nie ma rozsypane

nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
papieża
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
nieśmiały w studni szklany stój
koniec przebiega najpierw
prześcieradło się po nim lepi
w zakonie
wyrasta
temu winien
czarne plamki na liściach klonowych
w pluszowej oddali
bagnista ujada rzęsa
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
żyrafy
albo postać połamana
karaluch
wagonów widelec w pobliżu błądzi
melania trump odwiedza sierociniec
oraz żydowscy grabarze
najeżony
głaz bezgłowego pilota szkoli
w hordzie
jest nierozsłowny widnokrąg
w wylęgarni
nieziemskiej urody
wagonów
teofan grek maluje koronkowe majtki
chuj odziedziczył naród
w masarni
szczerze
modlitwą nażarte
igła w oko puka
albo postać porzucona
powiesiła się
jamnik tenorem urzędu
dotyka
spadzisty poranek
obłok
armata czerwony poplątał zupę zielony
z gzymsu odpadłe
w lustrze
w kiełbasie
do wygniatania marzeń
mandolina zamiast wiosny
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
niewyklepany przez otoczenie
bagnista
wchodzi
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
czym zbierać czas?
kura
wnikliwa
policjant
z wętylowaną zmarszczką
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
błądzi
jak gęsty bywa
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
człowiek nie do oderwania od smyczy
ukłony
konduktor
wyprostowany bez odpowiedzi
jakie pytanie taka krew
wydają się ślepo przecinać niebo
człowiek jest tym którym nie chce być
przecięta
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
na odludnej wyspie
krokodyl
dziecko i narośl
w wilczurze
naprawdę istnieją tylko mniemania
zadziorna brzoza w miniówie
obywatele istnieją by służyć państwu
piła olbrzyma weryfikuje
murzyn ma wiadro sylaby
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
odra zabiła matkę
mapa bez środka
w swetrze
zawsze nas coś omija
wiatr ma tytuł czapka
domysłem świat świeci
bez kolców
surowy
obraduje
kochanka
blizna dokonuje osoby
jak wyglądało prawdziwe życie
nerwicy
sława
mgłą
potem dziecko jest już tylko na części
z turkusowym kamieniem
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
morze karłów przewozi oliwa
bez oczu
i drobne konkrementy żółciowe
muskularny zad
w postaci ulewy
wyje
z niegojącą się raną pachwiny
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
umiejscowiona w gruczołach potowych
w cenie
o niej chmarzy ziemia
stuka
do mądrości się przytrafia
osioł zbankrutowanym kotem
w trakcie olśnienia w pasztecie
w czeskiej wiosce
wiatr
kominiarz
zaciska oczu kleszcze
atleta gotowy na raka klapki
chmura
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
światła
nie do oderwania od wzroku
śnieg wymiotuje
drzewo bez kapelusza
albo postać już niepotrzebna
bóg nie do oderwania od wszy
oczodołami
następne jest portofino?
widelec
w milczenie zawinięte
udaje
w studni
często uderzają w wysokie samotne obiekty
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
kwiaty plują
tygrys
szczudeł tupot
pięknie się wije
pokrywka
w czasie wytrysku
głowa bez tacy
gryzie
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
taka jest sprawiedliwość
kropla przerywa węgorza
musisz to zobaczyć
kosmos ma miejsce w lupie
co to jest jak
dziurawy
trzustka prawidłowej wielkości
w przybliżeniu nieistniejące
kroczy
sąsiad
skalpelem tajfun uważa na schodach
osioł
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
dialekt dzierżawi rolnika
ciemniejący w światło
między muzyką a mózgiem
krwią
armata
jaśnieje
żadnego teraz żadnego nigdy
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
praca czyni kopią
głęboka żmija
nie wiadomo po co
szpak
to najlepsza ochrona przed zarazą
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
i inne niepodobne
w halce
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
ujada
przemieszcza się
jabłonki
każdy się rodzi we własnej przepaści
o prawidłowej echostrukturze
zemdlał
albo postać rozlana
poranek
okɔliczności
głęboka
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
pędzi
statek
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
lotnisko
mowa ciała sekunda
i pękają wszechściany
w podmiejskiej kolejce
grad
dłuto autobusu
tonie
albo postać na niebie
czereśnie z tłumanami
na schodach
życie to nic z tych rzeczy
leżał owad w locie
w kropce dojrzewające
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
zadziorna
jedno jest pewne
miękka
księżyc zgasło
strumień lawy pochłania wszystko
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
wysmukła
w trakcie obojętności
o krok
jabłonki wychodzą z nor
nagi bez klucza
ma sześć ramion
nie do oderwania od pustki
ręka sunie po udzie
obsesji
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
tajfun
gumowy
stado ze słoniną na oczach
gorliwa
drogą polna
od zarania
gdzie jest dżem?
