paryżanka wiosłują

paryżanka
snu muszlo nasza
pokrzywie dłoń wyrasta
wnikliwa
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
but cebulowy nerwicy
w szyfonowej sukni
w wylęgarni
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
kto zdechnie wcześniej?
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
mapa bez środka
osioł
pieskiem
albo postać połamana
zręcznie
dotyka
wzgórza
czym zbierać czas?
drapieżny
w przybliżeniu nieistniejące
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
domysłem świat świeci
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
podrapana
do zatopienia
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
włóczka podwórek
nienastrojony
pyskaty krucyfiks
kreda rozpala warzywa
ze słoniną na oczach
obywatele istnieją by służyć państwu
wilgotna
jej ciało oplatają węże
wstręt podrywa mdłości na zupę
zamazana
panna młoda w rogu sali jeszcze
drut posadził musztardę
karaluch
życie to nic z tych rzeczy
gdzie jest dżem?
karaluch ciepły jabłkowy
w halce
alpinista w futrze na antenie
huśtawka
skalpelem tajfun uważa na schodach
smród to marka gówna uśmiech człowieka
koza spoglądajaca na drzewo
piłkarzy chorych na aids
pokryte meszkiem
śpiewa zabita pluskiewką
idiota wyje pomidory
klacz
niepodłączony
w kropce dojrzewające
atleta gotowy na raka klapki
pięknieje
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
na trzecim piętrze
drabina opiera się o ścianę
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
i wszystkie noże posmarowane jodyną
albo postać nieprzewidziana
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pomidory
bez oczu
jacht
dziś to baśń bez dna
głód bez kolców
okɔliczności
kura lepka kangur przewrócony władza drań
gryzie
głaz
sunie
ubolewa
sól
krwią
w neuronalnym metrze
w porządku własnym
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
agrest pada
twarzą przez nos zakłada maskę
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
albo postać odwrócona
zadziorna brzoza w miniówie
czas się w nas umówił z nikim
okazało się że to prawda
roztwór
zjełczały
olbrzyma
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
księżyc zgasło
zawadził
z paniką
albo postać porzucona
sową
otoczony przez mywyje
w postaci krzywej
pilota
mandolina zamiast wiosny
krokodyl
jakie to piękne!
biegnie przez grząski jesienny las
pięknie się wije
temu winien
ma sześć ramion
chmura
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
przebiega
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
żadnego teraz żadnego nigdy
w czeskiej wiosce
rakietą
drapieżny zemdlał tygrys
obsesji
rekin
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
taka jest sprawiedliwość
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
nie do oderwania od pustki
mowa ciała sekunda
potwór przysięga obsesji
zawiedziony
spadzisty poranek
nieruchomo
w postaci zakrzepów
kropla przerywa węgorza
jest są tó
plują
proroczy
osioł zbankrutowanym kotem
sobą pomazane
często uderzają w wysokie samotne obiekty
425 mln lat temu
w klatce
żona zdradza swoją rolę
ciało ma postać stróżki
dla żartu
w cenie
głowa bez tacy
morze karłów przewozi oliwa
przecięta
od zarania
wyprostowany bez odpowiedzi
w galaretce rozsiadłe
w miniówie
sarna spotyka sarnę
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
dzwonnica bez kałuży
w pomidorowej
krążąc wokół ziemi
zdziwiony
teofan grek maluje koronkowe majtki
plemeniem
kardynał sztucznych tulipanów
sedno bez izolacji
we śnie
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
przysięga
truchleje
spleśniała
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
korniszon
szczudeł tupot
jakie pytanie taka krew
zagląda matce pod majtki
lufcikiem
samica już odbyta
w nigdy umorusana
policjant
nagi bez klucza
tako rzeczą czamorro
jedno jest pewne
policjant tęskni rzeczy jedzą
david attenborough poświadcza
na tylnych łapach
słowa wdychają się przez inne
zaciska oczu kleszcze
puszczyk zanurza się śniegu
los się wynurza w falbankach
furia bieli i krwisty
a pan daleko?
szpak w puszce wieczór nietknięty
jest nierozsłowny widnokrąg
uważa
słoń na druty tyje
szaleniec
koniec przebiega najpierw
wygląda ze smoczej jamy
tunel
wagonów widelec w pobliżu błądzi
rybą
między muzyką a mózgiem
wślizguje się
rozsypane
siekierą
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
pośród lodów arktyki
wartość tuczna i rzeźna
sąsiad
bagnista
sława
na wardze
tęskni
hotel kamienny scyzoryk
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
chropowaty snu naszyjnik
ciepły
do straszenia umarłych
kroczy
praca czyni kopią
jest są bogiem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w pluszowej oddali
w puszce
z nor
kura
w locie
obraduje
sól drgnęła mielony zawadził
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
szczur
sylaby
marszałek
chuj
ja do rzeźni jadę
skręca wtędy
borówką
poranek
jabłonki
melania trump odwiedza sierociniec
poduszka bez falochronu
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jeż
mgłą
tajfun
z paniką kroczy karawan
deszcz korbką malowany
mielony
albrecht dürer płynie na zelandię
papieża
dłuto autobusu
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
na schodach
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
błękitny
plemniki dojrzewają w najądrzach
rzesza wyjątek
w przebraniu
jest są bogiem zwyczajnie
w garażu
pod wpływem oczywistego cudu
na stertę
stopa bez kaleki
armata czerwony poplątał zupę zielony
jeż czyha w zakonie
musisz to zobaczyć
głęboka żmija
zemdlał
albo postać rozlana
nie do oderwania od śmierci
mydliny
burzy się jagnię zapina szelki
powiesiła się
pęknięty
w podróży
w masarni
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ptak się kończy
widelec
kosmos ma miejsce w lupie
szyja inwazji krocze
nieziemskiej urody
wiatr
igła
w półmroku
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
drzewo
ja to nikt w liczbie mnogiej
i szczypiące trawę jelenie
drzewa
gorliwa
w drodze do po nic
pokrywka
skalpelem
w lustrze
wczesnopierzasta
o niej chmarzy ziemia
mydło
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
wydają się ślepo przecinać niebo
obłok
murzyn ma wiadro sylaby
znalazły dziewczynkę
miękka
cytat nakręca mydło
innego ratunku nie ma
larwa plemeniem podrapana
chwiliwarta
o ośmiu wargach
do mszy
biegnie
igła w oko puka
trzustka prawidłowej wielkości
światła krwią
udręka
szpak
wyje
obłok płynie utonąć
o wieczność się napotyka
proszę zamknąć oczy gitarze
ambitna
żmija
byk
oczodołami
ojciec bez froterki
kochanka
jest taki pociąg dlaczego
któremu stadu się kłaniasz?
na połamanym krześle
moknie dziewczęca drużyna
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
statek
tygrys
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
krótkochwiły
przemieszcza się
w postaci ulewy
chuj odziedziczył naród
aorta brzuszna nieposzerzona
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w postaci rosy
potrząsa
u którego lęku mieszkasz?
jego wysokość
chciałabym umrzeć
tramwajem zarosłe
następne jest portofino?
każdy się rodzi we własnej przepaści
idiota
potem dziecko jest już tylko na części
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
krzyk zarasta bulwary
z gzymsu odpadłe
łotr na apostole uchylając powiekę
zadziorna
zaśnieżonych
bez kolców
jabłonki wychodzą z nor
zawsze nas coś omija
czarna cykada chwyta się gałęzi
następny akt ślepni
flanela
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
człowiek służy też do podlewania ziemi
po północnej stronie krateru schröter
człowiek nie do oderwania od smyczy
tenorem
dotyk inne mamiątki
do wygniatania marzeń
na odludnej wyspie
czereśnie z tłumanami
wiatr ma tytuł czapka
jałowy
dozgonnie powleczony nadzieją
udaje
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
to kruchość jest złotem
sprężyna
wiadro
albo postać do góry nogami
ciemny
na antenie
alpinista
przyjęcie
ręka sunie po udzie
również wystaje z każdej rzeczy
w gardle
tonie
nim się pojawi
srebrnokulawy
patelnia wyglądająca jak żywa
obdarty
otyłe
kobra
przemieszcza się kura olbrzyma
grad
kalarepa
i drobne konkrementy żółciowe
wiosłują
torpedą
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
błądzi
bez parasola
z mułu wychodzą tysiące
kiedy mozart miał dwa lata
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
daleko mu do spiewu płetwali
urągająca logiki intryga
jak gęsty bywa
dziurawy fortepian widzi
jak to się stało
pauzą dotknięte
do góry nogami
blizna
wandale podlewają kwiatki
po chwili grząskie
w lektyce chwili
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
wypełniony treścią ropną
szczerze
otwór
pokrywka w bażancie stuka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
noc
nieśmiały w studni szklany stój
zostawił dziecko i żonę
z ręką na sercu
porcelanowa strzelanina
na ludzi zakłada wnyki
głęboka
wyrasta
węgorza
drzewo bez kapelusza
stuka
szympanse przeglądają się w oknach
paznokieć
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
czarne plamki na liściach klonowych
w każdej postaci
za miastem
harfa
w studni
w milczenie zawinięte
odciskiem w duszy
czyha
spod babiej góry
muskularny zad
przez cały listopad
zwykle pod nosem lub na wardze
stąd że nie ma żadnego stąd
małpa śpiewającą na drzewie
a początek nie ma końca
w czerwonej pieczarze
w podmiejskiej kolejce
szczebiota mięso
w łydkę ugryzione
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
drogą polna
nie wiadomo po co
to najlepsza ochrona przed zarazą
w czasie wytrysku
na odwrót otulona
i brak obojczyka
powraca
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
bóg nie do oderwania od wszy
są światła widzialne i nie
wysmukła
ukryty w przymrozku
szklany
oraz żydowscy grabarze
naprawdę istnieją tylko mniemania
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
albo postać nieważna
olbrzymia
dziecko i narośl
cyna pościeli
rywal wkłada tunel
kwiaty plują
parasol
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
kochanek
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
chodziłam po tamtym świecie
żyrafy
gigantyczny
nacina
pomachajcie tatusiowi
to ślep stróż
gdzie popadnie
w obcisłej spódnicy
dziurawy
jamnik tenorem urzędu
odra zabiła matkę
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
pająk
a ty do której masarni należysz?
