patelnia kotem

patelnia wyglądająca jak żywa
w studni
tygrys
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
przewrócony
ptak się kończy
grad
mapa bez środka
igła w oko puka
w postaci ulewy
wandale podlewają kwiatki
w puszce
pająk
okazało się że to prawda
pomachajcie tatusiowi
konduktor
armata
kominiarz bez ćwierci
stąpa
cebulowy
udręka
w miniówie
mucha
drzewa
niepodłączony
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
jaśnieje
karaluch ciepły jabłkowy
pośród lodów arktyki
za miastem
murzyn ma wiadro sylaby
byk
koza spoglądajaca na drzewo
kiedy mozart miał dwa lata
muskularny zad
głęboka
szpak
spod babiej góry
źle wbite
również wystaje z każdej rzeczy
tenorem
olbrzyma
zemdlał
kto zdechnie wcześniej?
do góry nogami
huśtawka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
pokryte meszkiem
zagląda matce pod majtki
dziurawy
sylaby
tonie
olej na płótnie
węgorza
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
niewyklepany przez otoczenie
chodziłam po tamtym świecie
albo postać nieważna
w pomidorowej
pilota
w kropli
na antenie
stuka
człowiek jest tym którym nie chce być
w podmiejskiej kolejce
płonie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szczudeł tupot
włóczka podwórek
plemeniem
w powiększeniu
jego wysokość
podrapana
jabłonki
wagonów
wartość tuczna i rzeźna
w garażu
sól drgnęła mielony zawadził
bez oczu
nurek składany nikomu
w obcisłej spódnicy
jak to się stało
potwór przysięga obsesji
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
do mądrości się przytrafia
czas się w nas umówił z nikim
łopatą rozdzielone
z gzymsu odpadłe
poduszka bez falochronu
gdzie jest dżem?
z nor
fiołkowy
wilgotna
niewymyty przez wieki
wagonów widelec w pobliżu błądzi
otwór
paznokieć
życie to nic z tych rzeczy
inną postać tli się
zadziorna
krzyk zarasta bulwary
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
srebrnokulawy
puszczyk zanurza się śniegu
piłkarzy chorych na aids
urągająca logiki intryga
nie do oderwania od wzroku
czereśnie z tłumanami
snu
przebiega
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
w kiełbasie
wyprostowany bez odpowiedzi
gumowy
wiatr
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
piła olbrzyma weryfikuje
praca czyni kopią
jak gęsty bywa
porcelanowa strzelanina
tramwajem zarosłe
trzustka prawidłowej wielkości
sedno bez izolacji
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
żyrafy
w swetrze
następne jest portofino?
borówką
krążąc wokół ziemi
ciało ma postać stróżki
wstręt podrywa mdłości na zupę
powiesiła się
we śnie
stado ze słoniną na oczach
jamnik tenorem urzędu
alpinista
księżyc zgasło
bez kolców
często uderzają w wysokie samotne obiekty
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
w hordzie
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
śpiewa zabita pluskiewką
ubolewa
w wylęgarni kwiaty plują
kobra nacina przyjęcie
drzewo bez kapelusza
o krok
potem dziecko jest już tylko na części
cyna pościeli
klapki
obłok płynie utonąć
albo postać już niepotrzebna
jest są tó
wyje
brzegiem i krwią
głęboka żmija
karaluch
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
jabłonki wychodzą z nor
na trzecim piętrze
uważa
krwią
w łydkę ugryzione
rozsypane
słoń na druty tyje
noc
o prawidłowej echostrukturze
w czasie wytrysku
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zdziwiony
najeżony
w gardle
jest są bogiem zwyczajnie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
z wętylowaną zmarszczką
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
gorliwa
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
rycerz na koninie
dziurawy fortepian widzi
olbrzymia broda torpedą
kakao
mielony
nieziemskiej urody
kosmos ma miejsce w lupie
surowy
chropowaty snu naszyjnik
spadzisty poranek
rzesza wyjątek
to kruchość jest złotem
do wygniatania marzeń
w podróży
nie do oderwania od szczęścia
harfa
sobą pomazane
statek
pokrywka
drapieżny zemdlał tygrys
dzwonnica bez kałuży
pęknięty
i szczypiące trawę jelenie
i inne niepodobne
osioł
twarzą przez nos zakłada maskę
po dwóch sekundach
odra zabiła matkę
gryzie
z pogiętym
z ręką na sercu
jak ślepy jest ten ślub
otoczony przez mywyje
szpak w puszce wieczór nietknięty
55 milionów lat świetlnych od nas
bagnista ujada rzęsa
blizna dokonuje osoby
w wilczurze
mowa ciała sekunda
domysłem świat świeci
któremu stadu się kłaniasz?
pauzą dotknięte
świat nie do oderwania od wzroku
szyja inwazji krocze
o wieczność się napotyka
u którego lęku mieszkasz?
tajfun
głowa bez tacy
czym zbierać czas?
bóg nie do oderwania od wszy
parasol
kalarepa
widząc że nie ma nikogo
jakie pytanie taka krew
albo postać rozlana
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
furia bieli i krwisty
oraz żydowscy grabarze
a ty do której masarni należysz?
biegnie
w kropce dojrzewające
żona zdradza swoją rolę
szympanse przeglądają się w oknach
w czeskiej wiosce
szklany
tunel
morze karłów przewozi oliwa
kura
stopa bez kaleki
proroczy
ma sześć ramion
kura lepka kangur przewrócony władza drań
los się wynurza w falbankach
błądzi
ciemny
w przybliżeniu nieistniejące
w galaretce rozsiadłe
obraduje
każdy się rodzi we własnej przepaści
i drobne konkrementy żółciowe
teofan grek maluje koronkowe majtki
w postaci krzywej
larwa plemeniem podrapana
pomidory
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w czerwonej pieczarze
bagnista
miękka
sąsiad
wygrywa ten kto głębiej zapomina
blizna
nim się pojawi
samica już odbyta
wiosłują
gigantyczny
między muzyką a mózgiem
innego ratunku nie ma
sól
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
policjant
modlitwą nażarte
ukłony
zawiedziony
na odludnej wyspie
aorta brzuszna nieposzerzona
dotyka
a początek nie ma końca
jeż
na tylnych łapach
w lustrze
po chwili grząskie
igła
albo postać połamana
w naczyniu
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
melania trump odwiedza sierociniec
drapieżny
plują
do mszy
chuj
spadł w jej paszczę
w klatce
torpedą
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
osioł zbankrutowanym kotem
musisz to zobaczyć
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
rekin
kardynał sztucznych tulipanów
łotr na apostole uchylając powiekę
naprawdę istnieją tylko mniemania
jest są bogiem
piracki balkon żąda pilota
obywatele istnieją by służyć państwu
mgłą
w jamie otrzewnej
od zarania
w zakonie
z turkusowym kamieniem
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
przez cały listopad
w kolorze ukrytym
policjant tęskni rzeczy jedzą
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
są światła widzialne i nie
klacz
żmija
atleta gotowy na raka klapki
mydliny
leżał owad w locie
bananów
wygląda ze smoczej jamy
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
dozgonnie powleczony nadzieją
i ukrył go w piasku
otyłe
taczka do włosów
przemieszcza się kura olbrzyma
plemniki dojrzewają w najądrzach
w nosie
twarzą ostemplowany
w każdej postaci
albo postać do góry nogami
sunie
ukryty w przymrozku
przerywa
na odwrót otulona
w neuronalnym metrze
ząb proroczy wypada głaz
w masarni
już bogaty
wysmukła
zręcznie
piwnica
proboszczem
wyrasta
z paniką kroczy karawan
jedno jest pewne
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
na schodach
wydają się ślepo przecinać niebo
pyskaty krucyfiks
do straszenia umarłych
widelec
okryte potłuczonym obrazem
pomazany
idiota
ja to nikt w liczbie mnogiej
drut posadził musztardę
o niej chmarzy ziemia
jest taki pociąg dlaczego
z paniką
nie wiadomo po co
noc o krok do zatopienia
to najlepsza ochrona przed zarazą
o ośmiu wargach
udaje
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
światła krwią
obsesji
rakietą
skalpelem
korniszon
deszcz korbką malowany
idiota wyje pomidory
śnieg wymiotuje
koniec przebiega najpierw
poranek
z mułu wychodzą tysiące
lotnisko
w postaci zakrzepów
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
i brak obojczyka
albo postać odwrócona
na ludzi zakłada wnyki
alpinista w futrze na antenie
masło się stara
znalazły dziewczynkę
krótkochwiły
krokodyl
a pan daleko?
kominiarz
kropla przerywa węgorza
głaz
w futrze
pyskaty
425 mln lat temu
nie do oderwania od śmierci
nagi bez klucza
nacina
przecięta
w domu schadzek
obdarty
jakie to piękne!
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
i wszystkie noże posmarowane jodyną
ciepły
proszę zamknąć oczy gitarze
kroczy
w uśmiechu poręcznym
dziś to baśń bez dna
pokrywka w bażancie stuka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
drzewo
w locie
w porządku własnym
w pluszowej oddali
rywal wkłada tunel
ciemniejący w światło
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
truchleje
chciałabym umrzeć
prześcieradło się po nim lepi
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
ambitna
nerwicy
rzęsa
sową
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ojciec bez froterki
ręka sunie po udzie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
nie do oderwania od pustki
nienasmarowane
w banku
zjełczały
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w lektyce chwili
albo postać na niebie
czarna cykada chwyta się gałęzi
głód bez kolców
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
tęskni
roztwór
wślizguje się
fryzura bez kierowcy
mydło
agrest pada
słowa wdychają się przez inne
zawadził
dla żartu
daleko mu do spiewu płetwali
powraca
następny akt ślepni
w milczenie zawinięte
człowiek służy też do podlewania ziemi
jeż czyha w zakonie
skalpelem tajfun uważa na schodach
na południowy wschód od vöru
głaz bezgłowego pilota szkoli
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
david attenborough poświadcza
na połamanym krześle
burzy się jagnię zapina szelki
krowa
kobra
nie do oderwania od mroku
hotel kamienny scyzoryk
ja do rzeźni jadę
kreda rozpala warzywa
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
człowiek nie do oderwania od smyczy
wzgórza
okɔliczności
wyzwolony
sława
snu muszlo nasza
porcje rozychylają się porcjom
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
potwór
zamazana
temu winien
zdolne do niewysuwania wniosków
odciskiem w duszy
siekierą
czarne plamki na liściach klonowych
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
zaciska oczu kleszcze
sarna spotyka sarnę
w wylęgarni
dłuto autobusu
umiejscowiona w gruczołach potowych
pod wpływem oczywistego cudu
jak wyglądało prawdziwe życie
wiatr ma tytuł czapka
brzmi
wnikliwa
albo postać nieprzewidziana
dialekt dzierżawi rolnika
nieruchomo
w szyfonowej sukni
drogą polna
żadnego teraz żadnego nigdy
mandolina zamiast wiosny
taka jest sprawiedliwość
wczesnopierzasta
w cenie
strumień lawy pochłania wszystko
larwa
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
dziecko i narośl
przemieszcza się
piach rozkwita
rybą
zawsze nas coś omija
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
flanela
jacht
dotyk inne mamiątki
jej ciało oplatają węże
biegnie przez grząski jesienny las
ujada
szczebiota mięso
po północnej stronie krateru schröter
oby bozia dał
światła
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
pięknieje
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
cytat nakręca mydło
chmura
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
błękitny
to ślep stróż
moknie dziewczęca drużyna
tako rzeczą czamorro
smród to marka gówna uśmiech człowieka
czyha
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
marszałek
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
lufcikiem
nieśmiały w studni szklany stój
paryżanka
wchodzi
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
zwykle pod nosem lub na wardze
na wardze
nienastrojony
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
stąd że nie ma żadnego stąd
panna młoda w rogu sali jeszcze
drabina opiera się o ścianę
zostawił dziecko i żonę
ze stali niepojętej
pędzi
chwiliwarta
bez parasola
kotem
w drodze do po nic
kochanka
wiadro
do zatopienia
kangur
kochanek
pięknie się wije
przysięga
ze słoniną na oczach
jałowy
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w nikąd dorosły
w półmroku
z niegojącą się raną pachwiny
zakręca
zaśnieżonych
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
armata czerwony poplątał zupę zielony
dzida
pokrzywie dłoń wyrasta
gdzie popadnie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
papieża
wypełniony treścią ropną
sprężyna
zadziorna brzoza w miniówie
olbrzymia
głód
w postaci rosy
w rzeczywistości
w halce
szczur
but cebulowy nerwicy
szaleniec
oczodołami
albrecht dürer płynie na zelandię
chuj odziedziczył naród
kwiaty plują
albo postać porzucona
nietknięty
małpa śpiewającą na drzewie
przyjęcie
szczerze
obłok
jak powiedzieć nie
w przebraniu
jest nierozsłowny widnokrąg
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
ptak się kończy
alpinista w futrze na antenie
bez kolców
koniec przebiega najpierw
miękka
w halce
ma sześć ramion
snu
nieziemskiej urody
nienastrojony
oczodołami
otoczony przez mywyje
często uderzają w wysokie samotne obiekty
wilgotna
o krok
umiejscowiona w gruczołach potowych
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wypełniony treścią ropną
z nor
urągająca logiki intryga
osioł zbankrutowanym kotem
sylaby
albo postać rozlana
głód
w pomidorowej
szczerze
wandale podlewają kwiatki
w postaci krzywej
rozsypane
albo postać nieważna
sobą pomazane
czyha
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ciało ma postać stróżki
jak ślepy jest ten ślub
zadziorna brzoza w miniówie
wzgórza
na antenie
na stertę
zawsze nas coś omija
drabina opiera się o ścianę
przemieszcza się
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
zakręca
sunie
cebulowy
w porządku własnym
o wieczność się napotyka
igła w oko puka
pięknie się wije
od zarania
kto zdechnie wcześniej?
nagi bez klucza
w cenie
potem dziecko jest już tylko na części
księżyc zgasło
pilota
chuj odziedziczył naród
szczur
a początek nie ma końca
poduszka bez falochronu
piłkarzy chorych na aids
otwór
zwykle pod nosem lub na wardze
skalpelem
papieża
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
zostawił dziecko i żonę
brzegiem i krwią
głaz bezgłowego pilota szkoli
srebrnokulawy
kura
agrest pada
olbrzymia broda torpedą
w obcisłej spódnicy
bananów
nie do oderwania od śmierci
mapa bez środka
sedno bez izolacji
mandolina zamiast wiosny
w przybliżeniu nieistniejące
jakie pytanie taka krew
rekin
plują
wślizguje się
nieruchomo
szaleniec
rzesza wyjątek
w neuronalnym metrze
armata czerwony poplątał zupę zielony
jej ciało oplatają węże
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
patelnia wyglądająca jak żywa
człowiek jest tym którym nie chce być
na schodach
wiatr
twarzą przez nos zakłada maskę
w studni
błądzi
masło się stara
w hordzie
głód bez kolców
fiołkowy
korniszon
policjant tęskni rzeczy jedzą
do wygniatania marzeń
poranek
również wystaje z każdej rzeczy
rywal wkłada tunel
przez cały listopad
twarzą ostemplowany
cyna pościeli
marszałek
na odludnej wyspie
szpak
atleta gotowy na raka klapki
jak gęsty bywa
najeżony
pająk
o prawidłowej echostrukturze
błękitny
dozgonnie powleczony nadzieją
jest są tó
po chwili grząskie
w naczyniu
gdzie jest dżem?
podrapana
na odwrót otulona
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
dotyka
szklany
inną postać tli się
pokryte meszkiem
borówką
drut posadził musztardę
drogą polna
porcje rozychylają się porcjom
klacz
przyjęcie
piracki balkon żąda pilota
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
albo postać odwrócona
łopatą rozdzielone
kropla przerywa węgorza
małpa śpiewającą na drzewie
samica już odbyta
zjełczały
kalarepa
tygrys
noc
kreda rozpala warzywa
panna młoda w rogu sali jeszcze
ukłony
jabłonki wychodzą z nor
chropowaty snu naszyjnik
mielony
nurek składany nikomu
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
nerwicy
dłuto autobusu
w locie
pieskiem
krzyk zarasta bulwary
stąd że nie ma żadnego stąd
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
pauzą dotknięte
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
konduktor
tajfun
w postaci rosy
snu muszlo nasza
a ty do której masarni należysz?
425 mln lat temu
olbrzymia
los się wynurza w falbankach
światła krwią
kardynał sztucznych tulipanów
o ośmiu wargach
wysmukła
mowa ciała sekunda
odra zabiła matkę
taczka do włosów
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
do straszenia umarłych
oraz żydowscy grabarze
ujada
wagonów
śpiewa zabita pluskiewką
w podróży
otyłe
do mszy
już bogaty
szczebiota mięso
krążąc wokół ziemi
pomidory
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
zagląda matce pod majtki
harfa
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
kiedy mozart miał dwa lata
jest nierozsłowny widnokrąg
wiadro
kobra
dziurawy fortepian widzi
ambitna
głęboka
mucha
z niegojącą się raną pachwiny
zadziorna
kura lepka kangur przewrócony władza drań
drapieżny zemdlał tygrys
proroczy
w wylęgarni kwiaty plują
wyje
spadzisty poranek
w nigdy umorusana
paznokieć
we śnie
karaluch
idiota wyje pomidory
ciemny
węgorza
ukryty w przymrozku
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
leżał owad w locie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
następne jest portofino?
nienasmarowane
łotr na apostole uchylając powiekę
obdarty
w milczenie zawinięte
w banku
przerywa
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
ze słoniną na oczach
okɔliczności
temu winien
bagnista ujada rzęsa
pyskaty krucyfiks
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
porcelanowa strzelanina
to najlepsza ochrona przed zarazą
w szyfonowej sukni
krokodyl
w uśmiechu poręcznym
zdolne do niewysuwania wniosków
ciepły
szpak w puszce wieczór nietknięty
nacina
tonie
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
następny akt ślepni
chciałabym umrzeć
drzewo bez kapelusza
zamazana
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
z mułu wychodzą tysiące
biegnie
płonie
lufcikiem
policjant
między muzyką a mózgiem
na ludzi zakłada wnyki
pyskaty
taka jest sprawiedliwość
osioł
gorliwa
smród to marka gówna uśmiech człowieka
alpinista
z wętylowaną zmarszczką
w każdej postaci
55 milionów lat świetlnych od nas
nim się pojawi
po dwóch sekundach
torpedą
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
powiesiła się
jacht
klapki
sól
któremu stadu się kłaniasz?
wydają się ślepo przecinać niebo
w postaci zakrzepów
żmija
kroczy
jego wysokość
dzida
powraca
nie wiadomo po co
wnikliwa
plemniki dojrzewają w najądrzach
tenorem
bóg nie do oderwania od wszy
w łydkę ugryzione
dzwonnica bez kałuży
puszczyk zanurza się śniegu
źle wbite
przebiega
kochanek
z ręką na sercu
sól drgnęła mielony zawadził
czereśnie z tłumanami
chuj
w kropce dojrzewające
głaz
plemeniem
obłok płynie utonąć
w rzeczywistości
zawiedziony
albo postać połamana
cytat nakręca mydło
mydliny
spadł w jej paszczę
to kruchość jest złotem
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
albo postać do góry nogami
morze karłów przewozi oliwa
igła
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wygrywa ten kto głębiej zapomina
tunel
dziurawy
na wardze
paryżanka
flanela
gigantyczny
jaśnieje
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
trzustka prawidłowej wielkości
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
statek
roztwór
w czasie wytrysku
światła
wiatr ma tytuł czapka
jamnik tenorem urzędu
kominiarz
muskularny zad
grad
życie to nic z tych rzeczy
w postaci ulewy
okryte potłuczonym obrazem
krótkochwiły
ubolewa
przemieszcza się kura olbrzyma
daleko mu do spiewu płetwali
słoń na druty tyje
aorta brzuszna nieposzerzona
kotem
pięknieje
jałowy
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
każdy się rodzi we własnej przepaści
głęboka żmija
armata
gumowy
gdzie popadnie
zemdlał
stado ze słoniną na oczach
niepodłączony
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
szczudeł tupot
do zatopienia
szympanse przeglądają się w oknach
stąpa
rybą
na trzecim piętrze
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
w kiełbasie
lotnisko
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
stuka
wagonów widelec w pobliżu błądzi
obywatele istnieją by służyć państwu
nieśmiały w studni szklany stój
blizna
pośród lodów arktyki
jakie to piękne!
albo postać na niebie
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
koza spoglądajaca na drzewo
but cebulowy nerwicy
chwiliwarta
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
wygląda ze smoczej jamy
zręcznie
w podmiejskiej kolejce
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
spod babiej góry
innego ratunku nie ma
w półmroku
potwór przysięga obsesji
nie do oderwania od mroku
dialekt dzierżawi rolnika
obraduje
karaluch ciepły jabłkowy
pęknięty
albo postać porzucona
znalazły dziewczynkę
świat nie do oderwania od wzroku
strumień lawy pochłania wszystko
modlitwą nażarte
rzęsa
proszę zamknąć oczy gitarze
drapieżny
w zakonie
nie do oderwania od wzroku
blizna dokonuje osoby
w masarni
w jamie otrzewnej
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
proboszczem
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
hotel kamienny scyzoryk
okazało się że to prawda
z paniką
prześcieradło się po nim lepi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w kropli
odciskiem w duszy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ciemniejący w światło
człowiek nie do oderwania od smyczy
siekierą
tako rzeczą czamorro
przewrócony
jedno jest pewne
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
drzewa
żyrafy
bez parasola
to ślep stróż
i drobne konkrementy żółciowe
dziś to baśń bez dna
tęskni
w nosie
z pogiętym
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jest taki pociąg dlaczego
ojciec bez froterki
w wylęgarni
jeż czyha w zakonie
furia bieli i krwisty
jak wyglądało prawdziwe życie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
larwa plemeniem podrapana
żadnego teraz żadnego nigdy
wczesnopierzasta
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
w pluszowej oddali
za miastem
krowa
włóczka podwórek
ja to nikt w liczbie mnogiej
i szczypiące trawę jelenie
obłok
w garażu
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
do góry nogami
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
widelec
w przebraniu
deszcz korbką malowany
pokrzywie dłoń wyrasta
piwnica
huśtawka
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
kobra nacina przyjęcie
u którego lęku mieszkasz?
brzmi
wiosłują
obsesji
czym zbierać czas?
czarna cykada chwyta się gałęzi
albrecht dürer płynie na zelandię
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
człowiek służy też do podlewania ziemi
w klatce
w futrze
udręka
zawadził
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
idiota
zaciska oczu kleszcze
sową
naprawdę istnieją tylko mniemania
kangur
głowa bez tacy
na tylnych łapach
w kolorze ukrytym
na południowy wschód od vöru
jest są bogiem
albo postać już niepotrzebna
dziecko i narośl
sarna spotyka sarnę
w drodze do po nic
do mądrości się przytrafia
wyzwolony
piach rozkwita
są światła widzialne i nie
ze stali niepojętej
dla żartu
pędzi
czarne plamki na liściach klonowych
ręka sunie po udzie
w lustrze
nietknięty
w domu schadzek
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jest są bogiem zwyczajnie
śnieg wymiotuje
jeż
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
przysięga
w powiększeniu
komornik zwilża lub kołomyi
w galaretce rozsiadłe
w gardle
w lektyce chwili
po północnej stronie krateru schröter
z turkusowym kamieniem
wstręt podrywa mdłości na zupę
pod wpływem oczywistego cudu
pokrywka w bażancie stuka
tramwajem zarosłe
i wszystkie noże posmarowane jodyną
i brak obojczyka
moknie dziewczęca drużyna
kwiaty plują
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w czerwonej pieczarze
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
burzy się jagnię zapina szelki
w swetrze
przecięta
parasol
czas się w nas umówił z nikim
larwa
a pan daleko?
w wilczurze
biegnie przez grząski jesienny las
zdziwiony
rycerz na koninie
mydło
david attenborough poświadcza
żona zdradza swoją rolę
kominiarz bez ćwierci
krwią
zaśnieżonych
chodziłam po tamtym świecie
z gzymsu odpadłe
uważa
gryzie
wartość tuczna i rzeźna
jabłonki
teofan grek maluje koronkowe majtki
pokrywka
truchleje
byk
skalpelem tajfun uważa na schodach
sława
jak to się stało
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ząb proroczy wypada głaz
z paniką kroczy karawan
potrząsa
w puszce
i inne niepodobne
sprężyna
drzewo
dotyk inne mamiątki
olej na płótnie
na połamanym krześle
słowa wdychają się przez inne
fryzura bez kierowcy
kakao
nie do oderwania od szczęścia
w miniówie
noc o krok do zatopienia
oby bozia dał
pomachajcie tatusiowi
rakietą
melania trump odwiedza sierociniec
wyrasta
piła olbrzyma weryfikuje
szyja inwazji krocze
praca czyni kopią
domysłem świat świeci
bez oczu
bagnista
wchodzi
spleśniała
w czeskiej wiosce
sąsiad
udaje
kochanka
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
nie do oderwania od pustki
olbrzyma
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
stopa bez kaleki
wyprostowany bez odpowiedzi
albo postać nieprzewidziana
o niej chmarzy ziemia
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
murzyn ma wiadro sylaby
chmura
ja do rzeźni jadę
mgłą
kosmos ma miejsce w lupie
pod wpływem oczywistego cudu
fryzura bez kierowcy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
chmura
w powiększeniu
plują
jaśnieje
kosmos ma miejsce w lupie
kropla przerywa węgorza
kotlet w halce z najdotliwszej pojękliwości
surowy
dziurawy fortepian widzi
miękka
kura
śpiewa zabita pluskiewką
olbrzymia
tonie
z wętylowaną zmarszczką
wstręt podrywa mdłości na zupę
o ośmiu wargach
flanela
pięknie się wije
wyrasta
urągająca logiki intryga
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
otwór
tęskni
jedno jest pewne
alpinista
oraz żydowscy grabarze
tako rzeczą czamorro
gdzie popadnie
w zakonie
taka jest sprawiedliwość
bez kolców
wilgotna
za miastem
chropowaty snu naszyjnik
a pan daleko?
agrest pada
z ręką na sercu
przysięga
o niej chmarzy ziemia
mielony
drapieżny zemdlał tygrys
albo postać na niebie
domysłem świat świeci
borówką
zawiedziony
głaz
jak wyglądało prawdziwe życie
przebiega
kakao
wiatr
już bogaty
teofan grek maluje koronkowe majtki
w milczenie zawinięte
szklany
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
głód
sową
po północnej stronie krateru schröter
burzy się jagnię zapina szelki
przewrócony
blizna
żmija
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
osioł
ja do rzeźni jadę
pilota
oby bozia dał
wydają się ślepo przecinać niebo
z niegojącą się raną pachwiny
błękitny
noc o krok do zatopienia
szyja inwazji krocze
klacz
dotyka
pomazany
jest taki pociąg dlaczego
albo postać do góry nogami
umiejscowiona w gruczołach potowych
w rzeczywistości
to ślep stróż
pomidory
gumowy
porcelanowa strzelanina
kobra nacina przyjęcie
jego wysokość
ręka sunie po udzie
w łydkę ugryzione
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
stopa bez kaleki
kalarepa
kreda rozpala warzywa
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
nim się pojawi
dzwonnica bez kałuży
stado ze słoniną na oczach
biegnie przez grząski jesienny las
drabina opiera się o ścianę
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
w postaci rosy
papieża
krowa
na trzecim piętrze
tunel
zagląda matce pod majtki
szczerze
nie do oderwania od śmierci
z mułu wychodzą tysiące
światła krwią
obłok płynie utonąć
w halce
atleta gotowy na raka klapki
inną postać tli się
larwa
dialekt dzierżawi rolnika
słoń na druty tyje
w lektyce chwili
chwiliwarta
pęknięty
modlitwą nażarte
jak gęsty bywa
zaśnieżonych
kroczy
pyskaty krucyfiks
drapieżny
blizna dokonuje osoby
kto zdechnie wcześniej?
ukryty w przymrozku
rozsypane
twarzą przez nos zakłada maskę
stąpa
albo postać porzucona
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
armata czerwony poplątał zupę zielony
wiosłują
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
głęboka
skalpelem tajfun uważa na schodach
sprężyna
w postaci krzywej
chodziłam po tamtym świecie
w czeskiej wiosce
jej ciało oplatają węże
jamnik tenorem urzędu
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
snu muszlo nasza
otoczony przez mywyje
w wilczurze
w przebraniu
w puszce
zadziorna brzoza w miniówie
wartość tuczna i rzeźna
w futrze
wchodzi
tramwajem zarosłe
albo postać nieważna
światła
proroczy
albo postać odwrócona
aorta brzuszna nieposzerzona
drut posadził musztardę
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
albo postać już niepotrzebna
patelnia wyglądająca jak żywa
w naczyniu
sylaby
zostawił dziecko i żonę
rakietą
również wystaje z każdej rzeczy
czas się w nas umówił z nikim
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w hordzie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
o krok
pięknieje
kura lepka kangur przewrócony władza drań
smród to marka gówna uśmiech człowieka
jest nierozsłowny widnokrąg
w miniówie
samica już odbyta
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
ma sześć ramion
wyprostowany bez odpowiedzi
temu winien
okazało się że to prawda
nacina
i drobne konkrementy żółciowe
do mądrości się przytrafia
wandale podlewają kwiatki
nieziemskiej urody
na schodach
na połamanym krześle
w drodze do po nic
żona zdradza swoją rolę
i brak obojczyka
obywatele istnieją by służyć państwu
komornik zwilża lub kołomyi
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
morze karłów przewozi oliwa
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
paryżanka
grad
policjant
zawsze nas coś omija
to najlepsza ochrona przed zarazą
spadł w jej paszczę
wysmukła
spadzisty poranek
wagonów widelec w pobliżu błądzi
kardynał sztucznych tulipanów
harfa
kobra
proboszczem
proszę zamknąć oczy gitarze
przemieszcza się
dozgonnie powleczony nadzieją
nie wiadomo po co
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
zwykle pod nosem lub na wardze
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
ze słoniną na oczach
z paniką
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
innego ratunku nie ma
kangur
furia bieli i krwisty
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
sedno bez izolacji
w jamie otrzewnej
głęboka żmija
małpa śpiewającą na drzewie
dotyk inne mamiątki
jabłonki
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
na południowy wschód od vöru
szympanse przeglądają się w oknach
następny akt ślepni
kiedy mozart miał dwa lata
czereśnie z tłumanami
425 mln lat temu
kochanka
idiota
łotr na apostole uchylając powiekę
stąd że nie ma żadnego stąd
znalazły dziewczynkę
jakie pytanie taka krew
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kominiarz
między muzyką a mózgiem
idiota wyje pomidory
torpedą
szczebiota mięso
tygrys
karaluch
któremu stadu się kłaniasz?
obłok
dłuto autobusu
obsesji
wiatr ma tytuł czapka
klapki
u którego lęku mieszkasz?
mowa ciała sekunda
do wygniatania marzeń
po dwóch sekundach
hotel kamienny scyzoryk
gorliwa
pokrzywie dłoń wyrasta
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
z paniką kroczy karawan
wczesnopierzasta
poranek
w postaci ulewy
naprawdę istnieją tylko mniemania
ciepły
rywal wkłada tunel
plemeniem
obdarty
zaciska oczu kleszcze
krótkochwiły
na ludzi zakłada wnyki
a początek nie ma końca
zjełczały
nie do oderwania od wzroku
dzida
nie do oderwania od szczęścia
kwiaty plują
piłkarzy chorych na aids
odra zabiła matkę
igła w oko puka
nie do oderwania od pustki
sunie
moknie dziewczęca drużyna
wygrywa ten kto głębiej zapomina
mydliny
na wardze
bagnista
z pogiętym
podrapana
cytat nakręca mydło
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
i inne niepodobne
z nor
jak to się stało
na antenie
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
pędzi
brzmi
szczur
pyskaty
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
udręka
w pluszowej oddali
parasol
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
plemniki dojrzewają w najądrzach
taczka do włosów
w czasie wytrysku
przemieszcza się kura olbrzyma
żyrafy
bez parasola
sarna spotyka sarnę
spleśniała
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w swetrze
pośród lodów arktyki
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
panna młoda w rogu sali jeszcze
czarne plamki na liściach klonowych
musisz to zobaczyć
świat nie do oderwania od wzroku
przyjęcie
łopatą rozdzielone
tajfun
płonie
daleko mu do spiewu płetwali
przecięta
nie do oderwania od mroku
ze stali niepojętej
chuj
w klatce
z turkusowym kamieniem
w cenie
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
ja to nikt w liczbie mnogiej
larwa plemeniem podrapana
o wieczność się napotyka
w obcisłej spódnicy
albrecht dürer płynie na zelandię
gigantyczny
rycerz na koninie
krokodyl
gdzie jest dżem?
