nie do oderwania wnyki

nie do oderwania od szczęścia
szczerze
igła w oko puka
marszałek
pyskaty
ręka sunie po udzie
konduktor
skalpelem
albo postać już niepotrzebna
sobą pomazane
samowściekłe
proroczy
albo postać do góry nogami
w porządku własnym
zemdlał
proszę zamknąć oczy gitarze
życie to nic z tych rzeczy
o ośmiu wargach
obłok płynie utonąć
sąsiad
rozsypane
nie do oderwania od mroku
naprawdę istnieją tylko mniemania
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
sól
mucha
szaleniec
szpak
świat nie do oderwania od wzroku
żadnego teraz żadnego nigdy
wyrasta
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ubolewa
ja do rzeźni jadę
źle wbite
rywal wkłada tunel
jak wyglądało prawdziwe życie
tonie
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w galaretce rozsiadłe
na odwrót otulona
policjant tęskni rzeczy jedzą
ukłony
w powiększeniu
łopatą rozdzielone
w masarni
siekierą
węgorza
55 milionów lat świetlnych od nas
światła
wyje
w naczyniu
z nor
obłok
proboszczem
w nigdy umorusana
dłuto autobusu
w pluszowej oddali
snu muszlo nasza
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
poranek
w miniówie
pięknieje
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
za miastem
flanela
chmura
w kropce dojrzewające
kominiarz
księżyc zgasło
wczesnopierzasta
nie wiadomo po co
nienastrojony
w puszce
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
pokryte meszkiem
każdy się rodzi we własnej przepaści
w wylęgarni kwiaty plują
daleko mu do spiewu płetwali
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
osioł
chodziłam po tamtym świecie
rekin
taka jest sprawiedliwość
temu winien
a ty do której masarni należysz?
koza spoglądajaca na drzewo
lotnisko
pomidory
grad
sarna spotyka sarnę
truchleje
pyskaty krucyfiks
wilgotna
trzustka prawidłowej wielkości
w ubiegłej osobie
na południowy wschód od vöru
ojciec bez froterki
to ślep stróż
rybą
jakie pytanie taka krew
błądzi
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
o krok
również wystaje z każdej rzeczy
wiatr
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
harfa
pomachajcie tatusiowi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
głód bez kolców
do góry nogami
śpiewa zabita pluskiewką
z turkusowym kamieniem
do mszy
drzewo bez kapelusza
i wszystkie noże posmarowane jodyną
jej ciało oplatają węże
olbrzymia broda torpedą
u którego lęku mieszkasz?
krążąc wokół ziemi
w kropli
nacina
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w wylęgarni
zaśnieżonych
igła
ze słoniną na oczach
muskularny zad
mielony
nieśmiały w studni szklany stój
kreda rozpala warzywa
jakie to piękne!
czym zbierać czas?
w cenie
kochanka
w futrze
po chwili grząskie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
przysięga
pod wpływem oczywistego cudu
larwa plemeniem podrapana
cukierek robotnikowi pieskiem
we śnie
twarzą ostemplowany
jest są bogiem zwyczajnie
wspina się na chwilę
głęboka żmija
przebiega
wartość tuczna i rzeźna
piwnica
w klatce
na odludnej wyspie
nienasmarowane
w drodze do po nic
w rzeczywistości
śnieg wymiotuje
gorliwa
zręcznie
cyna pościeli
obywatele istnieją by służyć państwu
piłkarzy chorych na aids
tygrys
wślizguje się
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
piach rozkwita
karaluch ciepły jabłkowy
widelec
krowa
tęskni
szczudeł tupot
rycerz na koninie
alpinista w futrze na antenie
dziurawy
małpa śpiewającą na drzewie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
i drobne konkrementy żółciowe
plemeniem
potrząsa
skalpelem tajfun uważa na schodach
modlitwą nażarte
dziurawy fortepian widzi
nie do oderwania od wzroku
jest są bogiem
wygrywa ten kto głębiej zapomina
wyprostowany bez odpowiedzi
jacht
tunel
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
ptak się kończy
statek
szczebiota mięso
spleśniała
i inne niepodobne
i brak obojczyka
w łydkę ugryzione
chuj
okazało się że to prawda
odciskiem w duszy
w czasie wytrysku
sława
to najlepsza ochrona przed zarazą
paznokieć
kaleka
wieczność rozpryskujące
bez oczu
przewrócony
okryte potłuczonym obrazem
wygląda ze smoczej jamy
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
ciało ma postać stróżki
ząb proroczy wypada głaz
plują
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w domu schadzek
wysmukła
bagnista ujada rzęsa
morze karłów przewozi oliwa
zadziorna
ma sześć ramion
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
samica już odbyta
kosmos ma miejsce w lupie
stuka
but cebulowy nerwicy
oby bozia dał
ciemniejący w światło
mowa ciała sekunda
domysłem świat świeci
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
wydają się ślepo przecinać niebo
stąd że nie ma żadnego stąd
w wilczurze
płonie
olej na płótnie
ja to nikt w liczbie mnogiej
dotyka
z nadzieją zaślinione
głaz bezgłowego pilota szkoli
jak ślepy jest ten ślub
bez kolców
w nosie
głęboka
stopa bez kaleki
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w zakonie
o niej chmarzy ziemia
w półmroku
dotyk inne mamiątki
wandale podlewają kwiatki
na tylnych łapach
żmija
na wardze
od zarania
zagląda matce pod majtki
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
pośród lodów arktyki
pędzi
idiota
słowa wdychają się przez inne
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
puszczyk zanurza się śniegu
byk
karaluch
czas się w nas umówił z nikim
następne jest portofino?
ogromnieje do joktotaktu
noc
drabina opiera się o ścianę
nim się pojawi
borówką
wiadro
w postaci ulewy
po północnej stronie krateru schröter
potwór przysięga obsesji
w przybliżeniu nieistniejące
burzy się jagnię zapina szelki
tramwajem zarosłe
jest są
piła olbrzyma weryfikuje
z mułu wychodzą tysiące
wiosłują
czarne plamki na liściach klonowych
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
światła krwią
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
larwa
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
krwią
szpak w puszce wieczór nietknięty
głód
jeż
w kiełbasie
zjełczały
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
drapieżny
z gzymsu odpadłe
między muzyką a mózgiem
wypełniony treścią ropną
szyja inwazji krocze
jabłonki
olbrzyma
armata
w hordzie
człowiek jest tym którym nie chce być
strumień lawy pochłania wszystko
dzwonnica bez kałuży
krzyk zarasta bulwary
moknie dziewczęca drużyna
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie otyle
jałowy
armata czerwony poplątał zupę zielony
roztwór
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
nieziemskiej urody
zakręca
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
z ręką na sercu
włóczka podwórek
w lustrze
bananów
korniszon
czarna cykada chwyta się gałęzi
do straszenia umarłych
pająk
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
brzegiem i krwią
zamazana
zawsze nas coś omija
sprężyna
chwiliwarta
porcelanowa strzelanina
david attenborough poświadcza
huśtawka
plemniki dojrzewają w najądrzach
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
umiejscowiona w gruczołach potowych
w neuronalnym metrze
z paniką kroczy karawan
musisz to zobaczyć
425 mln lat temu
policjant
przemieszcza się kura olbrzyma
udręka
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
pęknięty
pokrywka w bażancie stuka
w przebraniu
o wieczność się napotyka
tajfun
na stertę
blizna
ambitna
oczodołami
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w pomidorowej
piracki balkon żąda pilota
kto zdechnie wcześniej?
zwykle pod nosem lub na wardze
otoczony przez mywyje
dziecko i narośl
głowa bez tacy
sól drgnęła mielony zawadził
to kruchość jest złotem
i szczypiące trawę jelenie
w studni
w postaci krzywej
porcje rozychylają się porcjom
do zatopienia
niepodłączony
kakao
obdarty
deszcz korbką malowany
jeż czyha w zakonie
wiatr ma tytuł czapka
blizna dokonuje osoby
kropla przerywa węgorza
w lektyce chwili
brzmi
rzesza wyjątek
kardynał sztucznych tulipanów
nagi bez klucza
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
klacz
głaz
dzida
nurek składany nikomu
gdzie jest dżem?
