nietknięty zad

nietknięty
w każdej postaci
we śnie
gorliwa
cytat nakręca mydło
rzęsa
albo postać rozlana
obdarty
alpinista w futrze na antenie
rozsypane
i ukrył go w piasku
w trakcie przedrzeźniania mew
rekin
jałowy
korniszon
pilota
spadzisty poranek
pod wpływem oczywistego cudu
ukłony
słowa wdychają się przez inne
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
wyrasta
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
na południowy wschód od vöru
moknie dziewczęca drużyna
drzewo
brzmi
głęboka żmija
bagnista
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
na schodach
sedno bez izolacji
425 mln lat temu
sylaby
w kiełbasie
po dwóch sekundach
tenorem
paryżanka
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
domysłem świat świeci
w wylęgarni
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
i inne niepodobne
zadziorna
hotel kamienny scyzoryk
nienasmarowane
fiołkowy
szympanse przeglądają się w oknach
ambitna
jabłonki
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
mandolina zamiast wiosny
czym zbierać czas?
jest taki pociąg dlaczego
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jamnik tenorem urzędu
a pan daleko?
o wieczność się napotyka
grad
na antenie
szpak w puszce wieczór nietknięty
leżał owad w locie
papieża
tunel
kominiarz
taczka do włosów
do góry nogami
w banku
a ty do której masarni należysz?
harfa
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
małpa śpiewającą na drzewie
jak ślepy jest ten ślub
kropla przerywa węgorza
sól
olbrzymia broda torpedą
nie do oderwania od mroku
piwnica
to kruchość jest złotem
flanela
albo postać nieważna
są światła widzialne i nie
w trakcie dochodzenia do blasku
śpiewa zabita pluskiewką
w postaci zakrzepów
zawadził
źle wbite
tramwajem zarosłe
pyskaty
ja to nikt w liczbie mnogiej
kakao
proszę zamknąć oczy gitarze
krokodyl
igła w oko puka
deszcz korbką malowany
pająk
wyje
krwią
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ciemniejący w światło
życie to nic z tych rzeczy
wczesnopierzasta
zjełczały
murzyn ma wiadro sylaby
masło się stara
w porządku własnym
dzwonnica bez kałuży
mielony
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ciało ma postać stróżki
wygląda ze smoczej jamy
w cenie
obłok płynie utonąć
torpedą
i szczypiące trawę jelenie
skalpelem tajfun uważa na schodach
co to jest jak
zawiedziony
głaz
w studni
parasol
mucha
tajfun
wypełniony treścią ropną
zaciska oczu kleszcze
osioł
szczebiota mięso
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
każda kobieta w cieście
powiesiła się
gryzie
na tylnych łapach
drabina opiera się o ścianę
poranek
w trakcie olśnienia w pasztecie
piła olbrzyma weryfikuje
kominiarz bez ćwierci
nerwicy
atleta gotowy na raka klapki
pokrywka
z mułu wychodzą tysiące
do wygniatania marzeń
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
truchleje
panna młoda w rogu sali jeszcze
olbrzyma
armata czerwony poplątał zupę zielony
ze stali niepojętej
obywatele istnieją by służyć państwu
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
albo postać porzucona
zaśnieżonych
głęboka
ja do rzeźni jadę
włóczka podwórek
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
samica już odbyta
przebiega
w swetrze
stado ze słoniną na oczach
jej ciało oplatają węże
naprawdę istnieją tylko mniemania
w lektyce chwili
zagląda matce pod majtki
chwiliwarta
dla żartu
bez oczu
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
czarne plamki na liściach klonowych
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
przecięta
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
mowa ciała sekunda
obraduje
otoczony przez mywyje
piracki balkon żąda pilota
zawsze nas coś omija
idiota
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
srebrnokulawy
pokrywka w bażancie stuka
surowy
jak wyglądało prawdziwe życie
wtędy wplątane
za miastem
z ręką na sercu
każdy się rodzi we własnej przepaści
albo postać połamana
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w hordzie
w nosie
nie do oderwania od śmierci
sól drgnęła mielony zawadził
w locie
podrapana
morze karłów przewozi oliwa
oraz żydowscy grabarze
blizna
marszałek
o ośmiu wargach
dozgonnie powleczony nadzieją
jaśnieje
do mszy
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
jabłonki wychodzą z nor
ukryty w przymrozku
niewymyty przez wieki
czas się w nas umówił z nikim
rakietą
tako rzeczą czamorro
zemdlał
noc o krok do zatopienia
los się wynurza w falbankach
a początek nie ma końca
obsesji
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
kotem
praca czyni kopią
olbrzymia
albo postać na niebie
potem dziecko jest już tylko na części
i brak obojczyka
nagi bez klucza
pokryte meszkiem
biegnie
chropowaty snu naszyjnik
dialekt dzierżawi rolnika
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
między muzyką a mózgiem
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
szczerze
plemniki dojrzewają w najądrzach
kobra nacina przyjęcie
proboszczem
borówką
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
rzesza wyjątek
melania trump odwiedza sierociniec
bagnista ujada rzęsa
sąsiad
pęknięty
ojciec bez froterki
lotnisko
innego ratunku nie ma
niewyklepany przez otoczenie
snu
powraca
modlitwą nażarte
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
jego wysokość
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
patelnia wyglądająca jak żywa
głowa bez tacy
albo postać już niepotrzebna
od zarania
koza spoglądajaca na drzewo
nieziemskiej urody
ma sześć ramion
następne jest portofino?