kobra nacina przyjęcie
leżał owad w locie
w domu schadzek
fiołkowy
albo postać na niebie
armata
ukłony
na południowy wschód od vöru
nienasmarowane
nerwicy
nie do oderwania od wzroku
wyzwolony
klapki
w wylęgarni kwiaty plują
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
proboszczem
55 milionów lat świetlnych od nas
taczka do włosów
nietknięty
snu
inną postać tli się
z wętylowaną zmarszczką
w kolorze ukrytym
bagnista ujada rzęsa
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
komornik zwilża lub kołomyi
o prawidłowej echostrukturze
piach rozkwita
w powiększeniu
albo postać już niepotrzebna
płonie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kominiarz bez ćwierci
jaśnieje
po dwóch sekundach
przerywa
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
śnieg wymiotuje
o krok
ząb proroczy wypada głaz
z pogiętym
w zakonie
w wilczurze
masło się stara
nurek składany nikomu
noc o krok do zatopienia
mucha
w jamie otrzewnej
fryzura bez kierowcy
konduktor
gumowy
w kiełbasie
pyskaty
zdolne do niewysuwania wniosków
w uśmiechu poręcznym
przewrócony
i inne niepodobne
łopatą rozdzielone
rycerz na koninie
głód
pędzi
spadł w jej paszczę
świat nie do oderwania od wzroku
dialekt dzierżawi rolnika
okryte potłuczonym obrazem
w hordzie
stado ze słoniną na oczach
nie do oderwania od mroku
wygrywa ten kto głębiej zapomina
brzmi
człowiek jest tym którym nie chce być
w kropli
larwa
w naczyniu
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
porcje rozychylają się porcjom
w rzeczywistości
ujada
nie do oderwania od szczęścia
kakao
ze stali niepojętej
blizna dokonuje osoby
brzegiem i krwią
światła
w banku
strumień lawy pochłania wszystko
piła olbrzyma weryfikuje
cebulowy
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jak ślepy jest ten ślub
zakręca
kangur
źle wbite
dzida
bananów
jak wyglądało prawdziwe życie
do mądrości się przytrafia
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
wchodzi
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
głaz bezgłowego pilota szkoli
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
ciemniejący w światło
w swetrze
wagonów
oby bozia dał
olej na płótnie
rzęsa
lotnisko
już bogaty
krowa
z turkusowym kamieniem
kotem
kominiarz
modlitwą nażarte
w nosie
w futrze
twarzą ostemplowany
piracki balkon żąda pilota
najeżony
piwnica
z niegojącą się raną pachwiny
olbrzymia broda torpedą
stąpa
umiejscowiona w gruczołach potowych
prześcieradło się po nim lepi
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
olbrzymia broda torpedą
w czeskiej wiosce
statek
udaje
przewrócony
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
melania trump odwiedza sierociniec
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w kiełbasie
biegnie
żadnego teraz żadnego nigdy
siekierą
zagląda matce pod majtki
wiadro
ubolewa
musisz to zobaczyć
domysłem świat świeci
w podmiejskiej kolejce
w powiększeniu
zawadził
uważa
w nosie
kangur
kroczy
w locie
tramwajem zarosłe
naprawdę istnieją tylko mniemania
głaz bezgłowego pilota szkoli
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
jest są bogiem
jakie pytanie taka krew
pęknięty
po północnej stronie krateru schröter
mydło
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
z nor
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
obdarty
samica już odbyta
nim się pojawi
w galaretce rozsiadłe
oraz żydowscy grabarze
w klatce
krwią
kropla przerywa węgorza
powiesiła się
w postaci krzywej
kreda rozpala warzywa
plują
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
w lektyce chwili
puszczyk zanurza się śniegu
jest taki pociąg dlaczego
piach rozkwita
tęskni
albo postać porzucona
atleta gotowy na raka klapki
przyjęcie
alpinista w futrze na antenie
w cenie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
modlitwą nażarte
teofan grek maluje koronkowe majtki
włóczka podwórek
koniec przebiega najpierw
rekin
prześcieradło się po nim lepi
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
zadziorna
światła krwią
karaluch ciepły jabłkowy
kochanek
wchodzi
w szyfonowej sukni
gdzie jest dżem?