smród to marka gówna uśmiech człowieka
chciałabym umrzeć
kwiaty plują
w szyfonowej sukni
drapieżny zemdlał tygrys
fryzura bez kierowcy
cebulowy
papieża
w postaci zakrzepów
na antenie
albo postać nieważna
nieruchomo
pokrywka
prześcieradło się po nim lepi
znalazły dziewczynkę
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
mydło
drogą polna
jego wysokość
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
jest nierozsłowny widnokrąg
do mądrości się przytrafia
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
obsesji
albo postać na niebie
praca czyni kopią
zawiedziony
w kolorze ukrytym
tenorem
podrapana
pilota
srebrnokulawy
zdolne do niewysuwania wniosków
po dwóch sekundach
otwór
w postaci rosy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w obcisłej spódnicy
torpedą
taczka do włosów
atleta gotowy na raka klapki
leżał owad w locie
jest taki pociąg dlaczego
bagnista
dozgonnie powleczony nadzieją
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
drzewa
koniec przebiega najpierw
i wę że
w gardle
mgłą
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
pokrzywie dłoń wyrasta
paryżanka
stado ze słoniną na oczach
otyle
czyha
odra zabiła matkę
albo postać połamana
potem dziecko jest już tylko na części
w banku
chuj odziedziczył naród
mapa bez środka
inną postać tli się
dialekt dzierżawi rolnika
wyzwolony
noc o krok do zatopienia
gdy pęcherzyk graafa pęknie
o prawidłowej echostrukturze
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
miękka
fiołkowy
pauzą dotknięte
albo postać nieprzewidziana
nerwicy
sunie
a początek nie ma końca
masło się stara
lufcikiem
w miłości skulone
sedno bez izolacji
rzęsa
na połamanym krześle
do wygniatania marzeń
są światła widzialne i nie
szympanse przeglądają się w oknach
zadziorna brzoza w miniówie
ślepym podarowane
idiota wyje pomidory
w podmiejskiej kolejce
gryzie
nie do oderwania od śmierci
przez cały listopad
przemieszcza się
mandolina zamiast wiosny
kominiarz bez ćwierci
albo postać rozlana
murzyn ma wiadro sylaby
aorta brzuszna nieposzerzona
krokodyl
wagonów
alpinista
patelnia wyglądająca jak żywa
z niegojącą się raną pachwiny
biegnie
snu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kura
szczur
karawan
przecięta
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w swetrze
łotr na apostole uchylając powiekę
kobra nacina przyjęcie
ciemny
w milczenie zawinięte
sylaby
ciepły
w czerwonej pieczarze
w locie
rakietą
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
słoń na druty tyje
uważa
nie do oderwania od pustki
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jabłonki wychodzą z nor
na schodach
kochanek
bóg nie do oderwania od wszy
panna młoda w rogu sali jeszcze
kobra
bez parasola
żyrafy
stąpa
okɔliczności
zawadził
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać porzucona
kotem
jak to się stało
z paniką
jamnik tenorem urzędu
w jamie otrzewnej
parasol
pieskiem
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
albo postać odwrócona
powraca
melania trump odwiedza sierociniec
wnikliwa
często uderzają w wysokie samotne obiekty
w podróży
któremu stadu się kłaniasz?
udaje
wzgórza
człowiek nie do oderwania od smyczy
przerywa
czereśnie z tłumanami
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
zdziwiony
jedno jest pewne
gigantyczny
dziś to baśń bez dna
mydliny
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
jak gęsty bywa
kalarepa
wchodzi
kroczy
wagonów widelec w pobliżu błądzi
kangur
pięknie się wije
ujada
osioł zbankrutowanym kotem
spadzisty poranek
na trzecim piętrze
biegnie przez grząski jesienny las
a pan daleko?
przenika wtędy
w każdej postaci
cytat nakręca mydło
olbrzymia
najeżony
agrest pada
klapki
sową
gumowy
krótkochwiły
poduszka bez falochronu
w garażu
szklany
spadł w jej paszczę
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
obraduje
przyjęcie
tuńczyk
otyłe
nietknięty
zaciska oczu kleszcze
tako rzeczą czamorro
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
na ludzi zakłada wnyki