olej lat

olej na płótnie
ptak się kończy
drzewa
ze stali niepojętej
sylaby
tęskni
twarzą ostemplowany
pająk
śpiewa zabita pluskiewką
mowa ciała sekunda
bagnista
425 mln lat temu
moknie dziewczęca drużyna
wartość tuczna i rzeźna
stuka
szczebiota mięso
małpa śpiewającą na drzewie
w drodze do po nic
jak to się stało
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
wyzwolony
ukłony
rzesza wyjątek
hotel kamienny scyzoryk
plemeniem
jedno jest pewne
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w wylęgarni
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
daleko mu do spiewu płetwali
pokryte meszkiem
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
jeż
sową
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
na antenie
samica już odbyta
i drobne konkrementy żółciowe
gumowy
w domu schadzek
alpinista
w wilczurze
tunel
jak powiedzieć nie
wyje
ukryty w przymrozku
łopatą rozdzielone
szaleniec
w powiększeniu
i inne niepodobne
sprężyna
snu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
potwór przysięga obsesji
bez oczu
nienasmarowane
nie do oderwania od pustki
albo postać już niepotrzebna
poranek
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
policjant tęskni rzeczy jedzą
nie do oderwania od szczęścia
w trakcie dochodzenia do blasku
chuj
przysięga
za miastem
puszczyk zanurza się śniegu
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
do góry nogami
blizna dokonuje osoby
gryzie
ubolewa
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
która jajowodem zmierza
sedno bez izolacji
któremu stadu się kłaniasz?
w nikąd dorosły
umiejscowiona w gruczołach potowych
życie to nic z tych rzeczy
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w kropce dojrzewające
agrest pada
porcje rozychylają się porcjom
chropowaty snu naszyjnik
nietknięty
w obcisłej spódnicy
wypełniony treścią ropną
głód bez kolców
w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięte
przez trojańskie pola
modlitwą nażarte
morze karłów przewozi oliwa
na odwrót otulona
kakao
aorta brzuszna nieposzerzona
do mądrości się przytrafia
piwnica
kalarepa
rybą
pędzi
borówką
i wszystkie noże posmarowane jodyną
nie wiadomo po co
alpinista w futrze na antenie
albrecht dürer płynie na zelandię
wtędy wplątane
parasol
huśtawka
na ludzi zakłada wnyki
to kruchość jest złotem
jest nierozsłowny widnokrąg
torpedą
dziecko i narośl
tajfun
potem dziecko jest już tylko na części
zadziorna
dla żartu
głaz bezgłowego pilota szkoli
pyskaty
jest taki pociąg dlaczego
z nor
człowiek nie do oderwania od smyczy
jeż czyha w zakonie
blizna
albo postać połamana
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w neuronalnym metrze
mucha
wczesnopierzasta
gdzie popadnie
krokodyl
powraca
ze słoniną na oczach
kobra
w locie
pokrywka w bażancie stuka
lotnisko
przemieszcza się
jabłonki
larwa plemeniem podrapana
oby bozia dał
porcelanowa strzelanina
wygląda ze smoczej jamy
stopa bez kaleki
zagląda matce pod majtki
sól
55 milionów lat świetlnych od nas
w postaci zakrzepów
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
zadziorna brzoza w miniówie
nieśmiały w studni szklany stój
noc
rywal wkłada tunel
fiołkowy
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
teofan grek maluje koronkowe majtki
jest są bogiem
obsesji
pięknie się wije
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
wysmukła
na schodach
jego wysokość
pod wpływem oczywistego cudu
ciało ma postać stróżki
ja do rzeźni jadę
człowiek służy też do podlewania ziemi
kwiaty plują
również wystaje z każdej rzeczy
przecięta
but cebulowy nerwicy
słowa wdychają się przez inne
paznokieć
albo postać nieważna
mydło
osioł zbankrutowanym kotem
głęboka
skalpelem
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
miękka
w gardle
u którego lęku mieszkasz?