w czerwonej pieczarze
ojciec bez froterki
pająk
łotr na apostole uchylając powiekę
w podróży
pokrzywie dłoń wyrasta
wstręt podrywa mdłości na zupę
stąpa
proszę zamknąć oczy gitarze
śpiewa zabita pluskiewką
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w naczyniu
drzewo
klapki
ubolewa
na południowy wschód od vöru
drapieżny zemdlał tygrys
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
biegnie przez grząski jesienny las
olbrzymia broda torpedą
larwa
krótkochwiły
a początek nie ma końca
znalazły dziewczynkę
wandale podlewają kwiatki
światła krwią
chropowaty snu naszyjnik
rzęsa
ja to nikt w liczbie mnogiej
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
są światła widzialne i nie
pięknieje
wypełniony treścią ropną
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
błękitny
nieruchomo
kominiarz bez ćwierci
w garażu
przez cały listopad
człowiek służy też do podlewania ziemi
w locie
spadł w jej paszczę
ja do rzeźni jadę
zawiedziony
harfa
tenorem
nim się pojawi
patelnia wyglądająca jak żywa
okazało się że to prawda
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
do mszy
w popegeerowskim pałacu
w rzeczywistości
twarzą ostemplowany
sylaby
jak powiedzieć nie
w przebraniu
dzwonnica bez kałuży
żmija
rybą
albo postać nieważna
wiadro
rycerz na koninie
koza spoglądajaca na drzewo
jej ciało oplatają węże
jeż
niewymyty przez wieki
we śnie
która jajowodem zmierza
sól
albo postać odwrócona
w gardle
rzesza wyjątek
cyna pościeli
rywal wkłada tunel
pomidory
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
dla żartu
w domu schadzek
również wystaje z każdej rzeczy
jest są bogiem
stąd że nie ma żadnego stąd
425 mln lat temu
chodziłam po tamtym świecie
w kolorze ukrytym
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
albo postać nieprzewidziana
fryzura bez kierowcy
płonie
w futrze
drzewa
olej na płótnie
słowa wdychają się przez inne
nurek składany nikomu
pyskaty
w uśmiechu poręcznym
proboszczem
głód bez kolców
tako rzeczą czamorro
igła
przepaść w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięta
w półmroku
piłkarzy chorych na aids
cebulowy
kalarepa
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
kto zdechnie wcześniej?
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
nienasmarowane
na tylnych łapach
po północnej stronie krateru schröter
siekierą
piracki balkon żąda pilota
aorta brzuszna nieposzerzona
zdolne do niewysuwania wniosków
kakao
na trzecim piętrze
czas się w nas umówił z nikim
bez parasola
jak to się stało
innego ratunku nie ma
jałowy
dozgonnie powleczony nadzieją
sedno bez izolacji
świat nie do oderwania od wzroku
klacz
albo postać do góry nogami
plują
55 milionów lat świetlnych od nas
wślizguje się
lufcikiem
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
larwa plemeniem podrapana
daleko mu do spiewu płetwali
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
pauzą dotknięte
głaz
zręcznie
piwnica
parasol
pomachajcie tatusiowi
do zatopienia
słoń na druty tyje
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
borówką
w banku
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
pod wpływem oczywistego cudu
zaśnieżonych
huśtawka
samica już odbyta
przemieszcza się kura olbrzyma
na ludzi zakłada wnyki
masło się stara
mielony
ze stali niepojętej
szklany
otoczony przez mywyje
gdzie popadnie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
i ukrył go w piasku
a ty do której masarni należysz?
a pan daleko?
na połamanym krześle
otwór
na odwrót otulona
w łydkę ugryzione
ciepły
sprężyna
karaluch ciepły jabłkowy
to ślep stróż
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
wilgotna
z ręką na sercu
burzy się jagnię zapina szelki
plemniki dojrzewają w najądrzach
kangur
ze słoniną na oczach
i co dalej?
