leżał że mija

leżał owad w locie
nie do oderwania od mroku
w postaci zakrzepów
pod wpływem oczywistego cudu
chuj odziedziczył naród
siekierą
tako rzeczą czamorro
brzmi
wyzwolony
w popłochu
stąpa
rywal wkłada tunel
jest nierozsłowny widnokrąg
igła
między muzyką a mózgiem
dzida
pobożny
solistą
wygląda ze smoczej jamy
o krok
jest taki pociąg dlaczego
roztwór
fiołkowy
to alfons
stój
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
ma sześć ramion
osioł
udręka
na tylnych łapach
nerwicy
ząb proroczy wypada głaz
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
plastelina w swej skromności
jedzą
odciskiem w duszy
osioł zbankrutowanym kotem
wzgórza
gryzie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
wełnę
co rok gorzej z moim francuskim
pokrzywie dłoń wyrasta
drań
w masarni
bóg nie do oderwania od wszy
idiota
pustkę uzupełnia się wiekiem
w futrze
moknie dziewczęca drużyna
nieziemskiej urody
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
jałowy
w klatce
potrząsa
cukierek
korniszon
o niej chmarzy ziemia
brzegiem i krwią
masło się stara
z gzymsu odpadłe
niepodłączony
prześcieradło się po nim lepi
ze słoniną na oczach
kardynał sztucznych tulipanów
przemieszcza się
człowiek jest tym którym nie chce być
wyje
do góry nogami
zjełczały
szpak w puszce wieczór nietknięty
pieskiem
w pluszowej oddali
rycerz na koninie
zawsze nas coś omija
larwa
wyciąganie wniosków prasownie kłów
jakie pytanie taka krew
marszałek
wiatr ma tytuł czapka
ciepły
chuj
murzyn
kangur
w czerwonej pieczarze
nie do oderwania od śmierci
wchodzi
piłkarzy chorych na aids
jabłonki
rybą
w zakonie
rozpadliwa
balkon
cichy
potwór przysięga obsesji
przebiega
parasol
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
podłoga
osoby
w podróży
w podmiejskiej kolejce
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
patykiem wzruszone
głowa bez tacy
kaleka
do zatopienia
jak gęsty bywa
żąda opowieści
w przebraniu
proroczy
policjant
dłuto autobusu
potem dziecko jest już tylko na części
kropla przerywa węgorza
bagnista ujada rzęsa
ubolewa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
zagląda matce pod majtki
słoń na druty tyje
orgazm
któremu stadu się kłaniasz?
mielony
do mądrości się przytrafia
na raka
podrapana
wandale podlewają kwiatki
ujada
śliną ogarnięte
kwiaty
na ludzi zakłada wnyki
jak ślepy jest ten ślub
nienastrojony
pyskaty
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
bezgłowego
alpinista
również wystaje z każdej rzeczy
mucha
wspina się na chwilę
mydliny
pokrywka
na odludnej wyspie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
dziewica w czerwonej kalce rozpoczęta
kominiarz
to ślep stróż
widelec
obraduje
albo postać odwrócona
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
są światła widzialne i nie
biały tygrys w locie
w postaci krzywej
człowiek nie do oderwania od smyczy
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
lepka
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
armata czerwony poplątał zupę zielony
o wieczność się napotyka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
spadł w jej paszczę
sól drgnęła mielony zawadził
fryzura bez kierowcy
rzeka
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
plemeniem
przewrócony
jeż
w kiełbasie
praca czyni kopią
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
igła w oko puka
nie do oderwania od wzroku
byk
czarna cykada chwyta się gałęzi
leżał
zdziwiony
ptak się kończy
przewija się przez sztukę patty chang
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
taka jest sprawiedliwość
otyłe
o ośmiu wargach
okrąża
tunel
brzoza
zadziorna
powodzi
pokryte meszkiem
sową
pełni
flanela
w lustrze
krowa
śpiewa zabita pluskiewką
obskurny
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
gdy pęcherzyk graafa pęknie
czas się w nas umówił z nikim
jakie to piękne!
warzywa
sława
wślizguje się
pająk
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
milczenie
obłok
błądzi
dotyka
o drga u rzeka i los targa
jamnik tenorem urzędu
przerywa
w naczyniu
stado ze słoniną na oczach
kreda rozpala warzywa
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ciszy nieoddające
drabina opiera się o ścianę
lecące mewy
kobra nacina przyjęcie
zamieszany
pięknie się wije
piwnica
w oko
w wilczurze
425 mln lat temu
blizna
w podskokach utwardzone
trup
but cebulowy nerwicy
sedno bez izolacji
plakat
rakietą
z paniką kroczy karawan
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
każde ja ocala 86000000000 zjaw
zawadził
w swetrze
nie wiadomo po co
w garażu
w rzeczywistości
następne jest portofino?