słoń na druty tyje
jak ślepy jest ten ślub
larwa
na tym polega wolność
w masarni
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
to najlepsza ochrona przed zarazą
czarna cykada chwyta się gałęzi
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
łotr na apostole uchylając powiekę
świat nie do oderwania od wzroku
piach rozkwita
w podróży
pomidory
kominiarz
w lustrze
kura lepka kangur przewrócony władza drań
udaje
pilota
w banku
o krok
czereśnie z tłumanami
w postaci ulewy
osioł
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
okɔliczności
zemdlał
panna młoda w rogu sali jeszcze
cyna pościeli
w pluszowej oddali
taczka do włosów
burzy się jagnię zapina szelki
papieża
drut posadził musztardę
na tylnych łapach
zręcznie
leżał owad w locie
rakietą
po chwili grząskie
jak wyglądało prawdziwe życie
źle wbite
piłkarzy chorych na aids
gigantyczny
w przebraniu
z wętylowaną zmarszczką
brzmi
włóczka podwórek
albo postać nieprzewidziana
każdy się rodzi we własnej przepaści
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
ujada
drzewo bez kapelusza
dziurawy
do wygniatania marzeń
kochanek
ciepły
nim się pojawi
z gzymsu odpadłe
w lektyce chwili
do zatopienia
i szczypiące trawę jelenie
a ty do której masarni należysz?
oraz żydowscy grabarze
w każdej postaci
olbrzymia
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
czarne plamki na liściach klonowych
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
nieruchomo
najeżony
w futrze
chuj odziedziczył naród
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
policjant
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w galaretce rozsiadłe
kto zdechnie wcześniej?
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w nosie
chwiliwarta
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wagonów
w przybliżeniu nieistniejące
w hordzie
na południowy wschód od vöru
podrapana
w czeskiej wiosce
siekierą
i ukrył go w piasku
w czasie wytrysku
to ślep stróż
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
niewymyty przez wieki
szczerze
błękitny
zawadził
okazało się że to prawda
w halce
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
stąd że nie ma żadnego stąd
domysłem świat świeci
nie do oderwania od wzroku
jamnik tenorem urzędu
albo postać rozlana
w szyfonowej sukni
pięknieje
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
deszcz korbką malowany
obraduje
z mułu wychodzą tysiące
jałowy
otyłe
jej ciało oplatają węże
sól drgnęła mielony zawadził
pyskaty krucyfiks
naprawdę istnieją tylko mniemania
praca czyni kopią
twarzą przez nos zakłada maskę
na trzecim piętrze
żmija
bez parasola
szczur
bóg nie do oderwania od wszy
zamazana
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
jak gęsty bywa
z niegojącą się raną pachwiny
bagnista ujada rzęsa
wilgotna
stąpa
księżyc zgasło
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
spadł w jej paszczę
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
szklany
głód
w kiełbasie
w porządku własnym
w trakcie obojętności
cebulowy
mydliny
albo postać na niebie
proboszczem
w łydkę ugryzione
do mszy
na odludnej wyspie
pauzą dotknięte
kominiarz bez ćwierci
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
pęknięty
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w postaci rosy
sława
koza spoglądajaca na drzewo
w podmiejskiej kolejce
atleta gotowy na raka klapki
po dwóch sekundach
szyja inwazji krocze
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
flanela
w kolejce do ścięcia
zaśnieżonych
mgłą
tenorem
skalpelem tajfun uważa na schodach
powiesiła się
fryzura bez kierowcy
rycerz na koninie
w milczenie zawinięte
o ośmiu wargach
igła
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
po północnej stronie krateru schröter
ma sześć ramion
statek
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
pomachajcie tatusiowi
w pomidorowej
w uśmiechu poręcznym
idiota
w puszce
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
dozgonnie powleczony nadzieją
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
smród to marka gówna uśmiech człowieka
tonie
ja to nikt w liczbie mnogiej
jakie to piękne!