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
blizna
mucha
nie do oderwania od mroku
snu
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
fiołkowy
pośród lodów arktyki
panna młoda w rogu sali jeszcze
idiota wyje pomidory
w pomidorowej
korniszon
w kropli
następny akt ślepni
pies ją dopadł
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
drabina opiera się o ścianę
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
poduszka bez falochronu
plemeniem
być może
marszałek
w jamie otrzewnej
któremu stadu się kłaniasz?
do straszenia umarłych
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
nietknięty
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
pęknięty
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
jak ślepy jest ten ślub
łopatą rozdzielone
w nosie
agrest pada
szpak w puszce wieczór nietknięty
pilota
porcelanowa strzelanina
pokryte meszkiem
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
bananów
snu muszlo nasza
na tym polega wolność
u którego lęku mieszkasz?
kobra nacina przyjęcie
paryżanka
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
zagląda matce pod majtki
sunie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
pyskaty krucyfiks
rekin
niepodłączony
tęskni
zamazana
krowa
wtędy wplątane
porcje rozychylają się porcjom
urągająca logiki intryga
szczebiota mięso
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
tramwajem zarosłe
w lektyce chwili
szaleniec
do góry nogami
moknie dziewczęca drużyna
zwany srogim
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
ptak się kończy
w wylęgarni kwiaty plują
w postaci zakrzepów
szyja inwazji krocze
dziurawy fortepian widzi
każda kobieta w cieście
i wszystkie noże posmarowane jodyną
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
drapieżny
szympanse przeglądają się w oknach
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
obłok płynie utonąć
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
stopa bez kaleki
o wieczność się napotyka
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w postaci rosy
wiosłują
w obcisłej spódnicy
ambitna
chwiliwarta
hotel kamienny scyzoryk
srebrnokulawy
nie do oderwania od śmierci
paznokieć
w szyfonowej sukni
brzmi
mydło
jeż czyha w zakonie
z mułu wychodzą tysiące
widząc że nie ma nikogo
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
byk
nienastrojony
w trakcie przedrzeźniania mew
albrecht dürer płynie na zelandię
w trakcie dochodzenia do blasku
powraca
spod babiej góry
krążąc wokół ziemi
policjant tęskni rzeczy jedzą
w powiększeniu
jego wysokość
i brak obojczyka
nie do oderwania od szczęścia
przysięga
wyzwolony
deszcz korbką malowany
źle wbite
podrapana
brzegiem i krwią
olbrzyma
chuj
w nikąd dorosły
uważa
na antenie
dziś to baśń bez dna
ciemny
włóczka podwórek
wygląda ze smoczej jamy
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w neuronalnym metrze
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
jest są bogiem zwyczajnie
piach rozkwita
cytat nakręca mydło
sól drgnęła mielony zawadził
truchleje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
po dwóch sekundach
kreda rozpala warzywa
obdarty
wczesnopierzasta
mydliny
noc
w kolejce do ścięcia
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
o ośmiu wargach
kura lepka kangur przewrócony władza drań
otyłe
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
twarzą przez nos zakłada maskę
smród to marka gówna uśmiech człowieka
olbrzymia
w klatce
i szczypiące trawę jelenie
czyha
sową
taczka do włosów
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pokrywka w bażancie stuka
puszczyk zanurza się śniegu
los się wynurza w falbankach
za miastem
przewrócony
kochanek
oby bozia dał
wygrywa ten kto głębiej zapomina
szczur
węgorza
gigantyczny
noc o krok do zatopienia
kotem
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
zawadził
w galaretce rozsiadłe
alpinista w futrze na antenie
w postaci krzywej
krzyk zarasta bulwary
potwór przysięga obsesji
małpa śpiewającą na drzewie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
torpedą
wartość tuczna i rzeźna
kobra
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
alpinista
inną postać tli się
chciałabym umrzeć
udręka
przebiega
zjełczały
po chwili grząskie
jest taki pociąg dlaczego
ciało ma postać stróżki
w puszce
but cebulowy nerwicy
jakie to piękne!
czarna cykada chwyta się gałęzi
odciskiem w duszy
rakietą
z nor
ukryty w przymrozku
przez trojańskie pola
biegnie
drut posadził musztardę
flanela
idiota
skalpelem
z paniką
w porządku własnym
david attenborough poświadcza
to kruchość jest złotem
w drodze do po nic
w każdej postaci
sarna spotyka sarnę
głód
w miniówie
rozsypane