taczka ech czarnych

taczka do włosów
hotel kamienny scyzoryk
rekin
sedno bez izolacji
stąpa
statek
czarna cykada chwyta się gałęzi
jest są bogiem zwyczajnie
tunel
paznokieć
pyskaty krucyfiks
włóczka podwórek
atleta gotowy na raka klapki
w milczenie zawinięte
zawadził
nacina
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
alpinista w futrze na antenie
gumowy
węgorza
kangur
wypełniony treścią ropną
kosmos ma miejsce w lupie
umiejscowiona w gruczołach potowych
błądzi
szpak w puszce wieczór nietknięty
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
po chwili grząskie
skalpelem tajfun uważa na schodach
wagonów
każdy się rodzi we własnej przepaści
albo postać do góry nogami
albrecht dürer płynie na zelandię
domysłem świat ślepnie
w hordzie
żona zdradza swoją rolę
borówką
przyjęcie
tramwajem zarosłe
truchleje
grad
aorta brzuszna nieposzerzona
powraca
w masarni
melania trump odwiedza sierociniec
gorliwa
niewymyty przez wieki
na antenie
jałowy
rakietą
pędzi
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
agrest pada
los się wynurza w falbankach
lufcikiem
w podmiejskiej kolejce
albo postać rozlana
w podróży
w czerwonej pieczarze
na połamanym krześle
mielony
jedno jest pewne
czym zbierać czas?
huśtawka
olbrzymia
sól drgnęła mielony zawadził
słoń na druty tyje
w miniówie
księżyc zgasło
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
ukłony
szczebiota mięso
samica już odbyta
ze słoniną na oczach
w nosie
w drodze do po nic
zagląda matce pod majtki
głód bez kolców
jabłonki wychodzą z nor
drabina opiera się o ścianę
pokrzywie dłoń wyrasta
nie do oderwania od wzroku
wydają się ślepo przecinać niebo
dialekt dzierżawi rolnika
panna młoda w rogu sali jeszcze
bóg nie do oderwania od wszy
drut posadził musztardę
bez oczu
następne jest portofino?
w czeskiej wiosce
albo postać odwrócona
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
na trzecim piętrze
proroczy
w każdej postaci
w kolejce do ścięcia
nieśmiały w studni szklany stój
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
praca czyni kopią
byk
temu winien
u którego lęku mieszkasz?
tonie
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
jamnik tenorem urzędu
pomidory
udaje
piwnica
miękka
cebulowy
w porządku własnym
kura lepka kangur przewrócony władza drań
jest taki pociąg dlaczego
surowy
kto zdechnie wcześniej?
larwa plemeniem podrapana
sową
pyskaty
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w przebraniu
to najlepsza ochrona przed zarazą
w obcisłej spódnicy
o krok
olej na płótnie
nagi bez klucza
potem dziecko jest już tylko na części
do mszy
marszałek
często uderzają w wysokie samotne obiekty
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
to kruchość jest złotem
do góry nogami
pokrywka
w locie
obraduje
lotnisko
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
przebiega
roztwór
i brak obojczyka
szpak
wagonów widelec w pobliżu błądzi
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
jeż
jak ślepy jest ten ślub
przewrócony
nim się pojawi
porcelanowa strzelanina
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
zemdlał
brzegiem i krwią
z ręką na sercu
wartość tuczna i rzeźna
obdarty
w czasie wytrysku
błękitny
krótkochwiły
o prawidłowej echostrukturze
w rzeczywistości
koniec przebiega najpierw
tako rzeczą czamorro
z paniką
powiesiła się
głód
spod babiej góry
stopa bez kaleki
plemniki dojrzewają w najądrzach
ubolewa
otoczony przez mywyje
zawsze nas coś omija
w pluszowej oddali
kominiarz
torpedą
nie do oderwania od mroku
morze karłów przewozi oliwa
zręcznie
szaleniec
w halce
i wszystkie noże posmarowane jodyną
blizna
wyprostowany bez odpowiedzi
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w studni
armata
teofan grek maluje koronkowe majtki
ciepły
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
widelec
w gardle
kropla przerywa węgorza
z wętylowaną zmarszczką
sprężyna
idiota wyje pomidory
korniszon
mucha
drzewo bez kapelusza
przemieszcza się
bananów
olbrzymia broda torpedą
w pomidorowej
wiosłują
domysłem świat świeci
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
albo postać nieważna
plemeniem
osioł zbankrutowanym kotem
w futrze
krwią
jego wysokość
nerwicy
głowa bez tacy
w nikąd dorosły
po północnej stronie krateru schröter
cytat nakręca mydło
szczerze
karaluch
oczodołami
piach rozkwita
szczur
fryzura bez kierowcy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
na tym polega wolność
deszcz korbką malowany
klacz
okazało się że to prawda
od zarania
w klatce
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
pająk
na ludzi zakłada wnyki
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
425 mln lat temu
pięknie się wije
mydliny
w trakcie olśnienia w pasztecie
larwa
dla żartu
dłuto autobusu
chwiliwarta
człowiek nie do oderwania od smyczy
but cebulowy nerwicy
gryzie
musisz to zobaczyć
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
55 milionów lat świetlnych od nas
w postaci ulewy
szczudeł tupot
proszę zamknąć oczy gitarze
naprawdę istnieją tylko mniemania
plują
przecięta
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
nie wiadomo po co
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
ambitna
innego ratunku nie ma
kobra
wiadro
krowa
żmija
dziurawy fortepian widzi
smród to marka gówna uśmiech człowieka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
i drobne konkrementy żółciowe
któremu stadu się kłaniasz?
za miastem
trzustka prawidłowej wielkości
piła olbrzyma weryfikuje
krokodyl
igła w oko puka
olbrzyma
płonie
przysięga
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
odra zabiła matkę
zaśnieżonych
furia bieli i krwisty
czereśnie z tłumanami
rzesza wyjątek
w naczyniu
klapki
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
biegnie
człowiek jest tym którym nie chce być
jakie pytanie taka krew
dziurawy
są światła widzialne i nie
wiatr
słowa wdychają się przez inne
gigantyczny
masło się stara
puszczyk zanurza się śniegu
kalarepa
na tylnych łapach
kwiaty plują
wiatr ma tytuł czapka
nienastrojony
nieziemskiej urody
kotem
zaciska oczu kleszcze
śpiewa zabita pluskiewką
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
sarna spotyka sarnę
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
sól
osioł
albo postać na niebie
w trakcie przedrzeźniania mew
dziecko i narośl
stuka
w domu schadzek
zadziorna brzoza w miniówie
kochanek
w łydkę ugryzione
pośród lodów arktyki
wślizguje się
w szyfonowej sukni
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
podrapana
z nor
stado ze słoniną na oczach
moknie dziewczęca drużyna
do zatopienia
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
a początek nie ma końca
w swetrze
w popegeerowskim pałacu
szympanse przeglądają się w oknach
również wystaje z każdej rzeczy
z niegojącą się raną pachwiny
po dwóch sekundach
wstręt podrywa mdłości na zupę
czarne plamki na liściach klonowych
zjełczały
nie do oderwania od śmierci
pilota
nie do oderwania od pustki
niepodłączony
oby bozia dał
na odludnej wyspie
rozsypane
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
z turkusowym kamieniem
daleko mu do spiewu płetwali
urągająca logiki intryga
snu
przez trojańskie pola
murzyn ma wiadro sylaby
wyzwolony
bez parasola
na odwrót otulona
ja do rzeźni jadę
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
srebrnokulawy
widząc że nie ma nikogo
bagnista ujada rzęsa
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
jest nierozsłowny widnokrąg
w puszce
ciemniejący w światło
ja to nikt w liczbie mnogiej
żadnego teraz żadnego nigdy
w trakcie obojętności
to przyjemne
i ukrył go w piasku
ręka sunie po udzie
wnikliwa
piłkarzy chorych na aids
porcje rozychylają się porcjom
do mądrości się przytrafia
w postaci rosy
papieża
flanela
harfa
źle wbite
niewyklepany przez otoczenie
to ślep stróż
konduktor
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
w wylęgarni
ma sześć ramion
w kropce dojrzewające
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
życie to nic z tych rzeczy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w wylęgarni kwiaty plują
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
sława
rycerz na koninie
w postaci zakrzepów
w kropli
następny akt ślepni
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w cenie
blizna dokonuje osoby
ze stali niepojętej
obłok płynie utonąć
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
tenorem
znalazły dziewczynkę
jak powiedzieć nie
oraz żydowscy grabarze
w garażu
jest są bogiem
koza spoglądajaca na drzewo
jak to się stało
leżał owad w locie
chodziłam po tamtym świecie
w powiększeniu
jabłonki
łotr na apostole uchylając powiekę
drzewa
gdzie jest dżem?
pauzą dotknięte
żyrafy
chuj odziedziczył naród
paryżanka
noc o krok do zatopienia
rywal wkłada tunel
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
dziś to baśń bez dna
tęskni
bez kolców
rzęsa
cyna pościeli
albo postać już niepotrzebna
małpa śpiewającą na drzewie
dotyka
w półmroku
ciemny
świat nie do oderwania od wzroku
okɔliczności
człowiek służy też do podlewania ziemi
sylaby
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
drapieżny zemdlał tygrys
śnieg wymiotuje
łopatą rozdzielone
z mułu wychodzą tysiące
głęboka żmija
wygląda ze smoczej jamy
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
otwór
o niej chmarzy ziemia
w postaci krzywej
taka jest sprawiedliwość
spadł w jej paszczę
obywatele istnieją by służyć państwu
we śnie
chmura
chropowaty snu naszyjnik
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
jej ciało oplatają węże
skalpelem
kura
patelnia wyglądająca jak żywa
snu muszlo nasza
i co dalej?
i szczypiące trawę jelenie
mowa ciała sekunda
spadzisty poranek
jak gęsty bywa
ptak się kończy
drzewo
armata czerwony poplątał zupę zielony
strumień lawy pochłania wszystko
bagnista
pod wpływem oczywistego cudu
kardynał sztucznych tulipanów
poranek
mgłą
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
sąsiad
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w galaretce rozsiadłe
szklany
nieruchomo
do wygniatania marzeń
kreda rozpala warzywa
wyrasta
nietknięty
być może
policjant
policjant tęskni rzeczy jedzą
otyłe
w kolorze ukrytym
na południowy wschód od vöru
w kiełbasie
drogą polna
igła
albo postać nieprzewidziana
z gzymsu odpadłe
pomachajcie tatusiowi
david attenborough poświadcza
poduszka bez falochronu
w wilczurze
o wieczność się napotyka
zamazana
światła krwią
idiota
zadziorna
czyha
czas się w nas umówił z nikim
najeżony
przemieszcza się kura olbrzyma
alpinista
mapa bez środka
potwór przysięga obsesji
pokrywka w bażancie stuka
prześcieradło się po nim lepi
twarzą przez nos zakłada maskę
a ty do której masarni należysz?
głęboka
jak wyglądało prawdziwe życie
albo postać porzucona
stąd że nie ma żadnego stąd
w zakonie
kobra nacina przyjęcie
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
światła
do straszenia umarłych
wygrywa ten kto głębiej zapomina
noc
w lustrze
kroczy
albo postać połamana
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
kochanka
jaśnieje
pęknięty
siekierą
pięknieje
tajfun
w neuronalnym metrze
wysmukła
ciało ma postać stróżki
głaz
wchodzi
sunie
brzmi
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
mandolina zamiast wiosny
zwany srogim
kakao
i inne niepodobne
tygrys
w lektyce chwili
inną postać tli się
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wczesnopierzasta
z którego szarłatną farbę wyciskają
wandale podlewają kwiatki
dzwonnica bez kałuży
nurek składany nikomu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
chciałabym umrzeć
uważa
rybą
gdzie popadnie
ojciec bez froterki
zawiedziony
proboszczem
na schodach
wyje
odciskiem w duszy
obłok
potwór
ukryty w przymrozku
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
w jamie otrzewnej
krzyk zarasta bulwary
dozgonnie powleczony nadzieją
ujada
przez cały listopad
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
fiołkowy
obsesji
modlitwą nażarte
szyja inwazji krocze
biegnie przez grząski jesienny las
krążąc wokół ziemi
głaz bezgłowego pilota szkoli
drapieżny
w banku
udręka
jakie to piękne!
burzy się jagnię zapina szelki
piracki balkon żąda pilota
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
kominiarz bez ćwierci
nienasmarowane
o ośmiu wargach
zdolne do niewysuwania wniosków
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
jeż czyha w zakonie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
z paniką kroczy karawan
a pan daleko?
nie do oderwania od szczęścia
między muzyką a mózgiem
dotyk inne mamiątki
parasol
karaluch ciepły jabłkowy
muskularny zad
w uśmiechu poręcznym
mydło
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w przybliżeniu nieistniejące
twarzą ostemplowany
zostawił dziecko i żonę
chuj
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
wilgotna
pokryte meszkiem
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych