taczka tygrys

taczka do włosów
bagnista
pędzi
patelnia wyglądająca jak żywa
klapki
david attenborough poświadcza
o wieczność się napotyka
tęskni
z paniką
żąda opowieści
drabina opiera się o ścianę
w naczyniu
strumień lawy pochłania wszystko
w postaci krzywej
tajfun
tunel
obsesji
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
mgłą
przerywa
rzeka
do góry nogami
krótkochwiły
wzgórza
albo postać na niebie
o krok
w postaci zakrzepów
celebryta
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
każdy się rodzi we własnej przepaści
drapieżny zemdlał tygrys
otyłe
dzida
koza spoglądajaca na drzewo
spadł w jej paszczę
szpak
cebulowy
jej ciało oplatają węże
po chwili grząskie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
albo postać do góry nogami
huśtawka
zdolne do niewysuwania wniosków
nieruchomo
głaz
ejże i wodorosty
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
zręcznie
w półmroku
puszczyk zanurza się śniegu
snu
jak ślepy jest ten ślub
oczodołami
uważa
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jakie pytanie taka krew
czas się w nas umówił z nikim
kosmos ma miejsce w lupie
idiota
krowa
jest są
zielony
kominiarz bez ćwierci
moknie dziewczęca drużyna
zaśnieżonych
wełnę
szympanse przeglądają się w oknach
sól
następne jest portofino?
mielony
pająk
jak gęsty bywa
błądzi
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
kobra
ujada
borówką
głęboka
do mądrości się przytrafia
leżał owad w locie
spadzisty poranek
alpinista w futrze na antenie
stąd że nie ma żadnego stąd
poranek
piwnica
wartość tuczna i rzeźna
chmura
truchleje
w futrze
chuj odziedziczył naród
dziurawy fortepian widzi
prześcieradło się po nim lepi
o prawidłowej echostrukturze
w podróży
srebrnokulawy
ciemniejący w światło
w wilczurze
jakie to piękne!
w kropce dojrzewające
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
jego wysokość
oby bozia dał
brzmi
w bażancie
w czerwonej pieczarze
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
plakat
idź za nim
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
ubolewa
to najlepsza ochrona przed zarazą
w wylęgarni
policjant
w łydkę ugryzione
samowściekłe
larwa plemeniem podrapana
drzewo bez kapelusza
czereśnie z tłumanami
na południowy wschód od vöru
marszałek
spleśniała
głód
głęboka żmija
w rzeczywistości
światła
o ośmiu wargach
piach rozkwita
stygnie
pomidory
w garażu
w domu schadzek przy ulicy darcet
ręka sunie po udzie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
po północnej stronie krateru schröter
kochanka
w nigdy umorusana
obywatele istnieją by służyć państwu
parasol
policjant tęskni rzeczy jedzą
sarna spotyka sarnę
u którego lęku mieszkasz?
zdziwiony
płonie
zawsze nas coś omija
wilgotna
krzyk zarasta bulwary
proszę zamknąć oczy
burzy się jagnię zapina szelki
na tylnych łapach
czarna cykada chwyta się gałęzi
szyja inwazji krocze
udręka
brutalnie
cyna pościeli
kaleka
w byłości powstaje
na wardze
kropla przerywa węgorza
noc o krok do zatopienia
na ludzi zakłada wnyki
nieśmiały w studni szklany stój
potwór
rycerz na koninie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
cukierek robotnikowi pieskiem
sąsiad
tonie
blizna
szaleniec
plują
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
do wygniatania marzeń
mydło
włosy na piersiach
dialekt dzierżawi rolnika
kalarepa
między muzyką a mózgiem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
człowiek jest tym którym nie chce być
pyskaty
jedno jest pewne
jacht
podrapana
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
rzesza wyjątek
wiosłują
na schodach
tako rzeczą czamorro
olbrzymia broda torpedą
jeż czyha w zakonie
na stertę
zwleka
zadziorna brzoza w miniówie
å po szwedzku
atleta gotowy na raka klapki
włóczka podwórek
olbrzymia
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
człowiek nie do oderwania od smyczy
drgnęła
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
na trzecim piętrze
paryżanka
robotnikowi
na odludnej wyspie
jest taki pociąg dlaczego
zwykle pod nosem lub na wardze
przyjęcie
albo postać nieważna
kreda rozpala warzywa
nie do oderwania od mroku
do straszenia umarłych
sedno bez izolacji
przemieszcza się kura olbrzyma
okazało się że to prawda
wyje
w lustrze
pokrzywie dłoń wyrasta
igła
naprawdę istnieją tylko mniemania
w klatce
życie jest jawate i tyle samo warte
w milczenie zawinięte
w studni
morze karłów przewozi oliwa
nie do oderwania od wzroku
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
zamazana
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
sunie
ślepym podarowane
do zatopienia
igła w oko puka
również wystaje z każdej rzeczy
jabłonki wychodzą z nor
na raka
głód bez kolców
świat nie do oderwania od wzroku
jest są bogiem
źle wbite
w hordzie
wślizguje się
jest nierozsłowny widnokrąg
sylaby
i szczypiące trawę jelenie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
muskularny zad
tuńczyk
krwią
bez kolców
idiota wyje pomidory
klacz
kropla
flanela
krokodyl
jabłonki
wandale podlewają kwiatki
ząb proroczy wypada głaz
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
szklany
czarne plamki na liściach klonowych
rywal wkłada tunel
pokrywka
w cenie
z niegojącą się raną pachwiny
harfa
55 milionów lat świetlnych od nas
stój
mapa bez środka
pośród lodów arktyki
ja do rzeźni jadę
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pod wpływem oczywistego cudu
głowa bez tacy
a ty do której masarni należysz?
nurek składany nikomu
dotyk inne mamiątki
blizna dokonuje osoby
krążąc wokół ziemi
lufcikiem
ukłony
węgorza
czemu ptaki piją?
ząb
przecinka
proszę zamknąć oczy gitarze
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
pauzą dotknięte
papieża
widelec
praca czyni kopią
wagonów
kardynał sztucznych tulipanów
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wiadro
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
albo postać nieprzewidziana
wierzgające dzikie konie
biegnie przez grząski jesienny las
albo postać odwrócona
mleczny
gigantyczny
w galaretce rozsiadłe
w postaci ulewy
albo postać już niepotrzebna
nie do oderwania od pustki
samotne
znalazły dziewczynkę
wyrasta
kangur
obłok
kwiaty
korniszon
nienasmarowane
karawan
wagonów widelec w pobliżu błądzi
armata czerwony poplątał zupę zielony
bagnista ujada rzęsa
dotyka
dziś to baśń bez dna
w nosie
jamnik
wydają się ślepo przecinać niebo
obraduje
piła olbrzyma weryfikuje
pyskaty krucyfiks
torpedą
okrąża
przewrócony
w przybliżeniu nieistniejące
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
szpak w puszce wieczór nietknięty
kroczy
gumowy
w pomidorowej
fortepian
odra zabiła matkę
daleko mu do spiewu płetwali
głaz bezgłowego pilota szkoli
drzewa
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w jamie otrzewnej
chciałabym umrzeć
śnieg wymiotuje
od zarania
drań
chwiliwarta
poduszka bez falochronu
sól drgnęła mielony zawadził
karaluch
nietknięty
wspina się na chwilę
zaciska oczu kleszcze
a pan daleko?
chodziłam po tamtym świecie
ja to nikt w liczbie mnogiej
sprężyna
ma sześć ramion
to kruchość jest złotem
zadziorna
smród to marka gówna uśmiech człowieka
światła krwią
w neuronalnym metrze
mowa ciała sekunda
w czasie wytrysku
na połamanym krześle
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
rybą
wyzwolony
jest są bogiem zwyczajnie
broda
w miniówie
pięknie się wije
w przebraniu
leżał
ciemny
stado ze słoniną na oczach
potem dziecko jest już tylko na części
modlitwą nażarte
któremu stadu się kłaniasz?
nie wiadomo po co
kotem
śpiewa zabita pluskiewką
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
każde ja ocala 86000000000 zjaw
roztwór
siekierą
potwór przysięga obsesji
żadnego teraz żadnego nigdy
okryte potłuczonym obrazem
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w miłości skulone
ptak się kończy
temu winien
pokryte meszkiem
deszcz korbką malowany
wypełniony treścią ropną
w porządku własnym
koniec przebiega najpierw
kakao
bezgłowego
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
z nor
konduktor
drapieżny
w kropli
fryzura bez kierowcy
plemeniem
w postaci rosy
z turkusowym kamieniem
powodzi
paznokieć
jałowy
bóg nie do oderwania od wszy
łotr na apostole uchylając powiekę
nerwicy
czym zbierać czas?
rakietą
w locie
stąpa
kto zdechnie wcześniej?
olbrzyma
są światła widzialne i nie
biegnie
żmija
w szyfonowej sukni
tramwajem zarosłe
kwiaty plują
melania trump odwiedza sierociniec
zawadził
przemieszcza się
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
w pluszowej oddali
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w drodze do po nic
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
łopatą rozdzielone
otwór
obdarty
wyprostowany bez odpowiedzi
wysmukła
albo postać rozlana
gorliwa
wchodzi
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
w obcisłej spódnicy
szczebiota mięso
albo postać połamana
gdy pęcherzyk graafa pęknie
pełni
pilota
z nadzieją zaślinione
przebiega
weryfikuje
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
a początek nie ma końca
czyha
we śnie
i drobne konkrementy żółciowe
człowiek służy też do podlewania ziemi
pieskiem
zagląda matce pod majtki
alpinista
trzustka prawidłowej wielkości
kobra nacina przyjęcie
nie do oderwania od śmierci
słowa wdychają się przez inne
dzwonnica bez kałuży
dziurawy
wiatr ma tytuł czapka
rzęsa
w kiełbasie
podłoga
skalpelem tajfun uważa na schodach
przysięga
ojciec bez froterki
nie do oderwania od szczęścia
przecięta
pięknieje
kreda
aorta brzuszna nieposzerzona
balkon
kochanek
zawiedziony
w falarium
olej na płótnie
w masarni
krewnym
osioł
nacina
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
bez oczu
ambitna
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
taka jest sprawiedliwość
bez parasola
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
przechodzi pomazaniec
brzoza
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
sową
proroczy
zemdlał
kominiarz
zakręca
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
byk
ciało ma postać stróżki
wygląda ze smoczej jamy
skalpelem
w swetrze
plemniki dojrzewają w najądrzach
chuj
milczenie
wdowy
zjełczały
wnikliwa
agrest pada
kura
trup
żyrafy
do mszy
larwa
lotnisko
o niej chmarzy ziemia
nienastrojony
nogi
szczur
tenorem
umiejscowiona w gruczołach potowych
kura lepka kangur przewrócony władza drań
pokrywka w bażancie stuka
w gardle
piłkarzy chorych na aids
po dwóch sekundach
w kolorze ukrytym
wygrywa ten kto głębiej zapomina
brzegiem i krwią
czapka
stopa bez kaleki
odziedziczył
na antenie
solistą
cytat nakręca mydło
to ślep stróż
jamnik tenorem urzędu
piracki balkon żąda pilota
najeżony
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
bananów
niepodłączony
w podmiejskiej kolejce
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
gryzie
w puszce
wyciąganie wniosków prasownie kłów
dlatego świat się ulatnia
wiatr
twarzą ostemplowany
jedzą
porcelanowa strzelanina
plastelina w swej skromności
proboszczem
mydliny
masło się stara
poplątał
obłok płynie utonąć
but cebulowy nerwicy
425 mln lat temu
i wszystkie noże posmarowane jodyną
słoń na druty tyje
nim się pojawi
i brak obojczyka
w banku
nagi bez klucza
jeż
często uderzają w wysokie samotne obiekty
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
zamawia
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
snu muszlo nasza
pomachajcie tatusiowi
cukierek
szczudeł tupot
odciskiem w duszy
mucha
jak wyglądało prawdziwe życie
dziecko i narośl
z gzymsu odpadłe
stuka
ze słoniną na oczach
noc
ciepły
udaje
fiołkowy
porcelanowa
rekin
potrząsa
gdy rodzi okɔliczności
z paniką kroczy karawan
przez cały listopad
w lektyce chwili
pobożny
albo postać porzucona
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
za miastem
karaluch ciepły jabłkowy
statek
w zakonie
szczerze
armata
osioł zbankrutowanym kotem
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
wczesnopierzasta
murzyn ma wiadro sylaby
powraca
rozlana
nakręca
nieziemskiej urody
w wylęgarni kwiaty plują
rozsypane
księżyc zgasło
z ręką na sercu
pęknięty
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
jak to się stało
małpa śpiewającą na drzewie
miękka
sława
z mułu wychodzą tysiące
gdzie jest dżem?
przenika wtędy
dłuto autobusu
obskurny
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
grad
porcje rozychylają się porcjom
tygrys