rzesza karawan

rzesza wyjątek
żyrafy
chmura
człowiek służy też do podlewania ziemi
w milczenie zawinięte
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
koniec przebiega najpierw
łopatą rozdzielone
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
atleta gotowy na raka klapki
na schodach
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
w cenie
świat nie do oderwania od wzroku
ambitna
gigantyczny
na południowy wschód od vöru
w wilczurze
alpinista
ejże i wodorosty
425 mln lat temu
obraduje
zadziorna
jego wysokość
sąsiad
głowa bez tacy
w neuronalnym metrze
chodziłam po tamtym świecie
w hordzie
powraca
pięknie się wije
sunie
nacina
po dwóch sekundach
wiadro
gdzie jest dżem?
borówką
stopa bez kaleki
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
mydliny
z mułu wychodzą tysiące
sedno bez izolacji
flanela
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
szaleniec
porcelanowa strzelanina
å po szwedzku
stój
stąd że nie ma żadnego stąd
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
to kruchość jest złotem
plastelina w swej skromności
tunel
policjant
idiota
w klatce
z niegojącą się raną pachwiny
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
umiejscowiona w gruczołach potowych
nieruchomo
czas się w nas umówił z nikim
paryżanka
czapka
w gardle
nienastrojony
czyha
dziurawy fortepian widzi
parasol
pyskaty krucyfiks
z paniką kroczy karawan
dotyka
z nadzieją zaślinione
kwiaty plują
daleko mu do spiewu płetwali
chuj
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
znalazły dziewczynkę
agrest pada
głęboka żmija
bezgłowego
między muzyką a mózgiem
zawiedziony
widelec
zagląda matce pod majtki
snu
zaśnieżonych
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
kropla przerywa węgorza
zielony
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
oczodołami
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
jak gęsty bywa
david attenborough poświadcza
blizna
z gzymsu odpadłe
to ślep stróż
zręcznie
zdolne do niewysuwania wniosków
jak wyglądało prawdziwe życie
tako rzeczą czamorro
przewrócony
pokryte meszkiem
małpa śpiewającą na drzewie
truchleje
rycerz na koninie
naprawdę istnieją tylko mniemania
kotem
uważa
masło się stara
jakie to piękne!
olej na płótnie
melania trump odwiedza sierociniec
krótkochwiły
do mszy
pauzą dotknięte
skalpelem
srebrnokulawy
ciemniejący w światło
w nigdy umorusana
wyje
rywal wkłada tunel
tonie
nie do oderwania od pustki
zawadził
bez parasola
krowa
kalarepa
potem dziecko jest już tylko na części
prześcieradło się po nim lepi
jabłonki
gorliwa
wzgórza
słowa wdychają się przez inne
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w pluszowej oddali
życie jest jawate i tyle samo warte
nie do oderwania od śmierci
wysmukła
sprężyna
plują
na ludzi zakłada wnyki
proboszczem
otwór
zamawia
stado ze słoniną na oczach
w łydkę ugryzione
pośród lodów arktyki
wydają się ślepo przecinać niebo
statek
przemieszcza się
nienasmarowane
tajfun
olbrzymia broda torpedą
kobra
w naczyniu
tuńczyk
człowiek jest tym którym nie chce być
alpinista w futrze na antenie
w czasie wytrysku
dziś to baśń bez dna
mydło
szczudeł tupot
sól
światła
od zarania
na stertę
piach rozkwita
i wszystkie noże posmarowane jodyną
udręka
idź za nim
przebiega
okazało się że to prawda
wagonów
jabłonki wychodzą z nor
mielony
piwnica
potwór przysięga obsesji
ze słoniną na oczach
pomachajcie tatusiowi
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
na trzecim piętrze
są światła widzialne i nie
kangur
śpiewa zabita pluskiewką
armata
oby bozia dał
spadł w jej paszczę
w studni
huśtawka
z turkusowym kamieniem
w rzeczywistości
szczerze
sława
piłkarzy chorych na aids
na odludnej wyspie
albo postać nieprzewidziana
tęskni
byk
chwiliwarta
głaz bezgłowego pilota szkoli
ciemny
klapki
nie do oderwania od wzroku
samowściekłe
nie do oderwania od szczęścia
księżyc zgasło
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
proszę zamknąć oczy gitarze
brzegiem i krwią
jest są bogiem zwyczajnie
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
szpak
idiota wyje pomidory
często uderzają w wysokie samotne obiekty
gdy rodzi okɔliczności
śnieg wymiotuje
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
plemeniem
na wardze
w zakonie
szczur
sową
w obcisłej spódnicy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
udaje
głęboka
każdy się rodzi we własnej przepaści
kobra nacina przyjęcie
w postaci zakrzepów
okryte potłuczonym obrazem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
jest nierozsłowny widnokrąg
pędzi
torpedą
nieziemskiej urody
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
jest są bogiem
konduktor
o krok
wspina się na chwilę
policjant tęskni rzeczy jedzą
mowa ciała sekunda
albo postać nieważna
o ośmiu wargach
w wylęgarni kwiaty plują
na połamanym krześle
smród to marka gówna uśmiech człowieka
nerwicy
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
puszczyk zanurza się śniegu
kochanka
w masarni
po chwili grząskie
ja to nikt w liczbie mnogiej
obłok płynie utonąć
morze karłów przewozi oliwa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
sarna spotyka sarnę
jak to się stało
źle wbite
i szczypiące trawę jelenie
fortepian
jeż
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
plemniki dojrzewają w najądrzach
piracki balkon żąda pilota
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
igła w oko puka
bagnista ujada rzęsa
kominiarz
jacht
sól drgnęła mielony zawadził
szyja inwazji krocze
w domu schadzek przy ulicy darcet
w futrze
gdy pęcherzyk graafa pęknie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
nie do oderwania od mroku
pokrzywie dłoń wyrasta
gryzie
kropla
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
pająk
praca czyni kopią
zemdlał
bez oczu
krokodyl
w kolorze ukrytym
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
kardynał sztucznych tulipanów
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wartość tuczna i rzeźna
odciskiem w duszy
gumowy
biegnie
zamazana
roztwór
pęknięty
karaluch ciepły jabłkowy
dziecko i narośl
w postaci ulewy
dzwonnica bez kałuży
moknie dziewczęca drużyna
przyjęcie
również wystaje z każdej rzeczy
modlitwą nażarte
albo postać już niepotrzebna
w czerwonej pieczarze
słoń na druty tyje
piła olbrzyma weryfikuje
kosmos ma miejsce w lupie
chuj odziedziczył naród
płonie
kroczy
w banku
poranek
cytat nakręca mydło
przerywa
pokrywka w bażancie stuka
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pomidory
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
wagonów widelec w pobliżu błądzi
spleśniała
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
kwiaty
w pomidorowej
bananów
jedno jest pewne
żmija
z ręką na sercu
czarne plamki na liściach klonowych
głaz
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
spadzisty poranek
w postaci krzywej
blizna dokonuje osoby
o wieczność się napotyka
dialekt dzierżawi rolnika
noc
siekierą
temu winien
w nosie
koza spoglądajaca na drzewo
węgorza
kreda rozpala warzywa
sylaby
nieśmiały w studni szklany stój
z paniką
strumień lawy pochłania wszystko
szczebiota mięso
snu muszlo nasza
osioł zbankrutowanym kotem
czereśnie z tłumanami
ubolewa
drapieżny
zawsze nas coś omija
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
osioł
w szyfonowej sukni
w kropce dojrzewające
krwią
patelnia wyglądająca jak żywa
błądzi
muskularny zad
w przybliżeniu nieistniejące
nakręca
ciepły
55 milionów lat świetlnych od nas
albo postać odwrócona
w miłości skulone
ma sześć ramion
obsesji
albo postać połamana
wiosłują
nim się pojawi
jest taki pociąg dlaczego
twarzą ostemplowany
za miastem
larwa
w porządku własnym
głód bez kolców
i drobne konkrementy żółciowe
fryzura bez kierowcy
noc o krok do zatopienia
czarna cykada chwyta się gałęzi
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
zwykle pod nosem lub na wardze
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
aorta brzuszna nieposzerzona
kochanek
zjełczały
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wślizguje się
w miniówie
lotnisko
następne jest portofino?
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
ptak się kończy
w lektyce chwili
dziurawy
w postaci rosy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wiatr ma tytuł czapka
pokrywka
karaluch
rekin
jej ciało oplatają węże
zakręca
szpak w puszce wieczór nietknięty
drabina opiera się o ścianę
albo postać rozlana
ujada
w garażu
bez kolców
biegnie przez grząski jesienny las
zdziwiony
rzęsa
kominiarz bez ćwierci
któremu stadu się kłaniasz?
zadziorna brzoza w miniówie
cukierek robotnikowi pieskiem
do straszenia umarłych
rzeka
w podróży
na antenie
łotr na apostole uchylając powiekę
harfa
poduszka bez falochronu
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
ząb proroczy wypada głaz
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
obdarty
papieża
burzy się jagnię zapina szelki
krążąc wokół ziemi
odra zabiła matkę
jeż czyha w zakonie
ojciec bez froterki
to najlepsza ochrona przed zarazą
fiołkowy
pieskiem
żąda opowieści
we śnie
tenorem
a początek nie ma końca
drzewo bez kapelusza
chciałabym umrzeć
proroczy
ręka sunie po udzie
celebryta
wilgotna
rozsypane
stuka
w galaretce rozsiadłe
wyprostowany bez odpowiedzi
but cebulowy nerwicy
w lustrze
pod wpływem oczywistego cudu
rakietą
albo postać do góry nogami
przenika wtędy
wiatr
obywatele istnieją by służyć państwu
brzmi
przez cały listopad
mucha
kreda
armata czerwony poplątał zupę zielony
pyskaty
potrząsa
a ty do której masarni należysz?
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
wyzwolony
ukłony
bóg nie do oderwania od wszy
potwór
o niej chmarzy ziemia
ciało ma postać stróżki
pilota
jałowy
nieborak pomazaniec
wczesnopierzasta
olbrzyma
najeżony
klacz
w podmiejskiej kolejce
robotnikowi
w jamie otrzewnej
podrapana
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
do zatopienia
krzyk zarasta bulwary
skalpelem tajfun uważa na schodach
tygrys
żadnego teraz żadnego nigdy
w wylęgarni
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
w swetrze
przysięga
czym zbierać czas?
do wygniatania marzeń
taczka do włosów
po północnej stronie krateru schröter
i brak obojczyka
kakao
porcje rozychylają się porcjom
wandale podlewają kwiatki
kaleka
światła krwią
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
mapa bez środka
nurek składany nikomu
z nor
paznokieć
rybą
o prawidłowej echostrukturze
wchodzi
cyna pościeli
do mądrości się przytrafia
marszałek
miękka
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
pięknieje
do góry nogami
taka jest sprawiedliwość
nagi bez klucza
na tylnych łapach
dzida
albo postać porzucona
otyłe
w kropli
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
niepodłączony
bagnista
korniszon
zaciska oczu kleszcze
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
kura lepka kangur przewrócony władza drań
nietknięty
w locie
murzyn ma wiadro sylaby
przemieszcza się kura olbrzyma
igła
w puszce
grad
lufcikiem
stąpa
wypełniony treścią ropną
jamnik tenorem urzędu
ślepym podarowane
w półmroku
albo postać na niebie
olbrzymia
w kiełbasie
szklany
kura
drzewa
deszcz korbką malowany
wygląda ze smoczej jamy
włóczka podwórek
wyrasta
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wnikliwa
kto zdechnie wcześniej?
ja do rzeźni jadę
jak ślepy jest ten ślub
u którego lęku mieszkasz?
w byłości
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
jakie pytanie taka krew
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
szympanse przeglądają się w oknach
tramwajem zarosłe
głód
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
drapieżny zemdlał tygrys
przecięta
człowiek nie do oderwania od smyczy
w drodze do po nic
mgłą
obłok
trzustka prawidłowej wielkości
dotyk inne mamiątki
dłuto autobusu
cebulowy
nie wiadomo po co
a pan daleko?
w przebraniu
leżał owad w locie
larwa plemeniem podrapana
karawan