mielony najeżony

mielony
425 mln lat temu
aorta brzuszna nieposzerzona
każdy się rodzi we własnej przepaści
karaluch ciepły jabłkowy
gumowy
następne jest portofino?
sąsiad
tonie
agrest pada
jest taki pociąg dlaczego
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
pokrywka w bażancie stuka
gigantyczny
głęboka
lotnisko
puszczyk zanurza się śniegu
na schodach
pędzi
a ty do której masarni należysz?
jest nierozsłowny widnokrąg
rycerz na koninie
zwykle pod nosem lub na wardze
krwią
albo postać odwrócona
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
samowściekłe
przemieszcza się
szczur
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
skalpelem tajfun uważa na schodach
koza spoglądajaca na drzewo
plemniki dojrzewają w najądrzach
czym zbierać czas?
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
okryte potłuczonym obrazem
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
osioł zbankrutowanym kotem
olbrzyma
drapieżny zemdlał tygrys
zdolne do niewysuwania wniosków
ciepły
blizna
płonie
są światła widzialne i nie
obłok
któremu stadu się kłaniasz?
wagonów widelec w pobliżu błądzi
tuńczyk
w klatce
błądzi
stuka
obraduje
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
masło się stara
pomachajcie tatusiowi
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
stąd że nie ma żadnego stąd
wygląda ze smoczej jamy
jamnik tenorem urzędu
wandale podlewają kwiatki
chciałabym umrzeć
wiadro
zagląda matce pod majtki
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
głód
czyha
z nor
człowiek jest tym którym nie chce być
paryżanka
w banku
po dwóch sekundach
koniec przebiega najpierw
człowiek służy też do podlewania ziemi
zręcznie
blizna dokonuje osoby
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
mucha
drapieżny
świat nie do oderwania od wzroku
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
uważa
chuj odziedziczył naród
jakie pytanie taka krew
wieczność rozpryskujące
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
chuj
często uderzają w wysokie samotne obiekty
w nosie
albo postać porzucona
w łydkę ugryzione
daleko mu do spiewu płetwali
kangur
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
zawadził
rywal wkłada tunel
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
między muzyką a mózgiem
dłuto autobusu
wyzwolony
dotyk inne mamiątki
mydło
a pan daleko?
rozsypane
w cenie
poranek
w drodze do po nic
igła
przemieszcza się kura olbrzyma
paznokieć
z niegojącą się raną pachwiny
wspina się na chwilę
piła olbrzyma weryfikuje
szympanse przeglądają się w oknach
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
pośród lodów arktyki
nienasmarowane
nie do oderwania od śmierci
przebiega
kobra
murzyn ma wiadro sylaby
dziecko i narośl
w podróży
stąpa
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
piwnica
krzyk zarasta bulwary
albo postać już niepotrzebna
prześcieradło się po nim lepi
nie do oderwania od pustki
nieziemskiej urody
55 milionów lat świetlnych od nas
pomidory
o wieczność się napotyka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
piłkarzy chorych na aids
igła w oko puka
tygrys
nieśmiały w studni szklany stój
i drobne konkrementy żółciowe
w wylęgarni
plują
żyrafy
proroczy
olbrzymia
na ludzi zakłada wnyki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
jak gęsty bywa
jej ciało oplatają węże
but cebulowy nerwicy
słoń na druty tyje
przyjęcie
dotyka
tęskni
mgłą
w czerwonej pieczarze
ogromnieje do joktotaktu
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
o krok
cyna pościeli
głaz
wiatr ma tytuł czapka
armata
zdziwiony
jest są bogiem zwyczajnie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
pod wpływem oczywistego cudu
łotr na apostole uchylając powiekę
przez cały listopad
w rzeczywistości
rekin
grad
na tylnych łapach
bez oczu
atleta gotowy na raka klapki
deszcz korbką malowany
korniszon
szczebiota mięso
człowiek nie do oderwania od smyczy
sarna spotyka sarnę
jacht
okazało się że to prawda
o niej chmarzy ziemia
proboszczem
w zakonie
gdzie jest dżem?