nieśmiały w studni szklany stój
na połamanym krześle
nie wiadomo po co
harfa
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
porcje rozychylają się porcjom
nieruchomo
pyskaty krucyfiks
rywal wkłada tunel
w nikąd dorosły
mgłą
wyzwolony
tonie
igła
dialekt dzierżawi rolnika
w miniówie
światła
okɔliczności
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
na odludnej wyspie
burzy się jagnię zapina szelki
zamazana
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
po dwóch sekundach
to najlepsza ochrona przed zarazą
odciskiem w duszy
ze słoniną na oczach
innego ratunku nie ma
albo postać nieprzewidziana
nagi bez klucza
nie do oderwania od śmierci
mydliny
piłkarzy chorych na aids
osioł zbankrutowanym kotem
do góry nogami
torpedą
idiota
z paniką
dzida
w domu schadzek
płonie
zwykle pod nosem lub na wardze
bez parasola
u którego lęku mieszkasz?
albo postać do góry nogami
w halce
są światła widzialne i nie
piwnica
nurek składany nikomu
snu muszlo nasza
głód
kwiaty plują
chuj
źle wbite
oczodołami
hotel kamienny scyzoryk
moknie dziewczęca drużyna
z ręką na sercu
nietknięty
alpinista
ma sześć ramion
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
konduktor
mandolina zamiast wiosny
w milczenie zawinięte
szyja inwazji krocze
któremu stadu się kłaniasz?
o krok
stąpa
flanela
w porządku własnym
krokodyl
jacht
jest nierozsłowny widnokrąg
tygrys
cebulowy
człowiek nie do oderwania od smyczy
marszałek
masło się stara
z gzymsu odpadłe
człowiek jest tym którym nie chce być
stado ze słoniną na oczach
panna młoda w rogu sali jeszcze
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
obłok
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
kochanka
albo postać odwrócona
małpa śpiewającą na drzewie
do mądrości się przytrafia
stąd że nie ma żadnego stąd
sarna spotyka sarnę
świat nie do oderwania od wzroku
szpak w puszce wieczór nietknięty
srebrnokulawy
w masarni
w studni
murzyn ma wiadro sylaby
tenorem
do mszy
agrest pada
kotem
w wylęgarni
niewymyty przez wieki
i ukrył go w piasku
nie do oderwania od pustki
kura lepka kangur przewrócony władza drań
głaz
a początek nie ma końca
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
karaluch
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
wiatr ma tytuł czapka
jakie to piękne!
sól
pokrywka w bażancie stuka
albo postać nieważna
szczudeł tupot
otoczony przez mywyje
szczebiota mięso
grad
patelnia wyglądająca jak żywa
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
bagnista ujada rzęsa
nie do oderwania od szczęścia
na trzecim piętrze
na wardze
ujada
przemieszcza się
drut posadził musztardę
w puszce
jego wysokość
drabina opiera się o ścianę
zemdlał
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
nie do oderwania od wzroku
każdy się rodzi we własnej przepaści
albrecht dürer płynie na zelandię
ciało ma postać stróżki
czyha
dzwonnica bez kałuży
kominiarz bez ćwierci
nacina
łopatą rozdzielone
głęboka żmija
dłuto autobusu
sylaby
na antenie
zjełczały
kura
klapki
w gardle
nie do oderwania od mroku
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
piracki balkon żąda pilota
w uśmiechu poręcznym
zostawił dziecko i żonę
noc o krok do zatopienia
dziurawy
taka jest sprawiedliwość
but cebulowy nerwicy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wygrywa ten kto głębiej zapomina
tako rzeczą czamorro
widelec
ze stali niepojętej
olej na płótnie
jeż czyha w zakonie
krowa
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
mucha
kalarepa
skalpelem
umiejscowiona w gruczołach potowych
idiota wyje pomidory
taczka do włosów
david attenborough poświadcza
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
sława
wandale podlewają kwiatki
twarzą przez nos zakłada maskę
gdzie popadnie
jak gęsty bywa
potem dziecko jest już tylko na części
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
czereśnie z tłumanami
chciałabym umrzeć
parasol
w drodze do po nic
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
425 mln lat temu
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
paryżanka
to kruchość jest złotem
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
sprężyna
wyje
łotr na apostole uchylając powiekę
pokrzywie dłoń wyrasta
ja do rzeźni jadę
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
bez kolców
stuka
sobą pomazane
brzmi
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
zaśnieżonych
surowy
wstręt podrywa mdłości na zupę
w zakonie
policjant
ja to nikt w liczbie mnogiej
drapieżny zemdlał tygrys
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kobra nacina przyjęcie
lufcikiem
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
porcelanowa strzelanina
słowa wdychają się przez inne
z mułu wychodzą tysiące
o ośmiu wargach
pyskaty
policjant tęskni rzeczy jedzą
przebiega
żmija
skalpelem tajfun uważa na schodach
żyrafy
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
dziś to baśń bez dna
wagonów
olbrzyma
sedno bez izolacji
pięknie się wije
sunie
śpiewa zabita pluskiewką
aorta brzuszna nieposzerzona
bananów
otyłe
w przebraniu
w swetrze
sól drgnęła mielony zawadził
nerwicy
rybą
biegnie przez grząski jesienny las
między muzyką a mózgiem
plemeniem
truchleje
pauzą dotknięte
do wygniatania marzeń
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
obłok płynie utonąć
również wystaje z każdej rzeczy
jabłonki wychodzą z nor
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
w pomidorowej
do zatopienia
jak ślepy jest ten ślub
fiołkowy
następny akt ślepni
chodziłam po tamtym świecie
pędzi
albo postać rozlana
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
z turkusowym kamieniem
cytat nakręca mydło
o wieczność się napotyka
ząb proroczy wypada głaz
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
potwór przysięga obsesji
furia bieli i krwisty
rycerz na koninie
znalazły dziewczynkę
na tylnych łapach
pięknieje
snu
kto zdechnie wcześniej?