idiota wyje pomidory
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
po chwili grząskie
otyłe
mapa bez środka
świat nie do oderwania od wzroku
chuj
kura
sową
wandale podlewają kwiatki
w postaci ulewy
jest są bogiem zwyczajnie
bez kolców
człowiek jest tym którym nie chce być
czarna cykada chwyta się gałęzi
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
słoń na druty tyje
uważa
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
rywal wkłada tunel
krowa
huśtawka
w zakonie
wydają się ślepo przecinać niebo
ręka sunie po udzie
w neuronalnym metrze
larwa plemeniem podrapana
sunie
spod babiej góry
i drobne konkrementy żółciowe
udaje
aorta brzuszna nieposzerzona
porcje rozychylają się porcjom
na odwrót otulona
w rzeczywistości
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
płonie
statek
urągająca logiki intryga
głód bez kolców
stąpa
trzustka prawidłowej wielkości
do straszenia umarłych
musisz to zobaczyć
nim się pojawi
jeż
pięknieje
stąd że nie ma żadnego stąd
karaluch
w obcisłej spódnicy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
twarzą ostemplowany
to ślep stróż
jak powiedzieć nie
tygrys
być może
człowiek służy też do podlewania ziemi
kroczy
snu muszlo nasza
wnikliwa
w czasie wytrysku
okazało się że to prawda
w kropli
w galaretce rozsiadłe
potwór przysięga obsesji
z nor
udręka
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
na odludnej wyspie
burzy się jagnię zapina szelki
która jajowodem zmierza
z paniką
kangur
w czerwonej pieczarze
w nikąd dorosły
chodziłam po tamtym świecie
przez cały listopad
odciskiem w duszy
jakie pytanie taka krew
agrest pada
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
wysmukła
sława
w naczyniu
ubolewa
albo postać odwrócona
drzewa
pyskaty krucyfiks
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
mydliny
daleko mu do spiewu płetwali
gigantyczny
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
księżyc zgasło
błękitny
w klatce
wartość tuczna i rzeźna
szczudeł tupot
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w jamie otrzewnej
pędzi
pięknie się wije
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
oczodołami
żadnego teraz żadnego nigdy
but cebulowy nerwicy
w garażu
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
jedno jest pewne
alpinista
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w wilczurze
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
żyrafy
jest nierozsłowny widnokrąg
wchodzi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
igła
blizna dokonuje osoby
czyha
strumień lawy pochłania wszystko
jakie to piękne!
krótkochwiły
temu winien
śnieg wymiotuje
piach rozkwita
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
skalpelem
bananów
gumowy
porcelanowa strzelanina
węgorza
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
chuj odziedziczył naród
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
w domu schadzek
wyprostowany bez odpowiedzi
dziurawy fortepian widzi
lufcikiem
byk
z turkusowym kamieniem
teofan grek maluje koronkowe majtki
szczur
u którego lęku mieszkasz?
