słowo lepi

słowo jest miejscem w które czas się przebiera
obdarty
widelec
wyprostowany bez odpowiedzi
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w naczyniu
miękka
w postaci rosy
czarna cykada chwyta się gałęzi
wślizguje się
węgorza
otyłe
zaciska oczu kleszcze
gryzie
drzewo bez kapelusza
twarzą ostemplowany
strumień lawy pochłania wszystko
w lektyce chwili
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w kropce dojrzewające
błądzi
aorta brzuszna nieposzerzona
kakao
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
nietknięty
wydają się ślepo przecinać niebo
w szyfonowej sukni
jakie to piękne!
w domu schadzek
człowiek jest tym którym nie chce być
kto zdechnie wcześniej?
wandale podlewają kwiatki
marszałek
nacina
sunie
wyje
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
na ludzi zakłada wnyki
światła
snu
to kruchość jest złotem
mucha
przemieszcza się
gigantyczny
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
tunel
cebulowy
pośród lodów arktyki
chodziłam po tamtym świecie
jego wysokość
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
biegnie przez grząski jesienny las
ciało ma postać stróżki
z nadzieją zaślinione
umiejscowiona w gruczołach potowych
rycerz na koninie
statek
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
mgłą
tonie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
oraz żydowscy grabarze
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
często uderzają w wysokie samotne obiekty
zawsze nas coś omija
czyha
z niegojącą się raną pachwiny
głód
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jałowy
zręcznie
szaleniec
taczka do włosów
najeżony
życie to nic z tych rzeczy
karawan
porcje rozychylają się porcjom
spleśniała
wypełniony treścią ropną
snu muszlo nasza
wysmukła
furia bieli i krwisty
uważa
i brak obojczyka
blizna
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
olej na płótnie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
gumowy
igła w oko puka
nie do oderwania od pustki
kobra nacina przyjęcie
w hordzie
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
papieża
koniec przebiega najpierw
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w studni
ząb proroczy wypada głaz
pieskiem
z paniką kroczy karawan
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w pluszowej oddali
dziurawy
melania trump odwiedza sierociniec
na tylnych łapach
nieruchomo
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
sarna spotyka sarnę
porcelanowa strzelanina
od zarania
u którego lęku mieszkasz?
szczebiota mięso
łotr na apostole uchylając powiekę
murzyn ma wiadro sylaby
świat nie do oderwania od wzroku
ujada
na wardze
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w futrze
jakie pytanie taka krew
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
ze słoniną na oczach
los się wynurza w falbankach
obłok płynie utonąć
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
taka jest sprawiedliwość
z paniką
nie do oderwania od wzroku
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jest są
burzy się jagnię zapina szelki
ukłony
plują
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
nie wiadomo po co
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
o prawidłowej echostrukturze
bez oczu
proroczy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
biegnie
chwiliwarta
kwiaty plują
pilota
zjełczały
po północnej stronie krateru schröter
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
gangrena
olbrzyma
jest nierozsłowny widnokrąg
niepodłączony
w zakonie
policjant tęskni rzeczy jedzą
po dwóch sekundach
larwa
rutyna ciągnie puste sanie
w masarni
w galaretce rozsiadłe
a początek nie ma końca
sprężyna
przebiega
musisz to zobaczyć
tęskni
żadnego teraz żadnego nigdy
domysłem świat świeci
kalarepa
światła krwią
o wieczność się napotyka
kangur
są światła widzialne i nie
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
przecięta
udręka
flanela
pokryte meszkiem
na odwrót otulona
roztwór
55 milionów lat świetlnych od nas
bagnista
dotyka
piach rozkwita
inną postać tli się
pająk
na odludnej wyspie
w lustrze
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
wczesnopierzasta
w przebraniu
okryte potłuczonym obrazem
borówką
ptak się kończy
rozsypane
spod babiej góry
w ubiegłej osobie
szklany
jabłonki
a ty do której masarni należysz?
słoń na druty tyje
słowa wdychają się przez inne
albo postać już niepotrzebna
parasol
drzewo
drut posadził musztardę
kominiarz
w swetrze
armata
do mszy
jest są bogiem zwyczajnie
na stertę
w nosie
w cenie
ubolewa
w kropli
zdziwiony
bóg nie do oderwania od wszy
obsesji
chuj odziedziczył naród
grad
przez cały listopad
krążąc wokół ziemi
poduszka bez falochronu
sobą pomazane
jedno jest pewne
mydło
albo postać połamana
kochanka
kardynał sztucznych tulipanów
oczodołami
pokrzywie dłoń wyrasta
rybą
do straszenia umarłych
morze karłów przewozi oliwa
w neuronalnym metrze
osioł zbankrutowanym kotem
bez kolców
nieziemskiej urody
leżał owad w locie
w miniówie
wygląda ze smoczej jamy
chciałabym umrzeć
szympanse przeglądają się w oknach
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
dzida
w powiększeniu
dorasta
pięknieje
drogą polna
pomidory
śnieg wymiotuje
wiadro
albo postać na niebie
agrest pada
spadł w jej paszczę
księżyc zgasło
zadziorna
oby bozia dał
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
ślepym podarowane
powraca
przemieszcza się kura olbrzyma
masło się stara
w locie
wyzwolony
jak wyglądało prawdziwe życie
dziś to baśń bez dna
karaluch
ukryty w przymrozku
wilgotna
szczudeł tupot
ja do rzeźni jadę
w rzeczywistości
tako rzeczą czamorro
z nor
rakietą
nim się pojawi
nurek składany nikomu
szyja inwazji krocze
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
stado ze słoniną na oczach
potrząsa
konduktor
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
czas się w nas umówił z nikim
gdzie jest dżem?
piła olbrzyma weryfikuje
głęboka
czarne plamki na liściach klonowych
sól
znalazły dziewczynkę
w postaci zakrzepów
albo postać odwrócona
odra zabiła matkę
harfa
skalpelem
otoczony przez mywyje
tygrys
w każdej postaci
deszcz korbką malowany
na połamanym krześle
o niej chmarzy ziemia
z ręką na sercu
chuj
i szczypiące trawę jelenie
wartość tuczna i rzeźna
mydliny
zemdlał
wystarczy ją zerwać
o ośmiu wargach
cukierek robotnikowi pieskiem
sól drgnęła mielony zawadził
pędzi
dozgonnie powleczony nadzieją
również wystaje z każdej rzeczy
wzgórza
teofan grek maluje koronkowe majtki
i drobne konkrementy żółciowe
wieczność rozpryskujące
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zadziorna brzoza w miniówie
paznokieć
dłuto autobusu
w podróży
dotyk inne mamiątki
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jest są bogiem
mowa ciała sekunda
włóczka podwórek
zwykle pod nosem lub na wardze
na południowy wschód od vöru
piracki balkon żąda pilota
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wiosłują
a pan daleko?
wyrasta
kura
dziurawy fortepian widzi
zagląda matce pod majtki
stąd że nie ma żadnego stąd
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
kosmos ma miejsce w lupie
jest taki pociąg dlaczego
na trzecim piętrze
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
łka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
cyna pościeli
drapieżny zemdlał tygrys
jej ciało oplatają węże
wchodzi
następny akt ślepni
byk
bananów
do wygniatania marzeń
ambitna
idiota
truchleje
sową
zaśnieżonych
wiatr ma tytuł czapka
żmija
tajfun
potem dziecko jest już tylko na części
policjant
w kolorze ukrytym
w banku
rekin
małpa śpiewającą na drzewie
patelnia wyglądająca jak żywa
albo postać nieprzewidziana
temu winien
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
żona zdradza swoją rolę
modlitwą nażarte
w klatce
blizna dokonuje osoby
człowiek nie do oderwania od smyczy
za miastem
ciemniejący w światło
krokodyl
daleko mu do spiewu płetwali
alpinista w futrze na antenie
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
samowściekłe
jeż czyha w zakonie
przenika wtędy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
odciskiem w duszy
nie do oderwania od śmierci
rzesza wyjątek
kotem
czereśnie z tłumanami
wygrywa ten kto głębiej zapomina
pod wpływem oczywistego cudu
pokrywka w bażancie stuka
do góry nogami
wagonów
w wylęgarni
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w postaci ulewy
krótkochwiły
okazało się że to prawda
łopatą rozdzielone
lotnisko
w puszce
kropla przerywa węgorza
jeż
fiołkowy
armata czerwony poplątał zupę zielony
we śnie
człowiek służy też do podlewania ziemi
jak ślepy jest ten ślub
o krok
plemniki dojrzewają w najądrzach
źle wbite
poranek
podrapana
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
w czerwonej pieczarze
zdolne do niewysuwania wniosków
trzustka prawidłowej wielkości
ja to nikt w liczbie mnogiej
ma sześć ramion
pięknie się wije
w porządku własnym
to ślep stróż
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
z turkusowym kamieniem
mapa bez środka
fryzura bez kierowcy
zawiedziony
ciepły
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
i inne niepodobne
pęknięty
pomachajcie tatusiowi
w nigdy umorusana
dzwonnica bez kałuży
piłkarzy chorych na aids
w przybliżeniu nieistniejące
puszczyk zanurza się śniegu
w kiełbasie
stuka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nagi bez klucza
cytat nakręca mydło
obłok
ojciec bez froterki
spadzisty poranek
błękitny mocz
na schodach
drabina opiera się o ścianę
pyskaty krucyfiks
przewrócony
głaz
tenorem
rzęsa
david attenborough poświadcza
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
425 mln lat temu
samica już odbyta
albo postać nieważna
w drodze do po nic
w czasie wytrysku
jak gęsty bywa
otwór
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
stopa bez kaleki
albo postać rozlana
głaz bezgłowego pilota szkoli
między muzyką a mózgiem
krwią
rywal wkłada tunel
ręka sunie po udzie
moknie dziewczęca drużyna
bagnista ujada rzęsa
koza spoglądajaca na drzewo
panna młoda w rogu sali jeszcze
proboszczem
kura lepka kangur przewrócony władza drań
pokrywka
klapki
sąsiad
urągająca logiki intryga
następne jest portofino?
w półmroku
obywatele istnieją by służyć państwu
mielony
muskularny zad
albo postać porzucona
otyle
atleta gotowy na raka klapki
skalpelem tajfun uważa na schodach
w podmiejskiej kolejce
nie do oderwania od szczęścia
gorliwa
w postaci krzywej
do zatopienia
torpedą
osioł
po chwili grząskie
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
gangrena dorasta
idiota wyje pomidory
w garażu
kreda rozpala warzywa
drapieżny
w wylęgarni kwiaty plują
paryżanka
jak to się stało
nieśmiały w studni szklany stój
huśtawka
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
błękitny
ciemny
w gardle
dialekt dzierżawi rolnika
sedno bez izolacji
głowa bez tacy
głęboka żmija
mandolina zamiast wiosny
klacz
olbrzymia broda torpedą
drzewa
obraduje
tramwajem zarosłe
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
czym zbierać czas?
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
bez parasola
brzegiem i krwią
żyrafy
udaje
noc o krok do zatopienia
piwnica
tuńczyk
kominiarz bez ćwierci
chmura
w obcisłej spódnicy
zawadził
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
w wilczurze
kobra
proszę zamknąć oczy gitarze
przyjęcie
nie do oderwania od mroku
wiatr
wnikliwa
krowa
jamnik tenorem urzędu
szczerze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
srebrnokulawy
kroczy
stąpa
pyskaty
szpak
lufcikiem
albo postać do góry nogami
w miłości skulone
sylaby
jacht
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
korniszon
któremu stadu się kłaniasz?
jaśnieje
nienasmarowane
nienastrojony
brzmi
but cebulowy nerwicy
na antenie
każdy się rodzi we własnej przepaści
i wszystkie noże posmarowane jodyną
to najlepsza ochrona przed zarazą
sława
w milczenie zawinięte
kiedy mozart miał dwa lata
siekierą
zakręca
naprawdę istnieją tylko mniemania
jabłonki wychodzą z nor
śpiewa zabita pluskiewką
głód bez kolców
w jamie otrzewnej
z gzymsu odpadłe
w pomidorowej
praca czyni kopią
krzyk zarasta bulwary
larwa plemeniem podrapana
z mułu wychodzą tysiące
alpinista
okɔliczności
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
szpak w puszce wieczór nietknięty
dziecko i narośl
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
potwór przysięga obsesji
pauzą dotknięte
noc
do mądrości się przytrafia
igła
szczur
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
płonie
przysięga
nerwicy
przerywa
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w łydkę ugryzione
plemeniem
kochanek
karaluch ciepły jabłkowy
olbrzymia
zamazana
smród to marka gówna uśmiech człowieka
prześcieradło się po nim lepi