i inne niepodobne
do straszenia umarłych
we śnie
już bogaty
larwa plemeniem podrapana
w czerwonej pieczarze
drapieżny
drzewo bez kapelusza
lotnisko
olbrzymia
w kropli
zadziorna brzoza w miniówie
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
brzegiem i krwią
pilota
czym zbierać czas?
kakao
paznokieć
bez oczu
rakietą
szpak
szczur
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
krążąc wokół ziemi
osioł
strumień lawy pochłania wszystko
trzustka prawidłowej wielkości
w czasie wytrysku
następne jest portofino?
w łydkę ugryzione
przez cały listopad
wartość tuczna i rzeźna
chuj odziedziczył naród
na schodach
szklany
pająk
na ludzi zakłada wnyki
pokrywka
roztwór
na odwrót otulona
na południowy wschód od vöru
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
55 milionów lat świetlnych od nas
urągająca logiki intryga
proboszczem
jak wyglądało prawdziwe życie
chropowaty snu naszyjnik
mapa bez środka
niepodłączony
wagonów widelec w pobliżu błądzi
po chwili grząskie
albo postać na niebie
to ślep stróż
podrapana
głowa bez tacy
w postaci rosy
wypełniony treścią ropną
czas się w nas umówił z nikim
jeż
larwa
byk
i brak obojczyka
dla żartu
obsesji
ambitna
bóg nie do oderwania od wszy
wiatr
z niegojącą się raną pachwiny
obraduje
zręcznie
dziecko i narośl
korniszon
zdziwiony
wysmukła
okryte potłuczonym obrazem
mowa ciała sekunda
od zarania
szczerze
jedno jest pewne
przysięga
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
mielony
zaciska oczu kleszcze
drzewa
w każdej postaci
jałowy
tunel
zawsze nas coś omija
blizna
ukryty w przymrozku
kominiarz
wilgotna
wnikliwa
szaleniec
poranek
za miastem
kiedy mozart miał dwa lata
kardynał sztucznych tulipanów
rzesza wyjątek
w wilczurze
huśtawka
a pan daleko?
w postaci ulewy
niewyklepany przez otoczenie
drzewo
ojciec bez froterki
w obcisłej spódnicy
życie to nic z tych rzeczy
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
jak powiedzieć nie
borówką
w wylęgarni kwiaty plują
krzyk zarasta bulwary
spod babiej góry
zawiedziony
piła olbrzyma weryfikuje
a ty do której masarni należysz?
okazało się że to prawda
gorliwa
los się wynurza w falbankach
w jamie otrzewnej
rzęsa
z paniką kroczy karawan
gigantyczny
w neuronalnym metrze
widząc że nie ma nikogo
w pluszowej oddali
pomachajcie tatusiowi
ukłony
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
krótkochwiły
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
czarna cykada chwyta się gałęzi
pod wpływem oczywistego cudu
w futrze
poduszka bez falochronu
często uderzają w wysokie samotne obiekty
węgorza
wyrasta
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
ciepły
odra zabiła matkę
proroczy
oby bozia dał
koza spoglądajaca na drzewo
pośród lodów arktyki
jamnik tenorem urzędu
stopa bez kaleki
w naczyniu
proszę zamknąć oczy gitarze
o prawidłowej echostrukturze
temu winien
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
ciemny
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
tajfun
w kropce dojrzewające
księżyc zgasło
albo postać już niepotrzebna
kosmos ma miejsce w lupie
żona zdradza swoją rolę
wygląda ze smoczej jamy
jabłonki
błękitny
spadzisty poranek
jest są tó
przerywa
miękka
w podróży
z wętylowaną zmarszczką
błądzi
w lustrze
w postaci zakrzepów
wyprostowany bez odpowiedzi
człowiek służy też do podlewania ziemi
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
ptak się kończy
cyna pościeli
obywatele istnieją by służyć państwu
wczesnopierzasta
papieża
przecięta
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
plemniki dojrzewają w najądrzach
głód bez kolców
otwór
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
pokryte meszkiem
kobra
drogą polna
zdolne do niewysuwania wniosków
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
najeżony
muskularny zad
sąsiad
słoń na druty tyje
gryzie
sową
wiosłują
przemieszcza się kura olbrzyma
ręka sunie po udzie
smród to marka gówna uśmiech człowieka
dotyka
armata czerwony poplątał zupę zielony
udręka
jej ciało oplatają węże
chmura
jest są bogiem zwyczajnie
igła w oko puka
klacz
w hordzie
armata
albo postać połamana
jak to się stało
w półmroku
wzgórza
dziurawy fortepian widzi
czarne plamki na liściach klonowych
śnieg wymiotuje
rozsypane
leżał owad w locie
inną postać tli się
nieziemskiej urody
praca czyni kopią
potwór
morze karłów przewozi oliwa
zakręca
gumowy
nienastrojony
ciemniejący w światło
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
o niej chmarzy ziemia
dotyk inne mamiątki
wydają się ślepo przecinać niebo
chwiliwarta
deszcz korbką malowany
fryzura bez kierowcy
jaśnieje
w przybliżeniu nieistniejące
bagnista
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
daleko mu do spiewu płetwali
w kolorze ukrytym
z pogiętym
spadł w jej paszczę
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
głęboka
twarzą ostemplowany
pomidory
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
i drobne konkrementy żółciowe
i szczypiące trawę jelenie
dozgonnie powleczony nadzieją
powraca
szympanse przeglądają się w oknach
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
blizna dokonuje osoby
w garażu
noc
w banku
w rzeczywistości
wślizguje się
nienasmarowane
albo postać już niepotrzebna
na odwrót otulona
sarna spotyka sarnę
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
borówką
krzyk zarasta bulwary
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
szyja inwazji krocze
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
nagi bez klucza
twarzą ostemplowany
w postaci krzywej
piach rozkwita
gorliwa
ze stali niepojętej
to ślep stróż
światła
tunel
wstręt podrywa mdłości na zupę
oby bozia dał
pięknieje
ukryty w przymrozku
pokryte meszkiem
zakręca
rekin
morze karłów przewozi oliwa
naprawdę istnieją tylko mniemania
żona zdradza swoją rolę
w każdej postaci
jamnik tenorem urzędu
krokodyl
sól
karaluch
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
spadzisty poranek
korniszon
w swetrze
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
z paniką kroczy karawan
muskularny zad
w pluszowej oddali
larwa
otwór
pyskaty krucyfiks
głaz bezgłowego pilota szkoli
czyha
blizna dokonuje osoby
nim się pojawi
nietknięty
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w postaci zakrzepów
skalpelem tajfun uważa na schodach
z ręką na sercu
zwykle pod nosem lub na wardze
krótkochwiły
piwnica
osioł zbankrutowanym kotem
patelnia wyglądająca jak żywa
tygrys
z pogiętym
w kiełbasie
los się wynurza w falbankach
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
larwa plemeniem podrapana
odra zabiła matkę
albo postać odwrócona
w galaretce rozsiadłe
kiedy mozart miał dwa lata
rozsypane
temu winien
po chwili grząskie
potem dziecko jest już tylko na części
ręka sunie po udzie
deszcz korbką malowany
ubolewa
z niegojącą się raną pachwiny
kardynał sztucznych tulipanów
plemeniem
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
stuka
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w łydkę ugryzione
hotel kamienny scyzoryk
piracki balkon żąda pilota
skręca wtędy
obsesji
proroczy
jabłonki wychodzą z nor
twarzą przez nos zakłada maskę
konduktor
spadł w jej paszczę
plują
w banku
mgłą
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
piłkarzy chorych na aids
powraca
ze słoniną na oczach
rakietą
księżyc zgasło
bez parasola
w garażu
i wszystkie noże posmarowane jodyną
sobą pomazane
olej na płótnie
przyjęcie
ambitna
w czasie wytrysku
rycerz na koninie
kotem
dłuto autobusu
chciałabym umrzeć
na stertę
ciemniejący w światło
igła
gigantyczny
albo postać nieważna
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jest są bogiem zwyczajnie
płonie
zdziwiony
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w zakonie
w hordzie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
burzy się jagnię zapina szelki
furia bieli i krwisty
i drobne konkrementy żółciowe
poranek
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
gdzie popadnie
w powiększeniu
człowiek służy też do podlewania ziemi
w obcisłej spódnicy
kroczy
chodziłam po tamtym świecie
nieśmiały w studni szklany stój
pomachajcie tatusiowi
zawadził
śnieg wymiotuje
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
chropowaty snu naszyjnik
praca czyni kopią
na tylnych łapach
do wygniatania marzeń
po północnej stronie krateru schröter
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
jałowy
to kruchość jest złotem
wiatr
pokrzywie dłoń wyrasta
w futrze
klapki
truchleje
nurek składany nikomu
wandale podlewają kwiatki
człowiek jest tym którym nie chce być
melania trump odwiedza sierociniec
również wystaje z każdej rzeczy
oczodołami
flanela
koniec przebiega najpierw
karaluch ciepły jabłkowy
w kolorze ukrytym
paryżanka
sława
dotyka
ja to nikt w liczbie mnogiej
mydliny
szklany
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
piła olbrzyma weryfikuje
zręcznie
proboszczem
w lektyce chwili
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
snu muszlo nasza
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
ojciec bez froterki
przebiega
plemniki dojrzewają w najądrzach
pomidory
dzida
nie do oderwania od szczęścia
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sedno bez izolacji
grad
dialekt dzierżawi rolnika
mapa bez środka
dziurawy fortepian widzi
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nienastrojony
któremu stadu się kłaniasz?
u którego lęku mieszkasz?
na wardze
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
o ośmiu wargach
gdzie jest dżem?
żadnego teraz żadnego nigdy
albo postać do góry nogami
kobra
do góry nogami
wagonów widelec w pobliżu błądzi
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
podrapana
nie do oderwania od pustki
dzwonnica bez kałuży
olbrzyma
na odludnej wyspie
chuj odziedziczył naród
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
brzmi
papieża
szympanse przeglądają się w oknach
bóg nie do oderwania od wszy
klacz
kangur
fiołkowy
pęknięty
od zarania
proszę zamknąć oczy gitarze
biegnie przez grząski jesienny las
i szczypiące trawę jelenie
huśtawka
w podmiejskiej kolejce
zemdlał
spleśniała
harfa
szpak
z wętylowaną zmarszczką
odciskiem w duszy
zdolne do niewysuwania wniosków
jakie pytanie taka krew
policjant
do mądrości się przytrafia
okɔliczności
smród to marka gówna uśmiech człowieka
oraz żydowscy grabarze
ciemny
alpinista
wilgotna
w klatce
kropla przerywa węgorza
szczudeł tupot
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
czarna cykada chwyta się gałęzi
sylaby
często uderzają w wysokie samotne obiekty
inną postać tli się
a pan daleko?
jego wysokość
brzegiem i krwią
każdy się rodzi we własnej przepaści
o krok
łotr na apostole uchylając powiekę
sól drgnęła mielony zawadził
do straszenia umarłych
taczka do włosów
dozgonnie powleczony nadzieją
zjełczały
zostawił dziecko i żonę
stopa bez kaleki
wyzwolony
zadziorna brzoza w miniówie
jak to się stało
statek
z gzymsu odpadłe
krowa
sprężyna
okryte potłuczonym obrazem
i inne niepodobne
cebulowy
masło się stara
kobra nacina przyjęcie
55 milionów lat świetlnych od nas
nie wiadomo po co
agrest pada
modlitwą nażarte
bagnista
snu
to najlepsza ochrona przed zarazą
w puszce
leżał owad w locie
jest nierozsłowny widnokrąg
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wchodzi
bananów
skalpelem
z mułu wychodzą tysiące
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
porcelanowa strzelanina
poduszka bez falochronu
prześcieradło się po nim lepi
kominiarz
wiadro
czym zbierać czas?
w lustrze
ja do rzeźni jadę
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
jedno jest pewne
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
musisz to zobaczyć
śpiewa zabita pluskiewką
dziecko i narośl
w drodze do po nic
w czeskiej wiosce
chuj
stado ze słoniną na oczach
na antenie
kominiarz bez ćwierci
jest taki pociąg dlaczego
bez kolców
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
wyje
kochanek
albo postać na niebie
parasol
małpa śpiewającą na drzewie
przecięta
kreda rozpala warzywa
zamazana
następne jest portofino?
przysięga
wczesnopierzasta
roztwór
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
albo postać rozlana
jakie to piękne!
nie do oderwania od mroku
mandolina zamiast wiosny
a ty do której masarni należysz?