dialekt dzierżawi rolnika
mapa bez środka
sunie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
wygrywa ten kto głębiej zapomina
poduszka bez falochronu
w naczyniu
rzęsa
przemieszcza się kura olbrzyma
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
piła olbrzyma weryfikuje
sąsiad
między muzyką a mózgiem
ciemniejący w światło
szczudeł tupot
co to jest jak
nurek składany nikomu
a początek nie ma końca
lufcikiem
srebrnokulawy
urągająca logiki intryga
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
drabina opiera się o ścianę
wagonów widelec w pobliżu błądzi
proszę zamknąć oczy gitarze
zwany srogim
kreda rozpala warzywa
mandolina zamiast wiosny
krótkochwiły
szpak w puszce wieczór nietknięty
dziś to baśń bez dna
głowa bez tacy
surowy
oczodołami
krwią
muskularny zad
często uderzają w wysokie samotne obiekty
szympanse przeglądają się w oknach
płonie
czas się w nas umówił z nikim
drapieżny zemdlał tygrys
w rzeczywistości
zawiedziony
obywatele istnieją by służyć państwu
taka jest sprawiedliwość
kotem
rozsypane
przewrócony
otwór
w półmroku
w garażu
inną postać tli się
od zarania
drzewo
widelec
w miniówie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
przebiega
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
musisz to zobaczyć
w postaci krzywej
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
otoczony przez mywyje
żadnego teraz żadnego nigdy
konduktor
nie do oderwania od śmierci
wiadro
jaśnieje
głęboka żmija
i brak obojczyka
byk
niepodłączony
tygrys
spod babiej góry
odciskiem w duszy
węgorza
w czerwonej pieczarze
na połamanym krześle
jest są bogiem zwyczajnie
o niej chmarzy ziemia
snu muszlo nasza
zdolne do niewysuwania wniosków
zawsze nas coś omija
rekin
w jamie otrzewnej
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
uważa
udręka
krowa
i co dalej?
innego ratunku nie ma
z paniką
ojciec bez froterki
w kolorze ukrytym
pośród lodów arktyki
niewyklepany przez otoczenie
w trakcie olśnienia w pasztecie
klapki
wiatr ma tytuł czapka
koniec przebiega najpierw
armata
obłok
strumień lawy pochłania wszystko
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
być może
z ręką na sercu
kropla przerywa węgorza
kobra nacina przyjęcie
biegnie przez grząski jesienny las
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
klacz
o wieczność się napotyka
drogą polna
nerwicy
paryżanka
plemniki dojrzewają w najądrzach
w wylęgarni kwiaty plują
dzwonnica bez kałuży
kosmos ma miejsce w lupie
wnikliwa
w klatce
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
w cenie
tramwajem zarosłe
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wstręt podrywa mdłości na zupę
krążąc wokół ziemi
następne jest portofino?
błądzi
odra zabiła matkę
wydają się ślepo przecinać niebo
igła w oko puka
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
nie do oderwania od mroku
pies ją dopadł
drapieżny
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
człowiek jest tym którym nie chce być
chodziłam po tamtym świecie
kochanka
czyha
w zakonie
jakie pytanie taka krew
idiota wyje pomidory
ambitna
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
olbrzyma
bez kolców
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
brzegiem i krwią
gdzie jest dżem?
wchodzi
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wandale podlewają kwiatki
czym zbierać czas?
wyprostowany bez odpowiedzi
ciemny
światła krwią
david attenborough poświadcza
do straszenia umarłych
krzyk zarasta bulwary
los się wynurza w falbankach
dziurawy fortepian widzi
dotyka
w studni
tako rzeczą czamorro
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
noc o krok do zatopienia
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
murzyn ma wiadro sylaby
biegnie
nieziemskiej urody
trzustka prawidłowej wielkości
prześcieradło się po nim lepi
olbrzymia broda torpedą
truchleje
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
grad
stado ze słoniną na oczach
bananów
plują
są światła widzialne i nie
ręka sunie po udzie
korniszon
harfa
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
wyrasta
armata czerwony poplątał zupę zielony
jabłonki wychodzą z nor
kangur
każda kobieta w cieście
temu winien
karaluch
w swetrze
cytat nakręca mydło
albo postać odwrócona
widząc że nie ma nikogo
zaciska oczu kleszcze
kura
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wślizguje się
znalazły dziewczynkę
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wiosłują
mielony
wiatr
piracki balkon żąda pilota
albo postać porzucona
żyrafy
sarna spotyka sarnę
albo postać do góry nogami
z turkusowym kamieniem
o prawidłowej echostrukturze
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
śnieg wymiotuje
nagi bez klucza
gorliwa
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
karaluch ciepły jabłkowy
masło się stara
zjełczały
melania trump odwiedza sierociniec
marszałek
pokrzywie dłoń wyrasta
nienastrojony
patelnia wyglądająca jak żywa
przez cały listopad
dłuto autobusu
głaz
chciałabym umrzeć
światła
w trakcie przedrzeźniania mew
następny akt ślepni
obdarty
w kropli
a pan daleko?
spadzisty poranek
szpak
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
kroczy
chmura
obłok płynie utonąć
w popegeerowskim pałacu
pokrywka
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
we śnie
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat