statek idiota

statek
mandolina zamiast wiosny
głaz
brzmi
krowa
przebiega
gigantyczny
mydło
chwiliwarta
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
murzyn ma wiadro sylaby
odciskiem w duszy
mucha
kreda rozpala warzywa
ja to nikt w liczbie mnogiej
w kolorze ukrytym
osioł zbankrutowanym kotem
oczodołami
surowy
wartość tuczna i rzeźna
chodziłam po tamtym świecie
przysięga
kroczy
dziurawy fortepian widzi
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
nim się pojawi
spadzisty poranek
w neuronalnym metrze
głowa bez tacy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
nie do oderwania od szczęścia
zemdlał
życie to nic z tych rzeczy
piach rozkwita
pomidory
mgłą
gorliwa
agrest pada
światła
dziurawy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
david attenborough poświadcza
los się wynurza w falbankach
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w nikąd dorosły
świat nie do oderwania od wzroku
małpa śpiewającą na drzewie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
rakietą
śpiewa zabita pluskiewką
zadziorna brzoza w miniówie
szczur
pędzi
425 mln lat temu
rywal wkłada tunel
na trzecim piętrze
kobra nacina przyjęcie
w halce
w zakonie
w postaci krzywej
następny akt ślepni
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
tenorem
parasol
wilgotna
alpinista w futrze na antenie
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
otoczony przez mywyje
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
głód bez kolców
w futrze
najeżony
albo postać już niepotrzebna
konduktor
tygrys
czarna cykada chwyta się gałęzi
igła w oko puka
drzewo
z wętylowaną zmarszczką
55 milionów lat świetlnych od nas
w trakcie dochodzenia do blasku
truchleje
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
ukłony
obłok
albo postać odwrócona
słowa wdychają się przez inne
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
do straszenia umarłych
jak to się stało
harfa
któremu stadu się kłaniasz?
za miastem
wiatr
twarzą ostemplowany
między muzyką a mózgiem
albo postać porzucona
chmura
morze karłów przewozi oliwa
wagonów
ukryty w przymrozku
z turkusowym kamieniem
w wylęgarni
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w postaci zakrzepów
w wylęgarni kwiaty plują
każdy się rodzi we własnej przepaści
jaśnieje
spod babiej góry
w rzeczywistości
olej na płótnie
kalarepa
do mszy
zawiedziony
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
chuj
gdzie popadnie
drzewo bez kapelusza
deszcz korbką malowany
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
przez cały listopad
stado ze słoniną na oczach
papieża
w drodze do po nic
człowiek służy też do podlewania ziemi
olbrzyma
piracki balkon żąda pilota
piłkarzy chorych na aids
teofan grek maluje koronkowe majtki
szczudeł tupot
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
porcje rozychylają się porcjom
nieruchomo
człowiek jest tym którym nie chce być
w obcisłej spódnicy
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
krokodyl
ja do rzeźni jadę
węgorza
powraca
ambitna
pokryte meszkiem
snu muszlo nasza
albo postać na niebie
szympanse przeglądają się w oknach
rycerz na koninie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
każda kobieta w cieście
wchodzi
w pomidorowej
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
stuka
w gardle
w łydkę ugryzione
widelec
wygląda ze smoczej jamy
plemniki dojrzewają w najądrzach
wyzwolony
wygrywa ten kto głębiej zapomina
olbrzymia
i brak obojczyka
być może
krótkochwiły
w szyfonowej sukni
w czerwonej pieczarze
fiołkowy
strumień lawy pochłania wszystko
potwór przysięga obsesji
jałowy
jak gęsty bywa
plują
praca czyni kopią
i drobne konkrementy żółciowe
albo postać nieważna
jakie to piękne!
drapieżny
zręcznie
pauzą dotknięte
na ludzi zakłada wnyki
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
jabłonki wychodzą z nor
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
w postaci rosy
pomachajcie tatusiowi
rozsypane
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
taczka do włosów
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
o niej chmarzy ziemia
przemieszcza się kura olbrzyma
krzyk zarasta bulwary
koza spoglądajaca na drzewo
w jamie otrzewnej
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
dziś to baśń bez dna
wnikliwa
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
okazało się że to prawda
ujada
powiesiła się
do wygniatania marzeń
błękitny
piwnica
noc o krok do zatopienia
tonie
sprężyna
byk
spadł w jej paszczę
i szczypiące trawę jelenie
blizna dokonuje osoby
w domu schadzek
obdarty
cyna pościeli
zawsze nas coś omija
nienasmarowane
w locie
noc
w hordzie
kto zdechnie wcześniej?
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
lotnisko
pyskaty
tęskni
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
widząc że nie ma nikogo
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
czereśnie z tłumanami
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
flanela
albo postać rozlana
zadziorna
jego wysokość
jeż
na tylnych łapach
w naczyniu
pięknie się wije
niewymyty przez wieki
biegnie
udręka
kura
na południowy wschód od vöru
stąd że nie ma żadnego stąd
słoń na druty tyje
w klatce
wyprostowany bez odpowiedzi
w kropli
wślizguje się
jamnik tenorem urzędu
sylaby
drut posadził musztardę
jak ślepy jest ten ślub
z nor
szyja inwazji krocze
jest taki pociąg dlaczego
samica już odbyta
przemieszcza się
i wszystkie noże posmarowane jodyną
patelnia wyglądająca jak żywa
armata
w trakcie przedrzeźniania mew
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w trakcie obojętności
pokrywka
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w garażu
ze słoniną na oczach
pośród lodów arktyki
dziecko i narośl
musisz to zobaczyć
a początek nie ma końca
bez oczu
na tym polega wolność
często uderzają w wysokie samotne obiekty
o krok
pod wpływem oczywistego cudu
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
bez parasola
obsesji
obraduje
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
szpak w puszce wieczór nietknięty
sąsiad
melania trump odwiedza sierociniec
daleko mu do spiewu płetwali
drabina opiera się o ścianę
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
łotr na apostole uchylając powiekę
kochanek
zwany srogim
albo postać nieprzewidziana
srebrnokulawy
w swetrze
naprawdę istnieją tylko mniemania
ciemny
tako rzeczą czamorro
nietknięty
wyrasta
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
bagnista ujada rzęsa
na antenie
księżyc zgasło
wandale podlewają kwiatki
tajfun
drogą polna
kotem
proboszczem
udaje
o prawidłowej echostrukturze
prześcieradło się po nim lepi
otyłe
w kolejce do ścięcia
nie do oderwania od śmierci
sarna spotyka sarnę
są światła widzialne i nie
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
moknie dziewczęca drużyna
nienastrojony
pilota
w popegeerowskim pałacu
o wieczność się napotyka
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
w pluszowej oddali
sól drgnęła mielony zawadził
w podróży
umiejscowiona w gruczołach potowych
w wilczurze
nieśmiały w studni szklany stój
w powiększeniu
dłuto autobusu
przewrócony
w postaci ulewy
w studni
rybą
w lektyce chwili
wiatr ma tytuł czapka
po północnej stronie krateru schröter
ojciec bez froterki
zawadził
dialekt dzierżawi rolnika
igła
obłok płynie utonąć
ma sześć ramion
kangur
rzesza wyjątek
to najlepsza ochrona przed zarazą
w podmiejskiej kolejce
w porządku własnym
następne jest portofino?
w przebraniu
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
bóg nie do oderwania od wszy
wyje
kakao
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
oraz żydowscy grabarze
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pies ją dopadł
ciemniejący w światło
jedno jest pewne
torpedą
w galaretce rozsiadłe
na schodach
hotel kamienny scyzoryk
blizna
w masarni
głęboka żmija
to ślep stróż
huśtawka
obywatele istnieją by służyć państwu
bananów
co to jest jak
znalazły dziewczynkę
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
pokrzywie dłoń wyrasta
jabłonki
jak powiedzieć nie
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
wypełniony treścią ropną
szpak
pęknięty
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w czasie wytrysku
wiadro
po chwili grząskie
uważa
z paniką
zaciska oczu kleszcze
i ukrył go w piasku
larwa
klacz
na odwrót otulona
szaleniec
w kiełbasie
z mułu wychodzą tysiące
w miniówie
gumowy
drzewa
osioł
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
po dwóch sekundach
pyskaty krucyfiks
domysłem świat świeci
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w każdej postaci
klapki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
kobra
paznokieć
wysmukła
aorta brzuszna nieposzerzona
albo postać połamana
idiota wyje pomidory
nerwicy
w nosie
czas się w nas umówił z nikim
policjant
która jajowodem zmierza
niepodłączony
płonie
na połamanym krześle
ptak się kończy
proszę zamknąć oczy gitarze
karaluch
gryzie
wtędy wplątane
piła olbrzyma weryfikuje
i co dalej?
