masło wiatr

masło się stara
kardynał sztucznych tulipanów
człowiek jest tym którym nie chce być
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
czas się w nas umówił z nikim
chciałabym umrzeć
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
albrecht dürer płynie na zelandię
noc o krok do zatopienia
morze karłów przewozi oliwa
najeżony
żmija
obsesji
w swetrze
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
klacz
o wieczność się napotyka
jakie to piękne!
to ślep stróż
szaleniec
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
potem dziecko jest już tylko na części
kominiarz bez ćwierci
potwór
daleko mu do spiewu płetwali
i brak obojczyka
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
cyna pościeli
wiosłują
w lektyce chwili
w wylęgarni kwiaty plują
bananów
również wystaje z każdej rzeczy
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
zawsze nas coś omija
zjełczały
bóg nie do oderwania od wszy
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nagi bez klucza
bez kolców
niewyklepany przez otoczenie
obdarty
żyrafy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wygląda ze smoczej jamy
nacina
cebulowy
nie do oderwania od mroku
ciemniejący w światło
jak to się stało
jest taki pociąg dlaczego
w uśmiechu poręcznym
obraduje
wydają się ślepo przecinać niebo
hotel kamienny scyzoryk
powiesiła się
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
z gzymsu odpadłe
wyje
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
twarzą przez nos zakłada maskę
głaz bezgłowego pilota szkoli
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
powraca
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
niewymyty przez wieki
o krok
zemdlał
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
szympanse przeglądają się w oknach
być może
ambitna
sprężyna
na południowy wschód od vöru
na odwrót otulona
a ty do której masarni należysz?
szczudeł tupot
zawadził
jamnik tenorem urzędu
spadł w jej paszczę
albo postać na niebie
melania trump odwiedza sierociniec
proboszczem
szpak
wartość tuczna i rzeźna
pod wpływem oczywistego cudu
sunie
fiołkowy
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ciemny
pyskaty
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w neuronalnym metrze
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
do mądrości się przytrafia
bez parasola
oraz żydowscy grabarze
jakie pytanie taka krew
jeż czyha w zakonie
dozgonnie powleczony nadzieją
głaz
idiota wyje pomidory
leżał owad w locie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
głód
w studni
kwiaty plują
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w czasie wytrysku
krótkochwiły
zręcznie
nie wiadomo po co
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
z ręką na sercu
marszałek
oczodołami
stąd że nie ma żadnego stąd
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
krowa
chropowaty snu naszyjnik
ja do rzeźni jadę
porcelanowa strzelanina
mydliny
mydło
następny akt ślepni
śnieg wymiotuje
chuj odziedziczył naród
w przebraniu
włóczka podwórek
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pędzi
rozsypane
rakietą
osioł
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
pokrywka
rzęsa
to kruchość jest złotem
klapki
modlitwą nażarte
często uderzają w wysokie samotne obiekty
deszcz korbką malowany
w kropce dojrzewające
armata
jak wyglądało prawdziwe życie
piracki balkon żąda pilota
jabłonki wychodzą z nor
w trakcie olśnienia w pasztecie
chwiliwarta
człowiek nie do oderwania od smyczy
mandolina zamiast wiosny
w obcisłej spódnicy
borówką
ojciec bez froterki
z paniką kroczy karawan
surowy
z niegojącą się raną pachwiny
w podróży
skalpelem
jest są bogiem zwyczajnie
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
czyha
flanela
w kolorze ukrytym
sylaby
czarna cykada chwyta się gałęzi
w półmroku
w locie
wyzwolony
wandale podlewają kwiatki
olbrzymia
i szczypiące trawę jelenie
ciepły
do góry nogami
blizna
przewrócony
mowa ciała sekunda
do wygniatania marzeń
w czeskiej wiosce
huśtawka
węgorza
ciało ma postać stróżki
w popegeerowskim pałacu
murzyn ma wiadro sylaby
tęskni
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
są światła widzialne i nie
drapieżny
zwany srogim
furia bieli i krwisty
bagnista
rzesza wyjątek
w trakcie przedrzeźniania mew
w przybliżeniu nieistniejące
tramwajem zarosłe
kura
statek
między muzyką a mózgiem
sława
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
karaluch ciepły jabłkowy
alpinista
kosmos ma miejsce w lupie
sową
nienasmarowane
rycerz na koninie
panna młoda w rogu sali jeszcze
albo postać do góry nogami
but cebulowy nerwicy
skalpelem tajfun uważa na schodach
szpak w puszce wieczór nietknięty
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
ptak się kończy
szczur
dziurawy
na ludzi zakłada wnyki
w futrze
dziecko i narośl
otyłe
w klatce
to najlepsza ochrona przed zarazą
słowa wdychają się przez inne
światła krwią
dotyka
w milczenie zawinięte
harfa
z którego szarłatną farbę wyciskają
wysmukła
mgłą
jałowy
w banku
sól
taka jest sprawiedliwość
kura lepka kangur przewrócony władza drań
olbrzymia broda torpedą
kakao
55 milionów lat świetlnych od nas
na trzecim piętrze
biegnie
piach rozkwita
tygrys
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w czerwonej pieczarze
żadnego teraz żadnego nigdy
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
gigantyczny
kangur
snu
znalazły dziewczynkę
udaje
z nor
któremu stadu się kłaniasz?
źle wbite
kobra nacina przyjęcie
lotnisko
dziurawy fortepian widzi
brzmi
odra zabiła matkę
w lustrze
paryżanka
łopatą rozdzielone
stuka
taczka do włosów
sól drgnęła mielony zawadził
i wszystkie noże posmarowane jodyną
to przyjemne
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
w galaretce rozsiadłe
o prawidłowej echostrukturze
płonie
korniszon
wiatr ma tytuł czapka
potwór przysięga obsesji
brzegiem i krwią
grad
larwa plemeniem podrapana
jedno jest pewne
na antenie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
ujada
wnikliwa
jak powiedzieć nie
błękitny
przemieszcza się
rekin
wypełniony treścią ropną
piła olbrzyma weryfikuje
plują
gdzie popadnie
zaciska oczu kleszcze
dziś to baśń bez dna
tonie
przebiega
pomidory
wyprostowany bez odpowiedzi
pokrywka w bażancie stuka
u którego lęku mieszkasz?
wiadro
żona zdradza swoją rolę
w halce
w szyfonowej sukni
podrapana
krwią
w puszce
nie do oderwania od wzroku
w postaci rosy
ja to nikt w liczbie mnogiej
z paniką
łotr na apostole uchylając powiekę
w postaci zakrzepów
głęboka żmija
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
okazało się że to prawda
spadzisty poranek
zawiedziony
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
głód bez kolców
i inne niepodobne
nim się pojawi
w porządku własnym
igła w oko puka
w podmiejskiej kolejce
proroczy
w masarni
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
pięknie się wije
i ukrył go w piasku
wagonów
ręka sunie po udzie
pilota
jaśnieje
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
miękka
jest nierozsłowny widnokrąg
w cenie
mapa bez środka
krzyk zarasta bulwary
albo postać nieważna
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
ze stali niepojętej
fryzura bez kierowcy
w jamie otrzewnej
bez oczu
larwa
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
obywatele istnieją by służyć państwu
szczebiota mięso
drzewo
w hordzie
otwór
kobra
plemniki dojrzewają w najądrzach
w kropli
jej ciało oplatają węże
nie do oderwania od śmierci
w każdej postaci
ubolewa
nieśmiały w studni szklany stój
snu muszlo nasza
pyskaty krucyfiks
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
w garażu
ukryty w przymrozku
głowa bez tacy
nieruchomo
we śnie
drzewa
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
poranek
niepodłączony
kreda rozpala warzywa
zaśnieżonych
drzewo bez kapelusza
w łydkę ugryzione
błądzi
tajfun
dotyk inne mamiątki
przemieszcza się kura olbrzyma
spod babiej góry
trzustka prawidłowej wielkości
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać połamana
sedno bez izolacji
przysięga
mucha
karaluch
koniec przebiega najpierw
krokodyl
odciskiem w duszy
drabina opiera się o ścianę
burzy się jagnię zapina szelki
nurek składany nikomu
muskularny zad
na połamanym krześle
piwnica
w nikąd dorosły
praca czyni kopią
pośród lodów arktyki
pomachajcie tatusiowi
pauzą dotknięte
zamazana
nietknięty
nie do oderwania od pustki
parasol
david attenborough poświadcza
biegnie przez grząski jesienny las
w postaci ulewy
w domu schadzek
w nosie
widząc że nie ma nikogo
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
chuj
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
policjant
pająk
dzwonnica bez kałuży
tenorem
i co dalej?
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ma sześć ramion
okɔliczności
piłkarzy chorych na aids
jego wysokość
proszę zamknąć oczy gitarze
pokryte meszkiem
przecięta
w gardle
noc
paznokieć
kominiarz
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
od zarania
olbrzyma
zadziorna
teofan grek maluje koronkowe majtki
życie to nic z tych rzeczy
a początek nie ma końca
los się wynurza w falbankach
rywal wkłada tunel
idiota
o ośmiu wargach
tako rzeczą czamorro
po chwili grząskie
otoczony przez mywyje
chodziłam po tamtym świecie
krążąc wokół ziemi
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
przez cały listopad
w trakcie obojętności
urągająca logiki intryga
na tylnych łapach
puszczyk zanurza się śniegu
pięknieje
w rzeczywistości
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
moknie dziewczęca drużyna
jak ślepy jest ten ślub
na tym polega wolność
ukłony
inną postać tli się
w drodze do po nic
pęknięty
armata czerwony poplątał zupę zielony
jabłonki
śpiewa zabita pluskiewką
osioł zbankrutowanym kotem
olej na płótnie
plemeniem
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
czereśnie z tłumanami
albo postać porzucona
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
zdolne do niewysuwania wniosków
pokrzywie dłoń wyrasta
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
głęboka
naprawdę istnieją tylko mniemania
w kolejce do ścięcia
i drobne konkrementy żółciowe
bagnista ujada rzęsa
wyrasta
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
jest są bogiem
porcje rozychylają się porcjom
innego ratunku nie ma
do straszenia umarłych
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
wstręt podrywa mdłości na zupę
następne jest portofino?
jeż
obłok
sąsiad
mielony
poduszka bez falochronu
albo postać odwrócona
każdy się rodzi we własnej przepaści
kto zdechnie wcześniej?
czym zbierać czas?
umiejscowiona w gruczołach potowych
widelec
z mułu wychodzą tysiące
koza spoglądajaca na drzewo
samica już odbyta
gryzie
uważa
dla żartu
ze słoniną na oczach
zostawił dziecko i żonę
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
patelnia wyglądająca jak żywa
o niej chmarzy ziemia
oby bozia dał
agrest pada
a pan daleko?
prześcieradło się po nim lepi
kropla przerywa węgorza
słoń na druty tyje
zagląda matce pod majtki
tunel
temu winien
szczerze
dłuto autobusu
blizna dokonuje osoby
dialekt dzierżawi rolnika
księżyc zgasło
aorta brzuszna nieposzerzona
alpinista w futrze na antenie
drapieżny zemdlał tygrys
albo postać rozlana
świat nie do oderwania od wzroku
na odludnej wyspie
gorliwa
z wętylowaną zmarszczką
stopa bez kaleki
albo postać już niepotrzebna
roztwór
do mszy
szyja inwazji krocze
gumowy
srebrnokulawy
kalarepa
po dwóch sekundach
udręka
truchleje
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jak gęsty bywa
kochanek
stado ze słoniną na oczach
w pomidorowej
obłok płynie utonąć
rybą
wślizguje się
czarne plamki na liściach klonowych
drut posadził musztardę
zadziorna brzoza w miniówie
albo postać nieprzewidziana
światła
nienastrojony
policjant tęskni rzeczy jedzą
twarzą ostemplowany
przyjęcie
gdzie jest dżem?
siekierą
wagonów widelec w pobliżu błądzi
lufcikiem
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
do zatopienia
za miastem
w wylęgarni
kroczy
z turkusowym kamieniem
po północnej stronie krateru schröter
igła
stąpa
w wilczurze
chmura
w powiększeniu
w miniówie
przez trojańskie pola
w pluszowej oddali
nerwicy
strumień lawy pochłania wszystko
wilgotna
małpa śpiewającą na drzewie
na schodach
domysłem świat świeci
kotem
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
byk
sarna spotyka sarnę
wczesnopierzasta
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
425 mln lat temu
musisz to zobaczyć
kochanka
torpedą
cytat nakręca mydło
wchodzi
w zakonie
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
drogą polna
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w kiełbasie
w naczyniu
papieża
nie do oderwania od szczęścia
szklany
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w postaci krzywej
smród to marka gówna uśmiech człowieka
konduktor
nieziemskiej urody
atleta gotowy na raka klapki
wiatr