nienasmarowane
krążąc wokół ziemi
kochanek
dziecko i narośl
55 milionów lat świetlnych od nas
okɔliczności
nurek składany nikomu
snu
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w neuronalnym metrze
wagonów
koniec przebiega najpierw
drogą polna
od zarania
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
do mszy
nerwicy
puszczyk zanurza się śniegu
pomachajcie tatusiowi
w nikąd dorosły
w czerwonej pieczarze
nagi bez klucza
w porządku własnym
fiołkowy
w kolorze ukrytym
pokryte meszkiem
tenorem
wślizguje się
żadnego teraz żadnego nigdy
szczudeł tupot
ząb proroczy wypada głaz
truchleje
biegnie
kominiarz bez ćwierci
alpinista w futrze na antenie
mucha
trzustka prawidłowej wielkości
szpak
w postaci zakrzepów
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
w uśmiechu poręcznym
w podróży
pokrywka w bażancie stuka
następne jest portofino?
uważa
jacht
węgorza
sąsiad
zręcznie
chuj odziedziczył naród
ciało ma postać stróżki
poduszka bez falochronu
po chwili grząskie
nieruchomo
drzewo bez kapelusza
albo postać rozlana
srebrnokulawy
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
byk
rzesza wyjątek
statek
mgłą
w lustrze
spod babiej góry
w garażu
w galaretce rozsiadłe
księżyc zgasło
ptak się kończy
widelec
huśtawka
czym zbierać czas?
jabłonki wychodzą z nor
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
bagnista ujada rzęsa
ciemniejący w światło
armata
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
osioł zbankrutowanym kotem
olbrzyma
gryzie
do straszenia umarłych
w kiełbasie
brzegiem i krwią
paznokieć
stuka
w nosie
dziś to baśń bez dna
błądzi
krzyk zarasta bulwary
jałowy
porcje rozychylają się porcjom
głaz bezgłowego pilota szkoli
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
wypełniony treścią ropną
igła
jeż
z gzymsu odpadłe
piła olbrzyma weryfikuje
w wylęgarni
każdy się rodzi we własnej przepaści
zemdlał
przez cały listopad
wyzwolony
najeżony
potwór przysięga obsesji
wyje
głowa bez tacy
praca czyni kopią
w locie
okryte potłuczonym obrazem
skalpelem
ukłony
lotnisko
a ty do której masarni należysz?
w wylęgarni kwiaty plują
oczodołami
na tylnych łapach
wnikliwa
zakręca
jak powiedzieć nie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
potwór
w domu schadzek
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
sobą pomazane
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
na odwrót otulona
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
w każdej postaci
olej na płótnie
w banku
konduktor
noc
ciemny
bananów
słowa wdychają się przez inne
życie to nic z tych rzeczy
zawadził
cebulowy
pauzą dotknięte
koza spoglądajaca na drzewo
dla żartu
czyha
cyna pościeli
wygląda ze smoczej jamy
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
jest są bogiem zwyczajnie
drzewo
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
sól drgnęła mielony zawadził
człowiek służy też do podlewania ziemi
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
ambitna
to kruchość jest złotem
mapa bez środka
pająk
rzęsa
w przybliżeniu nieistniejące
albo postać połamana
często uderzają w wysokie samotne obiekty
powiesiła się
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nietknięty
nienastrojony
otyłe
olbrzymia broda torpedą
drzewa
źle wbite
mydło
dziurawy
rybą
o prawidłowej echostrukturze
w szyfonowej sukni
głód bez kolców
nieśmiały w studni szklany stój
piach rozkwita
los się wynurza w falbankach
roztwór
w kropli
wiadro
jeż czyha w zakonie
rekin
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
masło się stara
do góry nogami
w masarni
jest są bogiem
muskularny zad
czarna cykada chwyta się gałęzi
niewyklepany przez otoczenie
albo postać nieprzewidziana
pokrywka
wzgórza
w pomidorowej
człowiek nie do oderwania od smyczy
lufcikiem
siekierą
david attenborough poświadcza
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
obraduje
powraca
zdziwiony
prześcieradło się po nim lepi
włóczka podwórek
strumień lawy pochłania wszystko
na stertę
udaje
w kropce dojrzewające
ubolewa
jak ślepy jest ten ślub
chciałabym umrzeć
szaleniec
twarzą ostemplowany
niewymyty przez wieki
przerywa
policjant tęskni rzeczy jedzą
na odludnej wyspie
zdolne do niewysuwania wniosków
niepodłączony
piracki balkon żąda pilota
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w półmroku
piwnica
marszałek
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
but cebulowy nerwicy
i wszystkie noże posmarowane jodyną
korniszon
w studni
ujada
krwią
w gardle
leżał owad w locie
są światła widzialne i nie
mandolina zamiast wiosny
we śnie
człowiek jest tym którym nie chce być
sława
odciskiem w duszy
karaluch ciepły jabłkowy
jest są tó
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
sól
murzyn ma wiadro sylaby
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
szpak w puszce wieczór nietknięty
deszcz korbką malowany
melania trump odwiedza sierociniec
ojciec bez froterki
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
do zatopienia
i szczypiące trawę jelenie
potem dziecko jest już tylko na części
bóg nie do oderwania od wszy
zamazana
zadziorna
bez oczu
śnieg wymiotuje
w podmiejskiej kolejce
jakie to piękne!
kotem