w kropli
w galaretce rozsiadłe
albo postać połamana
w naczyniu
flanela
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
nie do oderwania od szczęścia
na odludnej wyspie
nie do oderwania od wzroku
wyrasta
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kto zdechnie wcześniej?
policjant tęskni rzeczy jedzą
klapki
sława
w jamie otrzewnej
wchodzi
wartość tuczna i rzeźna
jakie to piękne!
sunie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
księżyc zgasło
pokrzywie dłoń wyrasta
spadł w jej paszczę
żmija
głowa bez tacy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
udaje
kardynał sztucznych tulipanów
brzegiem i krwią
potwór przysięga obsesji
stopa bez kaleki
gryzie
pokryte meszkiem
gorliwa
do zatopienia
dziurawy fortepian widzi
tajfun
kroczy
w puszce
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
pilota
truchleje
cytat nakręca mydło
w lektyce chwili
jeż czyha w zakonie
bananów
na stertę
mapa bez środka
w czasie wytrysku
ukłony
ślepym podarowane
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
spleśniała
morze karłów przewozi oliwa
alpinista w futrze na antenie
kominiarz bez ćwierci
konduktor
w wilczurze
w postaci rosy
poduszka bez falochronu
david attenborough poświadcza
pięknie się wije
temu winien
miękka
na południowy wschód od vöru
z mułu wychodzą tysiące
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
od zarania
jeż
dzida
śpiewa zabita pluskiewką
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
karaluch
ciało ma postać stróżki
głęboka żmija
modlitwą nażarte
sową
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
osioł
zawsze nas coś omija
z gzymsu odpadłe
szpak w puszce wieczór nietknięty
przecięta
z turkusowym kamieniem
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
okɔliczności
to kruchość jest złotem
pieskiem
snu
szpak
ja to nikt w liczbie mnogiej
zadziorna
idiota
krokodyl
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
tenorem
odciskiem w duszy
kura
za miastem
burzy się jagnię zapina szelki
jak wyglądało prawdziwe życie
larwa plemeniem podrapana
kura lepka kangur przewrócony władza drań
we śnie
pokrywka
albo postać nieprzewidziana
do straszenia umarłych
wyprostowany bez odpowiedzi
o ośmiu wargach
obdarty
znalazły dziewczynkę
w miniówie
potem dziecko jest już tylko na części
cebulowy
kreda rozpala warzywa
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
piach rozkwita
w hordzie
jest są bogiem
jego wysokość
taka jest sprawiedliwość
melania trump odwiedza sierociniec
ubolewa
kominiarz
policjant
na trzecim piętrze
kotem
noc o krok do zatopienia
bez kolców
w milczenie zawinięte
noc
piracki balkon żąda pilota
alpinista
nim się pojawi
jak ślepy jest ten ślub
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
leżał owad w locie
słowa wdychają się przez inne
węgorza
cukierek robotnikowi pieskiem
papieża
w wylęgarni kwiaty plują
huśtawka
kakao
zaciska oczu kleszcze
kochanka
skalpelem
wczesnopierzasta
w locie
w studni
głaz bezgłowego pilota szkoli
sól drgnęła mielony zawadził
wślizguje się
widelec
bez parasola
w szyfonowej sukni
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
nienastrojony
strumień lawy pochłania wszystko
nacina
pięknieje
srebrnokulawy
z paniką
ze słoniną na oczach
źle wbite
z ręką na sercu
w garażu
w kolorze ukrytym
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ojciec bez froterki
ręka sunie po udzie
w kropce dojrzewające
albo postać na niebie
stado ze słoniną na oczach
nieruchomo
głód bez kolców
chmura
chwiliwarta
jałowy
w neuronalnym metrze
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
zakręca
patelnia wyglądająca jak żywa
szklany
statek
w półmroku
snu muszlo nasza
w swetrze
sylaby
mowa ciała sekunda
rzeka
drzewo bez kapelusza
kochanek
ujada
pyskaty
dialekt dzierżawi rolnika
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nie do oderwania od mroku
pająk
czapka
szczerze
czereśnie z tłumanami
po chwili grząskie
kosmos ma miejsce w lupie
w gardle
małpa śpiewającą na drzewie
wydają się ślepo przecinać niebo
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
odra zabiła matkę
ząb proroczy wypada głaz
pyskaty krucyfiks
podrapana
sobą pomazane
obywatele istnieją by służyć państwu
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
żadnego teraz żadnego nigdy
obsesji
potrząsa
nagi bez klucza
kropla przerywa węgorza
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
w powiększeniu
bóg nie do oderwania od wszy
z nadzieją zaślinione
domysłem świat świeci
sprężyna
fryzura bez kierowcy
do mądrości się przytrafia
nerwicy
wilgotna
bagnista ujada rzęsa
jabłonki wychodzą z nor
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
olbrzymia broda torpedą
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
torpedą
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
sól
krążąc wokół ziemi
lufcikiem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
proszę zamknąć oczy gitarze
szyja inwazji krocze
szaleniec
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
porcelanowa strzelanina
rakietą
w porządku własnym
ciemniejący w światło
rybą
powraca
w pomidorowej
kalarepa
po północnej stronie krateru schröter
otyłe
ma sześć ramion
krowa
w postaci zakrzepów
wzgórza
wiosłują
karawan
dzwonnica bez kałuży
niepodłączony
i szczypiące trawę jelenie
w masarni
na antenie
dziurawy
wyje
ciemny
w postaci ulewy
przysięga
szczudeł tupot
tunel
w pluszowej oddali
w kiełbasie
wiatr
trzustka prawidłowej wielkości
w postaci krzywej
taczka do włosów
na wardze
u którego lęku mieszkasz?
drzewa
tako rzeczą czamorro
czarna cykada chwyta się gałęzi
albo postać rozlana
biegnie przez grząski jesienny las
w nigdy umorusana
w przybliżeniu nieistniejące
w lustrze
jabłonki
z paniką kroczy karawan
porcje rozychylają się porcjom
obłok płynie utonąć
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
nietknięty
bagnista
byk
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
do mszy
kwiaty plują
oby bozia dał
albo postać nieważna
a początek nie ma końca
w podmiejskiej kolejce
i brak obojczyka
do góry nogami
na połamanym krześle
do wygniatania marzeń
w domu schadzek
siekierą
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w przebraniu
biegnie
otwór
kobra nacina przyjęcie
rzesza wyjątek
klacz
włóczka podwórek
roztwór
czas się w nas umówił z nikim
przerywa
mydliny
sedno bez izolacji
pęknięty
w futrze
umiejscowiona w gruczołach potowych
o prawidłowej echostrukturze
przenika wtędy
albo postać do góry nogami
dziś to baśń bez dna
wagonów
jedno jest pewne
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
oczodołami
harfa
w miłości skulone
muskularny zad
kaleka
ptak się kończy
wypełniony treścią ropną
w obcisłej spódnicy
brzmi
twarzą ostemplowany
zawiedziony
życie to nic z tych rzeczy
borówką
to ślep stróż
smród to marka gówna uśmiech człowieka
parasol
marszałek
idiota wyje pomidory
na odwrót otulona
zamazana
rzęsa
przewrócony
naprawdę istnieją tylko mniemania
drogą polna
zadziorna brzoza w miniówie
zaśnieżonych
ambitna
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
gdy pęcherzyk graafa pęknie
spadzisty poranek
udręka
krótkochwiły
moknie dziewczęca drużyna
praca czyni kopią
jak to się stało
larwa
wysmukła
zemdlał
łopatą rozdzielone
olej na płótnie
pauzą dotknięte
nurek składany nikomu
światła krwią
armata czerwony poplątał zupę zielony
czarne plamki na liściach klonowych
to najlepsza ochrona przed zarazą
zjełczały
wnikliwa
plemeniem
fiołkowy
ja do rzeźni jadę
również wystaje z każdej rzeczy
drabina opiera się o ścianę
tramwajem zarosłe
światła
śnieg wymiotuje
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
chodziłam po tamtym świecie
nie wiadomo po co
najeżony