpedą
podrapana
szympanse przeglądają się w oknach
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w klatce
rzęsa
krwią
puszczyk zanurza się śniegu
twarzą przez nos zakłada maskę
jeż czyha w zakonie
tenorem
a pan daleko?
urągająca logiki intryga
w kiełbasie
stuka
wchodzi
chciałabym umrzeć
wiadro
porcje rozychylają się porcjom
pomachajcie tatusiowi
przysięga
jakie to piękne!
drut posadził musztardę
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w każdej postaci
murzyn ma wiadro sylaby
odra zabiła matkę
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
grad
są światła widzialne i nie
potwór przysięga obsesji
jak to się stało
odciskiem w duszy
drzewa
często uderzają w wysokie samotne obiekty
w postaci zakrzepów
pięknie się wije
udręka
w studni
jak gęsty bywa
albrecht dürer płynie na zelandię
głód
rybą
plemniki dojrzewają w najądrzach
koza spoglądajaca na drzewo
jaśnieje
panna młoda w rogu sali jeszcze
pomidory
żadnego teraz żadnego nigdy
roztwór
brzmi
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
dla żartu
torpedą
któremu stadu się kłaniasz?
w kolorze ukrytym
przyjęcie
w lektyce chwili
klacz
chmura
czarna cykada chwyta się gałęzi
w wylęgarni kwiaty plują
w kropce dojrzewające
pauzą dotknięte
zjełczały
jałowy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
modlitwą nażarte
w pomidorowej
albo postać na niebie
w trakcie olśnienia w pasztecie
proroczy
zdolne do niewysuwania wniosków
armata czerwony poplątał zupę zielony
gryzie
papieża
na tym polega wolność
z ręką na sercu
życie to nic z tych rzeczy
tygrys
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
przemieszcza się
praca czyni kopią
parasol
w neuronalnym metrze
snu muszlo nasza
o krok
w podmiejskiej kolejce
dłuto autobusu
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w podróży
światła
przez trojańskie pola
pokrywka
wiosłują
łopatą rozdzielone
samica już odbyta
przez cały listopad
między muzyką a mózgiem
nieziemskiej urody
wstręt podrywa mdłości na zupę
sedno bez izolacji
w futrze
a początek nie ma końca
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
ciemny
obłok
drabina opiera się o ścianę
do zatopienia
w czeskiej wiosce
szyja inwazji krocze
furia bieli i krwisty
fiołkowy
nieśmiały w studni szklany stój
zemdlał
w kolejce do ścięcia
głowa bez tacy
tonie
obdarty
i inne niepodobne
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
snu
niewymyty przez wieki
osioł
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w postaci rosy
mydło
bez kolców
okazało się że to prawda
w uśmiechu poręcznym
wślizguje się
ciemniejący w światło
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
okɔliczności
obraduje
but cebulowy nerwicy
następne jest portofino?
o prawidłowej echostrukturze
huśtawka
kangur
sól
śnieg wymiotuje
po północnej stronie krateru schröter
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
chwiliwarta
ma sześć ramion
sową
kabaretki maty hari uda
kwiaty plują
ciało ma postać stróżki
jak ślepy jest ten ślub
kroczy
w półmroku
to przyjemne
aorta brzuszna nieposzerzona
jak wyglądało prawdziwe życie
do mszy
powraca
za miastem
uważa
nieruchomo
jeż
proszę zamknąć oczy gitarze
wyprostowany bez odpowiedzi
w nosie
gdzie jest dżem?
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
niewyklepany przez otoczenie
surowy
skalpelem tajfun uważa na schodach
taka jest sprawiedliwość
mielony
w domu schadzek
w lustrze
kalarepa
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
poduszka bez falochronu
biegnie przez grząski jesienny las
głaz
porcelanowa strzelanina
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zawadził
sława
piracki balkon żąda pilota
nie do oderwania od śmierci
drapieżny
daleko mu do spiewu płetwali
musisz to zobaczyć
pilota
wygląda ze smoczej jamy
nacina
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
obłok płynie utonąć
pięknieje
otoczony przez mywyje
rakietą
stąpa
los się wynurza w falbankach
w porządku własnym
głaz bezgłowego pilota szkoli
udaje
i drobne konkrementy żółciowe
marszałek
widząc że nie ma nikogo
domysłem świat świeci
albo postać nieprzewidziana
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
wnikliwa
bagnista
drzewo
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
w wilczurze
smród to marka gówna uśmiech człowieka
na tylnych łapach
błękitny
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
koniec przebiega najpierw
pokrywka w bażancie stuka
cyna pościeli
do mądrości się przytrafia
to kruchość jest złotem
mapa bez środka
w trakcie obojętności
jabłonki
w garażu
bagnista ujada rzęsa
ręka sunie po udzie
jest są bogiem
brzegiem i krwią
tunel
spod babiej góry
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
najeżony
z mułu wychodzą tysiące
szpak
wygrywa ten kto głębiej zapomina
sąsiad
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
siekierą
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
wyje
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
korniszon
taczka do włosów
jamnik tenorem urzędu
wczesnopierzasta
głód bez kolców
w miniówie
alpinista
w przebraniu
źle wbite
tako rzeczą czamorro
słowa wdychają się przez inne
zagląda matce pod majtki
oraz żydowscy grabarze
idiota
rycerz na koninie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
lotnisko
krótkochwiły
i szczypiące trawę jelenie
borówką
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dziś to baśń bez dna
wandale podlewają kwiatki
z paniką
łotr na apostole uchylając powiekę
igła
wiatr
wilgotna
kosmos ma miejsce w lupie
w hordzie
w postaci krzywej
i ukrył go w piasku
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
425 mln lat temu
blizna dokonuje osoby
albo postać połamana
mucha
atleta gotowy na raka klapki
pyskaty krucyfiks
jabłonki wychodzą z nor
muskularny zad
ja to nikt w liczbie mnogiej
gdzie popadnie
w milczenie zawinięte
przemieszcza się kura olbrzyma
wysmukła
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
ukłony
umiejscowiona w gruczołach potowych
srebrnokulawy
karaluch ciepły jabłkowy
świat nie do oderwania od wzroku
innego ratunku nie ma
w kropli
strumień lawy pochłania wszystko
ja do rzeźni jadę
w locie
biegnie
w wylęgarni
zręcznie
dziurawy fortepian widzi
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
proboszczem
otyłe
w popegeerowskim pałacu
obsesji
czyha
i co dalej?
ciepły
zawsze nas coś omija
nerwicy
nie wiadomo po co
nie do oderwania od szczęścia
szpak w puszce wieczór nietknięty
wagonów
pęknięty
szklany
a ty do której masarni należysz?
każdy się rodzi we własnej przepaści
kochanka
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
nie do oderwania od wzroku
poranek
dziurawy
kominiarz bez ćwierci
alpinista w futrze na antenie
węgorza
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
z niegojącą się raną pachwiny
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
deszcz korbką malowany
pokrzywie dłoń wyrasta
w obcisłej spódnicy
w postaci ulewy
w swetrze
naprawdę istnieją tylko mniemania
zadziorna
pośród lodów arktyki
osioł zbankrutowanym kotem
głęboka
we śnie
leżał owad w locie