policjant do włosów

policjant
jak ślepy jest ten ślub
gigantyczny
widelec
ja do rzeźni jadę
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
nie wiadomo po co
głowa bez tacy
srebrnokulawy
i brak obojczyka
w kiełbasie
55 milionów lat świetlnych od nas
czas się w nas umówił z nikim
obsesji
ręka sunie po udzie
samica już odbyta
425 mln lat temu
ptak się kończy
z niegojącą się raną pachwiny
życie to nic z tych rzeczy
plemniki dojrzewają w najądrzach
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ambitna
lotnisko
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
sedno bez izolacji
przepaść w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięta
idiota
z gzymsu odpadłe
snu
gorliwa
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
tygrys
czarne plamki na liściach klonowych
do straszenia umarłych
przewrócony
szklany
sława
tajfun
czereśnie z tłumanami
bez oczu
kalarepa
dzwonnica bez kałuży
ojciec bez froterki
przebiega
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
zadziorna brzoza w miniówie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
torpedą
harfa
rywal wkłada tunel
na antenie
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
mielony
jak gęsty bywa
koza spoglądajaca na drzewo
nurek składany nikomu
w masarni
żyrafy
na tylnych łapach
w czerwonej pieczarze
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w porządku własnym
konduktor
wandale podlewają kwiatki
wiadro
wartość tuczna i rzeźna
w postaci ulewy
bananów
słowa wdychają się przez inne
ze słoniną na oczach
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w postaci rosy
osioł zbankrutowanym kotem
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w miniówie
śpiewa zabita pluskiewką
głaz bezgłowego pilota szkoli
ma sześć ramion
uważa
david attenborough poświadcza
ze stali niepojętej
i pękają wszechściany
deszcz korbką malowany
pyskaty
po chwili grząskie
pod wpływem oczywistego cudu
wiosłują
w trakcie dochodzenia do blasku
melania trump odwiedza sierociniec
papieża
chodziłam po tamtym świecie
jak powiedzieć nie
moknie dziewczęca drużyna
znalazły dziewczynkę
w trakcie obojętności
miękka
odciskiem w duszy
wiatr
cebulowy
sąsiad
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
w naczyniu
z człowieka wyczyszczony
źle wbite
ukłony
w locie
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
a początek nie ma końca
z paniką
puszczyk zanurza się śniegu
pies ją dopadł
brzegiem i krwią
inną postać tli się
tramwajem zarosłe
kakao
świat nie do oderwania od wzroku
dziecko i narośl
buja pomarańcz orkiestrą
alpinista w futrze na antenie
albo postać nieprzewidziana
szaleniec
nieziemskiej urody
śnieg wymiotuje
proszę zamknąć oczy gitarze
w podmiejskiej kolejce
albo postać rozlana
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
nie do oderwania od wzroku
cytat nakręca mydło
chciałabym umrzeć
wchodzi
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
szpak w puszce wieczór nietknięty
pomachajcie tatusiowi
z wętylowaną zmarszczką
ujada
w pogniecione prostują się wę że
powraca
dziurawy fortepian widzi
na odwrót otulona
pokryte meszkiem
po dwóch sekundach
jakie pytanie taka krew
mapa bez środka
rzesza wyjątek
oraz żydowscy grabarze
nienasmarowane
mgłą
kwiaty plują
organy burzą wypchane
nieruchomo
rozsypane
i ukrył go w piasku
która jajowodem zmierza
kangur
najeżony
rycerz na koninie
szczebiota mięso
leżał owad w locie
i inne niepodobne
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
twarzą ostemplowany
byk
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
w postaci zakrzepów
jabłonki
wyje
jeż
w neuronalnym metrze
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
tęskni
armata czerwony poplątał zupę zielony
we śnie
wyzwolony
lufcikiem
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
kreda rozpala warzywa
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
hotel kamienny scyzoryk
zadziorna
kroczy
okazało się że to prawda
smród to marka gówna uśmiech człowieka
gumowy
w pomidorowej
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
rakietą
w trakcie przedrzeźniania mew
umiejscowiona w gruczołach potowych
albo postać odwrócona
wydają się ślepo przecinać niebo
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
sól drgnęła mielony zawadził
płonie
w czeskiej wiosce
drapieżny zemdlał tygrys
ciemny
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
albo postać nieważna
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
szyja inwazji krocze
sarna spotyka sarnę
poranek
odra zabiła matkę
but cebulowy nerwicy
człowiek jest tym którym nie chce być
w swetrze
bez parasola
otoczony przez mywyje
gorącą pierś sudanu i inne apary
olbrzyma
los się wynurza w falbankach
urągająca logiki intryga
w klatce
igła w oko puka
borówką
być może
rzęsa
niepodłączony
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w szyfonowej sukni
głaz
na tym polega wolność
w czasie wytrysku
w halce
pokrzywie dłoń wyrasta
głęboka żmija
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
dozgonnie powleczony nadzieją
pyskaty krucyfiks
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
spod babiej góry
kobra
w wilczurze
otyłe
zaciska oczu kleszcze
grad
wagonów widelec w pobliżu błądzi
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
snu muszlo nasza
piła olbrzyma weryfikuje
i szczypiące trawę jelenie
światła krwią
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w obcisłej spódnicy
czyha
porcelanowa strzelanina
przemieszcza się
do mszy
jabłonki wychodzą z nor
żadnego teraz żadnego nigdy
łopatą rozdzielone
ubolewa
co to jest jak
kominiarz
blizna dokonuje osoby
zawsze nas coś omija
cyna pościeli
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
dziś to baśń bez dna
w powiększeniu
błękitny
jak to się stało
jakie to piękne!
szczerze
podrapana
zdolne do niewysuwania wniosków
okɔliczności
o wieczność się napotyka
nieśmiały w studni szklany stój
oby bozia dał
osioł
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
marszałek
na schodach
udaje
w drodze do po nic
w pluszowej oddali
wysmukła
w półmroku
w galaretce rozsiadłe
w łydkę ugryzione
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
drabina opiera się o ścianę
jest są bogiem
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
plemeniem
księżyc zgasło
któremu stadu się kłaniasz?
wczesnopierzasta
panna młoda w rogu sali jeszcze
ciemniejący w światło
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
biegnie przez grząski jesienny las
błądzi
kochanka
surowy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
flanela
w każdej postaci
obłok
mydło
dotyka
taka jest sprawiedliwość
kochanek
pięknie się wije
w postaci krzywej
za miastem
następny akt ślepni
prześcieradło się po nim lepi
drut posadził musztardę
krowa
w jamie otrzewnej
blizna
drzewo bez kapelusza
w lektyce chwili
szczudeł tupot
bóg nie do oderwania od wszy
wyrasta
stuka
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
patelnia wyglądająca jak żywa
powiesiła się
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w banku
na ludzi zakłada wnyki
burzy się jagnię zapina szelki
o prawidłowej echostrukturze
chuj odziedziczył naród
trzustka prawidłowej wielkości
wstręt podrywa mdłości na zupę
w zakonie
w kolejce do ścięcia
tonie
zjełczały
potwór przysięga obsesji
zawiedziony
policjant tęskni rzeczy jedzą
alpinista
paznokieć
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
zręcznie
małpa śpiewającą na drzewie
w przybliżeniu nieistniejące
są światła widzialne i nie
nietknięty
czarna cykada chwyta się gałęzi
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
mandolina zamiast wiosny
poduszka bez falochronu
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
nienastrojony
spadł w jej paszczę
często uderzają w wysokie samotne obiekty
sprężyna
niewyklepany przez otoczenie
karaluch
pająk
kura lepka kangur przewrócony władza drań
rybą
człowiek służy też do podlewania ziemi
noc
drzewo
twarzą przez nos zakłada maskę
następne jest portofino?
głód bez kolców
od zarania
armata
sól
igła
wyprostowany bez odpowiedzi
wiatr ma tytuł czapka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
temu winien
krótkochwiły
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
u którego lęku mieszkasz?
domysłem świat świeci
krokodyl
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
pomidory
chropowaty snu naszyjnik
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
wilgotna
nie do oderwania od pustki
albrecht dürer płynie na zelandię
bagnista ujada rzęsa
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
włóczka podwórek
w wylęgarni
łotr na apostole uchylając powiekę
kominiarz bez ćwierci
fiołkowy
musisz to zobaczyć
do wygniatania marzeń
sową
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
albo postać połamana
pięknieje
w puszce
nie do oderwania od śmierci
biegnie
w nosie
praca czyni kopią
obywatele istnieją by służyć państwu
to ślep stróż
na południowy wschód od vöru
truchleje
karaluch ciepły jabłkowy
idiota wyje pomidory
drzewa
gangreny gangren
teofan grek maluje koronkowe majtki
morze karłów przewozi oliwa
szpak
spadzisty poranek
na połamanym krześle
do góry nogami
piach rozkwita
w uśmiechu poręcznym
skalpelem tajfun uważa na schodach
plują
muskularny zad
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
przemieszcza się kura olbrzyma
kura
koniec przebiega najpierw
jak wyglądało prawdziwe życie
piracki balkon żąda pilota
na trzecim piętrze
pokrywka
otwór
aorta brzuszna nieposzerzona
nie do oderwania od szczęścia
albo postać już niepotrzebna
w kropce dojrzewające
zagląda matce pod majtki
przez cały listopad
kropla przerywa węgorza
o krok
siekierą
sylaby
stąd że nie ma żadnego stąd
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
sunie
węgorza
gryzie
żmija
jej ciało oplatają węże
klacz
wypełniony treścią ropną
z turkusowym kamieniem
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
pędzi
zamazana
gdzie popadnie
fryzura bez kierowcy
parasol
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w przebraniu
paryżanka
widząc że nie ma nikogo
skalpelem
murzyn ma wiadro sylaby
jest nierozsłowny widnokrąg
o niej chmarzy ziemia
światła
modlitwą nażarte
w nikąd dorosły
chwiliwarta
człowiek nie do oderwania od smyczy
huśtawka
olbrzymia
pęknięty
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
atleta gotowy na raka klapki
agrest pada
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
przecięta
larwa
w rzeczywistości
statek
bez kolców
przysięga
w popegeerowskim pałacu
niewymyty przez wieki
stopa bez kaleki
pilota
o ośmiu wargach
głód
tako rzeczą czamorro
jamnik tenorem urzędu
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
piwnica
a pan daleko?
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
obdarty
ja to nikt w liczbie mnogiej
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
drapieżny
po północnej stronie krateru schröter
to kruchość jest złotem
obłok płynie utonąć
dłuto autobusu
wagonów
krążąc wokół ziemi
w wylęgarni kwiaty plują
słoń na druty tyje
na odludnej wyspie
ciepły
potem dziecko jest już tylko na części
korniszon
albo postać porzucona
dziurawy
wślizguje się
olej na płótnie
do mądrości się przytrafia
w trakcie olśnienia w pasztecie
w cenie
pokrywka w bażancie stuka
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w garażu
piłkarzy chorych na aids
zaśnieżonych
w futrze
pauzą dotknięte
oczodołami
albo postać do góry nogami
nim się pojawi
do zatopienia
mucha
zwany srogim
szympanse przeglądają się w oknach
pośród lodów arktyki
w kropli
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
albo postać na niebie
udręka
i drobne konkrementy żółciowe
szczur
dialekt dzierżawi rolnika
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
nagi bez klucza
zemdlał
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
kto zdechnie wcześniej?
każda kobieta w cieście
dla żartu
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
noc o krok do zatopienia
nerwicy
z mułu wychodzą tysiące
proboszczem
w podróży
jeż czyha w zakonie
i co dalej?
wygląda ze smoczej jamy
w gardle
wtędy wplątane
w kolorze ukrytym
również wystaje z każdej rzeczy
jedno jest pewne
naprawdę istnieją tylko mniemania
tenorem
w milczenie zawinięte
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
ukryty w przymrozku
z ręką na sercu
zawadził
wnikliwa
przez trojańskie pola
mowa ciała sekunda
jest taki pociąg dlaczego
chuj
jego wysokość
kosmos ma miejsce w lupie
w lustrze
a ty do której masarni należysz?
jest są bogiem zwyczajnie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
masło się stara
głęboka
kotem
nie do oderwania od mroku
krzyk zarasta bulwary
w hordzie
krwią
larwa plemeniem podrapana
każdy się rodzi we własnej przepaści
czym zbierać czas?
brzmi
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
chmura
to najlepsza ochrona przed zarazą
obraduje
ciało ma postać stróżki
w domu schadzek
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
strumień lawy pochłania wszystko
jaśnieje
bagnista
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w studni
innego ratunku nie ma
olbrzymia broda torpedą
gdzie jest dżem?
daleko mu do spiewu płetwali
rekin
jałowy
drogą polna
klapki
stado ze słoniną na oczach
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kobra nacina przyjęcie
taczka do włosów