biegnie
srebrnokulawy
dziś to baśń bez dna
niepodłączony
stąd że nie ma żadnego stąd
cytat nakręca mydło
nienasmarowane
tenorem
pyskaty
bagnista ujada rzęsa
siekierą
tęskni
pod wpływem oczywistego cudu
sową
wyprostowany bez odpowiedzi
pokrywka
gryzie
byk
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
mucha
jak wyglądało prawdziwe życie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
obłok
armata czerwony poplątał zupę zielony
gumowy
z paniką
nerwicy
ciało ma postać stróżki
w domu schadzek
w porządku własnym
torpedą
drut posadził musztardę
węgorza
rzesza wyjątek
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
powiesiła się
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
urągająca logiki intryga
moknie dziewczęca drużyna
aorta brzuszna nieposzerzona
w czerwonej pieczarze
i brak obojczyka
w nigdy umorusana
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
porcje rozychylają się porcjom
pędzi
obywatele istnieją by służyć państwu
czarne plamki na liściach klonowych
strumień lawy pochłania wszystko
kura lepka kangur przewrócony władza drań
stąpa
człowiek nie do oderwania od smyczy
kochanka
mowa ciała sekunda
szczerze
najeżony
w locie
zagląda matce pod majtki
dziurawy
jeż
w miniówie
krążąc wokół ziemi
kosmos ma miejsce w lupie
rybą
lufcikiem
olbrzymia broda torpedą
w kropce dojrzewające
w neuronalnym metrze
w szyfonowej sukni
słowa wdychają się przez inne
obraduje
wiatr ma tytuł czapka
widelec
murzyn ma wiadro sylaby
następny akt ślepni
ciepły
spod babiej góry
dla żartu
w gardle
w podróży
łopatą rozdzielone
albo postać porzucona
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
nieziemskiej urody
życie to nic z tych rzeczy
wagonów
jej ciało oplatają węże
kalarepa
przewrócony
między muzyką a mózgiem
po dwóch sekundach
pokrywka w bażancie stuka
potwór przysięga obsesji
jak ślepy jest ten ślub
zawsze nas coś omija
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
blizna
osioł
na południowy wschód od vöru
na połamanym krześle
teofan grek maluje koronkowe majtki
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
bez oczu
otoczony przez mywyje
o niej chmarzy ziemia
krwią
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w studni
mielony
żyrafy
w wilczurze
na schodach
głowa bez tacy
nacina
w postaci ulewy
armata
przerywa
nie do oderwania od wzroku
but cebulowy nerwicy
już bogaty
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
głód
czereśnie z tłumanami
w wylęgarni
ptak się kończy
umiejscowiona w gruczołach potowych
daleko mu do spiewu płetwali
szaleniec
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
a początek nie ma końca
są światła widzialne i nie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
potrząsa
jak gęsty bywa
w półmroku
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
udaje
kwiaty plują
fryzura bez kierowcy
rywal wkłada tunel
sunie
ma sześć ramion
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
błądzi
głód bez kolców
albrecht dürer płynie na zelandię
zaśnieżonych
w uśmiechu poręcznym
włóczka podwórek
miękka
czas się w nas umówił z nikim
w halce
425 mln lat temu
panna młoda w rogu sali jeszcze
wnikliwa
źle wbite
otyłe
zadziorna
ukłony
albo postać połamana
samica już odbyta
lotnisko
zawiedziony
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
domysłem świat świeci
w naczyniu
znalazły dziewczynkę
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
trzustka prawidłowej wielkości
koza spoglądajaca na drzewo
do zatopienia
drogą polna
tonie
kto zdechnie wcześniej?
drzewa
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w milczenie zawinięte
komornik zwilża lub kołomyi
szczebiota mięso
słoń na druty tyje
jabłonki
tako rzeczą czamorro
w przebraniu
pięknie się wije
olbrzymia
w rzeczywistości
drapieżny
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
przemieszcza się kura olbrzyma
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
obdarty
drzewo
pająk
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
w masarni
drzewo bez kapelusza
nieruchomo
ujada
do mszy
o prawidłowej echostrukturze
atleta gotowy na raka klapki
zaciska oczu kleszcze
wyrasta
błękitny
pieskiem
głęboka żmija
udręka
wślizguje się
nie do oderwania od śmierci
paznokieć
wysmukła
drapieżny zemdlał tygrys
w pomidorowej
przez cały listopad
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wydają się ślepo przecinać niebo
na trzecim piętrze
dotyk inne mamiątki
idiota wyje pomidory
z nor
światła krwią
chmura
głaz
kura
tramwajem zarosłe
pilota
marszałek
głęboka
za miastem
pauzą dotknięte
z turkusowym kamieniem
rzęsa
obłok płynie utonąć
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
wzgórza
sąsiad
o wieczność się napotyka
mydło
w przybliżeniu nieistniejące
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
wygrywa ten kto głębiej zapomina
przemieszcza się
alpinista w futrze na antenie
jeż czyha w zakonie
puszczyk zanurza się śniegu
jaśnieje
w cenie
żmija
okazało się że to prawda
jest są tó
idiota
w kropli
jacht
david attenborough poświadcza
tajfun
kakao
na ludzi zakłada wnyki
w wylęgarni kwiaty plują
chwiliwarta
cyna pościeli
szczur
szpak w puszce wieczór nietknięty
wypełniony treścią ropną
igła w oko puka
w postaci rosy
wartość tuczna i rzeźna
taka jest sprawiedliwość
jest są bogiem
świat nie do oderwania od wzroku
noc
w nosie
innego ratunku nie ma
uważa
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
albo postać nieprzewidziana
ząb proroczy wypada głaz
wygląda ze smoczej jamy
noc o krok do zatopienia
policjant tęskni rzeczy jedzą
pośród lodów arktyki
drabina opiera się o ścianę
we śnie
w jamie otrzewnej
wiosłują