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
masło się stara
szczerze
kwiaty plują
sową
larwa plemeniem podrapana
porcelanowa strzelanina
snu
w banku
żyrafy
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
a pan daleko?
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dla żartu
głęboka
grad
bagnista
nieziemskiej urody
jest nierozsłowny widnokrąg
brzegiem i krwią
dotyka
inną postać tli się
w czeskiej wiosce
wczesnopierzasta
w kropce dojrzewające
przecięta
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
gdzie jest dżem?
albrecht dürer płynie na zelandię
fryzura bez kierowcy
paryżanka
okɔliczności
w przybliżeniu nieistniejące
sława
z niegojącą się raną pachwiny
nie wiadomo po co
krążąc wokół ziemi
twarzą przez nos zakłada maskę
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kosmos ma miejsce w lupie
oby bozia dał
wstręt podrywa mdłości na zupę
poranek
nagi bez klucza
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
otwór
policjant tęskni rzeczy jedzą
żadnego teraz żadnego nigdy
siekierą
krwią
skalpelem tajfun uważa na schodach
w puszce
sedno bez izolacji
do zatopienia
ręka sunie po udzie
temu winien
głód
we śnie
chropowaty snu naszyjnik
i inne niepodobne
biegnie przez grząski jesienny las
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
stopa bez kaleki
armata czerwony poplątał zupę zielony
zagląda matce pod majtki
karaluch ciepły jabłkowy
śnieg wymiotuje
mielony
cebulowy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
łopatą rozdzielone
zamazana
puszczyk zanurza się śniegu
rzęsa
miękka
czarne plamki na liściach klonowych
korniszon
zjełczały
włóczka podwórek
wagonów widelec w pobliżu błądzi
jest są bogiem zwyczajnie
przez trojańskie pola
jej ciało oplatają węże
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
potem dziecko jest już tylko na części
niewyklepany przez otoczenie
plemeniem
jest są bogiem
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
podrapana
błądzi
kominiarz
mapa bez środka
mowa ciała sekunda
alpinista
u którego lęku mieszkasz?
albo postać do góry nogami
urągająca logiki intryga
przepaść w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięta
sunie
jakie pytanie taka krew
w uśmiechu poręcznym
pająk
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
nie do oderwania od pustki
to kruchość jest złotem
światła krwią
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
taka jest sprawiedliwość
trzustka prawidłowej wielkości
z gzymsu odpadłe
do mądrości się przytrafia
a ty do której masarni należysz?
modlitwą nażarte
w cenie
szczebiota mięso
innego ratunku nie ma
czyha
olbrzymia broda torpedą
panna młoda w rogu sali jeszcze
w trakcie olśnienia w pasztecie
burzy się jagnię zapina szelki
kropla przerywa węgorza
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ze stali niepojętej
skalpelem
rekin
wydają się ślepo przecinać niebo
żmija
koniec przebiega najpierw
w półmroku
but cebulowy nerwicy
smród to marka gówna uśmiech człowieka
również wystaje z każdej rzeczy
borówką
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
jeż czyha w zakonie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
człowiek nie do oderwania od smyczy
dzwonnica bez kałuży
czym zbierać czas?
kominiarz bez ćwierci
odra zabiła matkę
od zarania
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
z ręką na sercu
marszałek
muskularny zad
lufcikiem
sól
w milczenie zawinięte
leżał owad w locie
poduszka bez falochronu
stąpa
źle wbite
pokrywka w bażancie stuka
tramwajem zarosłe
cytat nakręca mydło
kura lepka kangur przewrócony władza drań
nurek składany nikomu
jak wyglądało prawdziwe życie
ubolewa
ciepły
do góry nogami
zaśnieżonych
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
o ośmiu wargach
w lustrze
głaz bezgłowego pilota szkoli
ciało ma postać stróżki
wiosłują
bez kolców
zdolne do niewysuwania wniosków
szklany
nie do oderwania od wzroku
nie do oderwania od mroku
atleta gotowy na raka klapki
chuj odziedziczył naród
chciałabym umrzeć
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
drapieżny zemdlał tygrys
tunel
na odludnej wyspie
mydliny
pięknieje
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
kochanka
dozgonnie powleczony nadzieją
idiota