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
w podmiejskiej kolejce
ptak się kończy
kosmos ma miejsce w lupie
szaleniec
człowiek nie do oderwania od smyczy
poduszka bez falochronu
w pomidorowej
piłkarzy chorych na aids
fryzura bez kierowcy
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
zwany srogim
w przebraniu
pomidory
i co dalej?
głód
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
gdzie jest dżem?
o krok
tęskni
do zatopienia
drzewo bez kapelusza
w powiększeniu
dłuto autobusu
umiejscowiona w gruczołach potowych
pauzą dotknięte
klapki
plemeniem
pomachajcie tatusiowi
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
drapieżny
nieśmiały w studni szklany stój
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w milczenie zawinięte
w postaci krzywej
larwa
przewrócony
chmura
wiadro
okɔliczności
cyna pościeli
łopatą rozdzielone
oby bozia dał
dotyka
najeżony
nie do oderwania od wzroku
krzyk zarasta bulwary
nienastrojony
w półmroku
dziecko i narośl
paznokieć
sarna spotyka sarnę
światła
albrecht dürer płynie na zelandię
cebulowy
armata
w futrze
łotr na apostole uchylając powiekę
w czeskiej wiosce
stuka
biegnie przez grząski jesienny las
bóg nie do oderwania od wszy
w miniówie
i pękają wszechściany
na połamanym krześle
david attenborough poświadcza
mydło
w drodze do po nic
inną postać tli się
spadł w jej paszczę
mgłą
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
w lustrze
wyzwolony
taka jest sprawiedliwość
w halce
siekierą
kochanka
wiatr
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
jak to się stało
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
ciepły
gdzie popadnie
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w popegeerowskim pałacu
ujada
w łydkę ugryzione
ciemny
szpak
któremu stadu się kłaniasz?
również wystaje z każdej rzeczy
na tym polega wolność
żmija
to najlepsza ochrona przed zarazą
albo postać do góry nogami
niepodłączony
nie wiadomo po co
wagonów widelec w pobliżu błądzi
pokrzywie dłoń wyrasta
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
w pluszowej oddali
w szyfonowej sukni
nieruchomo
drut posadził musztardę
często uderzają w wysokie samotne obiekty
otwór
nie do oderwania od pustki
widząc że nie ma nikogo
jeż czyha w zakonie
przez trojańskie pola
z wętylowaną zmarszczką
stopa bez kaleki
szyja inwazji krocze
rybą
olej na płótnie
o niej chmarzy ziemia
drapieżny zemdlał tygrys
w puszce
55 milionów lat świetlnych od nas
nurek składany nikomu
na trzecim piętrze
z gzymsu odpadłe
czereśnie z tłumanami
w masarni
przysięga
przepaść w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięta
następny akt ślepni
koniec przebiega najpierw
puszczyk zanurza się śniegu
kobra
w podróży
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
szklany
widelec
osioł zbankrutowanym kotem
ze słoniną na oczach
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
przemieszcza się kura olbrzyma
kochanek
albo postać nieprzewidziana
zadziorna brzoza w miniówie
odra zabiła matkę
o prawidłowej echostrukturze
z niegojącą się raną pachwiny
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
głaz bezgłowego pilota szkoli
na ludzi zakłada wnyki
rycerz na koninie
sprężyna
dziurawy
światła krwią
w kolejce do ścięcia
jest są bogiem
smród to marka gówna uśmiech człowieka
dziś to baśń bez dna
znalazły dziewczynkę
zdolne do niewysuwania wniosków
policjant tęskni rzeczy jedzą
kura lepka kangur przewrócony władza drań
miękka
pies ją dopadł
brzegiem i krwią
w wylęgarni kwiaty plują
plują
twarzą przez nos zakłada maskę
wślizguje się
przemieszcza się
kreda rozpala warzywa
kalarepa
wagonów
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
prześcieradło się po nim lepi
wiatr ma tytuł czapka
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
policjant
krążąc wokół ziemi
w trakcie obojętności
nie do oderwania od szczęścia
w kolorze ukrytym
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
wstręt podrywa mdłości na zupę
tonie
wilgotna
kto zdechnie wcześniej?
w przybliżeniu nieistniejące
karaluch ciepły jabłkowy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w uśmiechu poręcznym
obłok
w postaci rosy
w kropce dojrzewające
jak gęsty bywa
błądzi
wiosłują
noc
kwiaty plują
drogą polna
klacz
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
zamazana
pośród lodów arktyki
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
chciałabym umrzeć
po północnej stronie krateru schröter
do mądrości się przytrafia
w gardle
bez parasola
konduktor
zręcznie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
muskularny zad