karawan
ciemniejący w światło
jeż czyha w zakonie
drgnęła
policjant tęskni rzeczy jedzą
potwór
w postaci rosy
krewnym
nieprzewidziana
o prawidłowej echostrukturze
krążąc wokół ziemi
wagonów
konduktor
w rogu lepianki
w gardle
rozsypane
w kropce dojrzewające
nim się pojawi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
obłok płynie utonąć
czym zbierać czas?
pomidory
kochanek
koniec przebiega najpierw
jamnik
mgłą
patelnia wyglądająca jak żywa
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
potrąconym zarażone
kura lepka kangur przewrócony władza drań
pęknięty
w klatce czyha
ojciec bez froterki
odwrócona
pomachajcie tatusiowi
wagonów widelec w pobliżu błądzi
olbrzymia broda torpedą
chwiliwarta
okazało się że to prawda
księżyc zgasło
na wardze
cytat
albo postać nieprzewidziana
ja to nikt w liczbie mnogiej
skalpelem
chodziłam po tamtym świecie
bez kolców
do mszy
a pan daleko?
w studni
najeżony
pięknieje
proszę zamknąć oczy
karaluch ciepły jabłkowy
chciałabym umrzeć
głód
morze karłów przewozi oliwa
robotnikowi
przecinka
wypełniony treścią ropną
na południowy wschód od vöru
a ty do której masarni należysz?
klacz
wartość tuczna i rzeźna
do wygniatania marzeń
alpinista w futrze na antenie
udaje
po północnej stronie krateru schröter
albo postać połamana
cyna pościeli
wilgotna
proszę zamknąć oczy gitarze
śnieg wymiotuje
bagnista
otwiera usta
bez parasola
statek
oby bozia dał
chmura
dlatego świat się ulatnia
spadzisty poranek
każdy się rodzi we własnej przepaści
spisuje
szyja inwazji krocze
wysmukła
przysięga
kwiaty śliwy w złotym wazonie
żmija
murzyn ma wiadro sylaby
zemdlał
biegnie
krótkochwiły
sól
w jamie otrzewnej
za miastem
55 milionów lat świetlnych od nas
wierzgające dzikie konie
w milczenie zawinięte
olej na płótnie
sylaby
blizna dokonuje osoby
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
daleko mu do spiewu płetwali
szaleniec
huśtawka
w kropli
w locie
rozlana
ejże i wodorosty
w miniówie
na schodach
snu
podnosi do ust by go ssać
w porządku własnym
piła olbrzyma weryfikuje
paryżanka
pilota
pędzi
zakręca
głaz
gitarze
zaciska oczu kleszcze
porzucona
zwykle pod nosem lub na wardze
kreda
porcelanowa strzelanina
w pomidorowej
sarna spotyka sarnę
cebulowy
tuńczyk
biegnie przez grząski jesienny las
na stertę
dziecko i narośl
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wygrywa ten kto głębiej zapomina
okɔliczności
w puszce
połamana
z mułu wychodzą tysiące
zaśnieżonych
siekierą kangur tęskni na trzecim piętrze miękka sprężyna wchodzi
z ręką na sercu
głęboka
olbrzymia
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
przecięta
7/24
przez cały listopad
tygrys
papieża
zielony
głęboka żmija
z turkusowym kamieniem
poranek
to najlepsza ochrona przed zarazą
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
drzewa
deszcz korbką malowany
tonie
w cenie
w łydkę ugryzione
armata
jego wysokość
wtędy
stąd że nie ma żadnego stąd
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
puka
nieważna
sunie
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
albo postać rozlana
w miłości skulone
porcje rozychylają się porcjom
łopatą rozdzielone
wiadro
szczerze
na czarno
kotem
albo postać porzucona
w czasie wytrysku
szczurowi
w drodze do po nic
temu winien
to kruchość jest złotem
łotr na apostole uchylając powiekę
feniks igrający w czerwonej pieczarze
mapa bez środka
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
to czyste zimno okryte potłuczonym obrazem
drapieżny
krzyk zarasta bulwary
mleczny
płonie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
widok
dziś to baśń bez dna
żyrafy
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
szklany
życie jest jawate i tyle samo warte
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
rekin
noc
zręcznie
drapieżny zemdlał tygrys
w przybliżeniu nieistniejące
jej ciało oplatają węże
burzy się jagnię zapina szelki
krwią
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pośród lodów arktyki
truchleje
często uderzają w wysokie samotne obiekty
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
przyjęcie
w galaretce rozsiadłe
uważa
z nor
porywa
plują
kobra
snu muszlo nasza
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
samowściekłe
słowa wdychają się przez inne
srebrnokulawy
tajfun
smród to marka gówna uśmiech człowieka
muskularny zad
samotne
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
gumowy
w bażancie
zawiedziony
atleta gotowy na raka klapki
brutalnie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
i wszystkie noże posmarowane jodyną
czereśnie z tłumanami
wyprostowany bez odpowiedzi
powraca
wydają się ślepo przecinać niebo
kosmos ma miejsce w lupie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
włosy na piersiach
gdzie jest dżem?
harfa
oczodołami
węgorza
człowiek służy też do podlewania ziemi
skalpelem tajfun uważa na schodach
flądry
owad
jedno jest pewne
albo postać do góry nogami
tramwajem zarosłe
nagi bez klucza
kalarepa
nurek składany nikomu
i drobne konkrementy żółciowe
we śnie
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w obcisłej spódnicy
ciemny
frytki
kroczy
w lektyce chwili
taczka do włosów
z paniką
nadszedł umknęło
wnikliwa
wdowy
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
czyha
ząb
naprawdę istnieją tylko mniemania
szczur
zdolne do niewysuwania wniosków
nie do oderwania od szczęścia
znalazły dziewczynkę
wczesnopierzasta
drzewo bez kapelusza
miękka
z ulicy przywleczone
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
zadziorna brzoza w miniówie
a początek nie ma końca
obdarty
cukierek robotnikowi pieskiem
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
sąsiad
obsesji
obywatele istnieją by służyć państwu
pauzą dotknięte
jest są bogiem
poplątał
albo postać nieważna
plemniki dojrzewają w najądrzach
żadnego teraz żadnego nigdy
czemu ptaki piją?
małpa śpiewającą na drzewie
w banku
odra zabiła matkę
od zarania
szczudeł tupot
celebryta
nieśmiały w studni szklany stój
rzesza wyjątek
umiejscowiona w gruczołach potowych
kwiaty plują
głód bez kolców
porcelanowa
nacina
kura
jak to się stało
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
zamazana
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w szyfonowej sukni
piracki balkon żąda pilota
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
kto zdechnie wcześniej?
nie do oderwania od pustki
lotnisko
albo postać już niepotrzebna
kochanka
jabłonki wychodzą z nor
modlitwą nażarte
kropla
puszczyk zanurza się śniegu
kominiarz bez ćwierci
david attenborough poświadcza
jak wyglądało prawdziwe życie
å po szwedzku
otwór
mydło
dziurawy fortepian widzi
proboszczem
bezimienny
weryfikuje
w wylęgarni kwiaty plują
trzustka prawidłowej wielkości
szympanse przeglądają się w oknach
paznokieć
wypowiada
światła
dialekt dzierżawi rolnika
nieruchomo
poduszka bez falochronu
kikutami wabiące
larwa plemeniem podrapana
wszystkim się brzydzi pomazaniec
nienasmarowane
grad
jacht
stopa bez kaleki
cytat nakręca mydło
klapki
gorliwa
spleśniała
olbrzyma
świat nie do oderwania od wzroku
w postaci ulewy
bananów
rzęsa
twarzą ostemplowany
i brak obojczyka
idzie wzdłuż płotu
u którego lęku mieszkasz?
agrest pada
idź za nim
na antenie
już niepotrzebna
naród
w wylęgarni
karaluch
stuka
kot i mysz w jednej norze
aorta brzuszna nieposzerzona
rozpala
ukłony
zamawia
w kolorze ukrytym
nakręca
przemieszcza się kura olbrzyma
stado
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
czarne plamki na liściach klonowych
fortepian
i szczypiące trawę jelenie
włóczka podwórek
nietknięty
zwleka
wyrasta
melania trump odwiedza sierociniec
dzwonnica bez kałuży
czapka
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
na trzecim piętrze
szpak
źle wbite
koza spoglądajaca na drzewo
torpedą
albo postać na niebie
broda
jest są bogiem zwyczajnie
wiosłują
w hordzie
w neuronalnym metrze
kakao
ja do rzeźni jadę
stosuje
światła krwią
idiota wyje pomidory
głaz bezgłowego pilota szkoli
wiatr
ubrana na czarno
pokrywka w bażancie stuka
borówką
ciało ma postać stróżki
w nosie
bez oczu
jest są
noc o krok do zatopienia
z niegojącą się raną pachwiny
piach rozkwita
strumień lawy pochłania wszystko
szczebiota mięso
szkoli
do straszenia umarłych
tenorem
po chwili grząskie
dziurawy
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w półmroku
nogi
mowa ciała sekunda
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
krokodyl
gigantyczny
sprężyna
na niebie
pyskaty krucyfiks
ślepym podarowane
odziedziczył
po dwóch sekundach
tęskni
ręka sunie po udzie
ambitna
na połamanym krześle
lufcikiem
stygnie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija