taka żyrafy

taka jest sprawiedliwość
jabłonki
w kropce dojrzewające
idiota wyje pomidory
w lektyce chwili
kakao
u którego lęku mieszkasz?
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
gigantyczny
melania trump odwiedza sierociniec
bez kolców
błękitny
jest taki pociąg dlaczego
zdolne do niewysuwania wniosków
albo postać rozlana
kto zdechnie wcześniej?
dialekt dzierżawi rolnika
w pluszowej oddali
w lustrze
ręka sunie po udzie
55 milionów lat świetlnych od nas
a początek nie ma końca
szczur
dotyk inne mamiątki
brzmi
rzęsa
pomachajcie tatusiowi
urągająca logiki intryga
uważa
leżał owad w locie
skalpelem
kura lepka kangur przewrócony władza drań
błękitny mocz
okɔliczności
w futrze
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
powraca
w czasie wytrysku
srebrnokulawy
nietknięty
obłok
tunel
szczudeł tupot
do mszy
albo postać odwrócona
w gardle
pędzi
plemniki dojrzewają w najądrzach
sową
zagląda matce pod majtki
spadł w jej paszczę
szczerze
miękka
czas się w nas umówił z nikim
albo postać już niepotrzebna
w studni
marszałek
sól
smród to marka gówna uśmiech człowieka
policjant
korniszon
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
rywal wkłada tunel
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
blizna dokonuje osoby
łotr na apostole uchylając powiekę
naprawdę istnieją tylko mniemania
na antenie
z paniką
parasol
wiosłują
kochanek
następne jest portofino?
igła w oko puka
kominiarz
jałowy
z mułu wychodzą tysiące
tygrys
jak to się stało
zadziorna
wilgotna
ciemny
na odludnej wyspie
najeżony
w jamie otrzewnej
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
obdarty
otwór
szpak
jak wyglądało prawdziwe życie
obraduje
lotnisko
jak ślepy jest ten ślub
wyzwolony
papieża
ciało ma postać stróżki
ojciec bez froterki
przewrócony
jego wysokość
teofan grek maluje koronkowe majtki
dotyka
każdy się rodzi we własnej przepaści
harfa
olej na płótnie
w czerwonej pieczarze
zadziorna brzoza w miniówie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
fiołkowy
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
nieruchomo
larwa
rutyna ciągnie puste sanie
w zakonie
zjełczały
wiatr
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
jakie pytanie taka krew
bagnista ujada rzęsa
głód bez kolców
rybą
w wilczurze
w miniówie
kwiaty plują
w miłości skulone
larwa plemeniem podrapana
przyjęcie
moknie dziewczęca drużyna
kropla przerywa węgorza
wślizguje się
pokrzywie dłoń wyrasta
wygląda ze smoczej jamy
wzgórza
w neuronalnym metrze
porcje rozychylają się porcjom
o ośmiu wargach
okryte potłuczonym obrazem
nie do oderwania od śmierci
w galaretce rozsiadłe
krowa
sunie
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
stąpa
lufcikiem
w pomidorowej
przemieszcza się
rycerz na koninie
grad
szyja inwazji krocze
w porządku własnym
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
przemieszcza się kura olbrzyma
od zarania
cytat nakręca mydło
krokodyl
łka
węgorza
konduktor
jakie to piękne!
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
taczka do włosów
przecięta
stopa bez kaleki
but cebulowy nerwicy
furia bieli i krwisty
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
bez oczu
potwór przysięga obsesji
żadnego teraz żadnego nigdy
dozgonnie powleczony nadzieją
plemeniem
do wygniatania marzeń
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
wczesnopierzasta
życie to nic z tych rzeczy
sąsiad
nieśmiały w studni szklany stój
karaluch
po chwili grząskie
o niej chmarzy ziemia
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
następny akt ślepni
burzy się jagnię zapina szelki
człowiek służy też do podlewania ziemi
w swetrze
drzewo
zdziwiony
w wylęgarni kwiaty plują
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
kangur
albo postać do góry nogami
czarne plamki na liściach klonowych
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w milczenie zawinięte
policjant tęskni rzeczy jedzą
425 mln lat temu
we śnie
chmura
potem dziecko jest już tylko na części
rekin
ambitna
dziurawy fortepian widzi
jest są bogiem zwyczajnie
z paniką kroczy karawan
zawadził
kotem
gdzie jest dżem?
dziurawy
sedno bez izolacji
biegnie przez grząski jesienny las
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
drzewo bez kapelusza
proroczy
skalpelem tajfun uważa na schodach
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
o krok
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
drut posadził musztardę
o wieczność się napotyka
gangrena
klacz
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
pięknieje
w szyfonowej sukni
oby bozia dał
stado ze słoniną na oczach
błądzi
czym zbierać czas?
żona zdradza swoją rolę
albo postać porzucona
samowściekłe
biegnie
żmija
armata czerwony poplątał zupę zielony
głowa bez tacy
osioł zbankrutowanym kotem
umiejscowiona w gruczołach potowych
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
kobra nacina przyjęcie
jeż
w przebraniu
do mądrości się przytrafia
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
podrapana
w cenie
otyle
nie do oderwania od szczęścia
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
spleśniała
w obcisłej spódnicy
i drobne konkrementy żółciowe
bez parasola
chodziłam po tamtym świecie
w nosie
szaleniec
spadzisty poranek
alpinista
z ręką na sercu
daleko mu do spiewu płetwali
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
wandale podlewają kwiatki
cebulowy
truchleje
zwykle pod nosem lub na wardze
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
blizna
z gzymsu odpadłe
i szczypiące trawę jelenie
odciskiem w duszy
w kropli
poranek
proboszczem
mapa bez środka
borówką
zamazana
morze karłów przewozi oliwa
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
przenika wtędy
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
muskularny zad
oczodołami
nim się pojawi
wygrywa ten kto głębiej zapomina
dzida
pilota
samica już odbyta
pomidory
śpiewa zabita pluskiewką
pyskaty krucyfiks
księżyc zgasło
dzwonnica bez kałuży
kochanka
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
aorta brzuszna nieposzerzona
w wylęgarni
między muzyką a mózgiem
na tylnych łapach
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
ma sześć ramion
przez cały listopad
bananów
w podróży
rzesza wyjątek
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
igła
noc o krok do zatopienia
kobra
piłkarzy chorych na aids
są światła widzialne i nie
udaje
przysięga
jest są bogiem
sylaby
bagnista
pokrywka
los się wynurza w falbankach
byk
ptak się kończy
karawan
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
krótkochwiły
krzyk zarasta bulwary
piwnica
musisz to zobaczyć
kiedy mozart miał dwa lata
dziś to baśń bez dna
wysmukła
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
brzegiem i krwią
pokryte meszkiem
zawiedziony
albo postać nieważna
z niegojącą się raną pachwiny
w puszce
piła olbrzyma weryfikuje
albo postać na niebie
w drodze do po nic
tako rzeczą czamorro
tonie
oraz żydowscy grabarze
i brak obojczyka
jest nierozsłowny widnokrąg
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
inną postać tli się
ślepym podarowane
mandolina zamiast wiosny
krwią
trzustka prawidłowej wielkości
na wardze
ja do rzeźni jadę
głęboka
spod babiej góry
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
sarna spotyka sarnę
noc
nienastrojony
rakietą
pauzą dotknięte
karaluch ciepły jabłkowy
ja to nikt w liczbie mnogiej
głód
sprężyna
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
strumień lawy pochłania wszystko
dziecko i narośl
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
modlitwą nażarte
sława
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
nie do oderwania od wzroku
tenorem
osioł
po północnej stronie krateru schröter
praca czyni kopią
na połamanym krześle
jaśnieje
nie do oderwania od mroku
wyprostowany bez odpowiedzi
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
świat nie do oderwania od wzroku
często uderzają w wysokie samotne obiekty
nieziemskiej urody
kreda rozpala warzywa
okazało się że to prawda
w locie
wchodzi
przerywa
czyha
jak gęsty bywa
odra zabiła matkę
żyrafy
drogą polna
do góry nogami
w powiększeniu
paznokieć
wartość tuczna i rzeźna
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
głaz bezgłowego pilota szkoli
ukłony
wyrasta
proszę zamknąć oczy gitarze
tęskni
deszcz korbką malowany
sól drgnęła mielony zawadził
mydliny
drabina opiera się o ścianę
człowiek jest tym którym nie chce być
czereśnie z tłumanami
temu winien
poduszka bez falochronu
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w domu schadzek
rozsypane
drapieżny
człowiek nie do oderwania od smyczy
wieczność rozpryskujące
chuj
ubolewa
roztwór
piracki balkon żąda pilota
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w kiełbasie
nie do oderwania od pustki
huśtawka
drzewa
murzyn ma wiadro sylaby
pieskiem
wypełniony treścią ropną
po dwóch sekundach
niepodłączony
jest są
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
pyskaty
drapieżny zemdlał tygrys
a pan daleko?
słowa wdychają się przez inne
olbrzymia broda torpedą
zawsze nas coś omija
domysłem świat świeci
siekierą
obywatele istnieją by służyć państwu
idiota
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jabłonki wychodzą z nor
snu
jej ciało oplatają węże
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
to kruchość jest złotem
snu muszlo nasza
kosmos ma miejsce w lupie
łopatą rozdzielone
wiadro
mgłą
obsesji
koza spoglądajaca na drzewo
w naczyniu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ciemniejący w światło
wagonów
wyje
mielony
nie wiadomo po co
gryzie
albo postać połamana
gumowy
w łydkę ugryzione
chwiliwarta
na ludzi zakłada wnyki
w półmroku
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
potrząsa
kalarepa
ciepły
ujada
otyłe
źle wbite
na trzecim piętrze
o prawidłowej echostrukturze
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
zakręca
tramwajem zarosłe
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
obłok płynie utonąć
udręka
stuka
kura
z nor
za miastem
pęknięty
zręcznie
w hordzie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
stąd że nie ma żadnego stąd
szklany
jacht
koniec przebiega najpierw
alpinista w futrze na antenie
szympanse przeglądają się w oknach
wnikliwa
kardynał sztucznych tulipanów
w postaci krzywej
do straszenia umarłych
przebiega
w banku
klapki
nerwicy
porcelanowa strzelanina
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
pod wpływem oczywistego cudu
to odczucie
znalazły dziewczynkę
i wszystkie noże posmarowane jodyną
na odwrót otulona
kominiarz bez ćwierci
w ubiegłej osobie
sobą pomazane
w postaci ulewy
atleta gotowy na raka klapki
światła
gorliwa
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
płonie
to ślep stróż
w każdej postaci
pokrywka w bażancie stuka
prześcieradło się po nim lepi
wiatr ma tytuł czapka
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
zaciska oczu kleszcze
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
bóg nie do oderwania od wszy
w postaci zakrzepów
krążąc wokół ziemi
głęboka żmija
w kolorze ukrytym
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
plują
nacina
na stertę
paryżanka
głaz
dłuto autobusu
któremu stadu się kłaniasz?
jamnik tenorem urzędu
w rzeczywistości
agrest pada
małpa śpiewającą na drzewie
pośród lodów arktyki
albo postać nieprzewidziana
szczebiota mięso
w przybliżeniu nieistniejące
nurek składany nikomu
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
mowa ciała sekunda
pająk
puszczyk zanurza się śniegu
w masarni
piach rozkwita
śnieg wymiotuje
statek
czarna cykada chwyta się gałęzi
masło się stara
ze słoniną na oczach
twarzą ostemplowany
cyna pościeli
cukierek robotnikowi pieskiem
z wętylowaną zmarszczką
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
armata
panna młoda w rogu sali jeszcze
w nigdy umorusana
a ty do której masarni należysz?
wydają się ślepo przecinać niebo
do zatopienia
i inne niepodobne
w postaci rosy
mucha
mydło
flanela
tajfun
otoczony przez mywyje
nienasmarowane
patelnia wyglądająca jak żywa
to najlepsza ochrona przed zarazą
szpak w puszce wieczór nietknięty
zemdlał
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
na schodach
olbrzymia
w garażu
włóczka podwórek
z turkusowym kamieniem
olbrzyma
zaśnieżonych
na południowy wschód od vöru
david attenborough poświadcza
wystarczy ją zerwać
w klatce
chuj odziedziczył naród
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pięknie się wije
ząb proroczy wypada głaz
torpedą
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
światła krwią
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
nagi bez klucza
fryzura bez kierowcy
w podmiejskiej kolejce
chciałabym umrzeć
widelec
z nadzieją zaślinione
kroczy
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
ukryty w przymrozku
jeż czyha w zakonie
jedno jest pewne
również wystaje z każdej rzeczy
słoń na druty tyje
tuńczyk
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
na południowy wschód od vöru
obywatele istnieją by służyć państwu
gumowy
larwa
w drodze do po nic
rywal wkłada tunel
zawadził
po chwili grząskie
umiejscowiona w gruczołach potowych
nurek składany nikomu
nienastrojony
lotnisko
w miłości skulone
na stertę
kominiarz
w wylęgarni kwiaty plują
ma sześć ramion
na wardze
są światła widzialne i nie
poduszka bez falochronu
jego wysokość
również wystaje z każdej rzeczy
zawiedziony
kreda rozpala warzywa
albo postać rozlana
gdzie jest dżem?
zawsze nas coś omija
piła olbrzyma weryfikuje
paryżanka
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
drzewa
krążąc wokół ziemi
furia bieli i krwisty
w porządku własnym
dziś to baśń bez dna
aorta brzuszna nieposzerzona
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
samica już odbyta
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
głód
jakie to piękne!
na trzecim piętrze
biegnie
we śnie
moknie dziewczęca drużyna
ręka sunie po udzie
drzewo bez kapelusza
z turkusowym kamieniem
brzmi
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
kominiarz bez ćwierci
widelec
jaśnieje
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
gangrena
czym zbierać czas?
otyłe
następne jest portofino?
w zakonie
od zarania
nieruchomo
odra zabiła matkę
pośród lodów arktyki
okɔliczności
pięknieje
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w lektyce chwili
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w przebraniu
pauzą dotknięte
pająk
jest są bogiem
kobra
w wilczurze
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
na odwrót otulona
zadziorna
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
tako rzeczą czamorro
tęskni
ambitna
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
błękitny
w nigdy umorusana
ciało ma postać stróżki
puszczyk zanurza się śniegu
policjant tęskni rzeczy jedzą
wiatr
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
chmura
koza spoglądajaca na drzewo
zadziorna brzoza w miniówie
melania trump odwiedza sierociniec
w gardle
do góry nogami
to odczucie
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
policjant
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
statek
ujada
nie do oderwania od mroku
krowa
i inne niepodobne
po dwakroć trzykroć i cztérykroć
w powiększeniu
atleta gotowy na raka klapki
ze słoniną na oczach
łopatą rozdzielone
jedno jest pewne
w kolorze ukrytym
z nor
rekin
przemieszcza się kura olbrzyma
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
taczka do włosów
olbrzyma
srebrnokulawy
porcelanowa strzelanina
żmija
krwią
znalazły dziewczynkę
stado ze słoniną na oczach
smród to marka gówna uśmiech człowieka
ciemniejący w światło
po dwóch sekundach
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
w studni
wiatr ma tytuł czapka
wiadro
wagonów
a początek nie ma końca
otyle
masło się stara
piach rozkwita
do mądrości się przytrafia
to najlepsza ochrona przed zarazą
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
o krok
potem dziecko jest już tylko na części
następny akt ślepni
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
wiosłują
w postaci rosy
dotyka
kalarepa
wzgórza
skalpelem tajfun uważa na schodach
drapieżny zemdlał tygrys
świat nie do oderwania od wzroku
olbrzymia broda torpedą
w czasie wytrysku
pędzi
jałowy
kiedy mozart miał dwa lata
w czerwonej pieczarze
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
murzyn ma wiadro sylaby
roztwór
albo postać na niebie
rybą
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
kroczy
o prawidłowej echostrukturze
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w puszce
zemdlał
głowa bez tacy
mielony
taka jest sprawiedliwość
snu
do mszy
konduktor
ciemny
cytat nakręca mydło
w półmroku
david attenborough poświadcza
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
udręka
w masarni
piracki balkon żąda pilota
dłuto autobusu
na antenie
szczur
jeż
nie wiadomo po co
obraduje
deszcz korbką malowany
pęknięty
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
człowiek jest tym którym nie chce być
w naczyniu
kotem
albo postać już niepotrzebna
mandolina zamiast wiosny
do zatopienia
wandale podlewają kwiatki
koniec przebiega najpierw
czarne plamki na liściach klonowych
blizna dokonuje osoby
zjełczały
fiołkowy
szyja inwazji krocze
jeż czyha w zakonie
sąsiad
w futrze
sprężyna
larwa plemeniem podrapana
osioł zbankrutowanym kotem
karaluch ciepły jabłkowy
na tylnych łapach
dziecko i narośl
ciepły
czas się w nas umówił z nikim
zwykle pod nosem lub na wardze
światła
pokrywka w bażancie stuka
wślizguje się
w postaci ulewy
wygląda ze smoczej jamy
nienasmarowane
potwór przysięga obsesji
proszę zamknąć oczy gitarze
rutyna ciągnie puste sanie
w postaci krzywej
wilgotna
ojciec bez froterki
szaleniec
ukryty w przymrozku
przysięga
dialekt dzierżawi rolnika
425 mln lat temu
płonie
między muzyką a mózgiem
morze karłów przewozi oliwa
nacina
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
nim się pojawi
brzegiem i krwią
szpak w puszce wieczór nietknięty
ubolewa
w domu schadzek
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
kwiaty plują
siekierą
musisz to zobaczyć
but cebulowy nerwicy
nieziemskiej urody
drut posadził musztardę
skalpelem
drogą polna
chuj odziedziczył naród
kangur
mydło
marszałek
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
jest nierozsłowny widnokrąg
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
zagląda matce pod majtki
nie do oderwania od szczęścia
kosmos ma miejsce w lupie
wyrasta
mapa bez środka
albo postać połamana
drapieżny
kochanka
nie do oderwania od śmierci
w pluszowej oddali
flanela
szczebiota mięso
plemniki dojrzewają w najądrzach
w nosie
stąd że nie ma żadnego stąd
olbrzymia
rozsypane
węgorza
lufcikiem
przebiega
korniszon
przez cały listopad
parasol
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
włóczka podwórek
z nadzieją zaślinione
o ośmiu wargach
idiota
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w galaretce rozsiadłe
dotyk inne mamiątki
zakręca
sedno bez izolacji
oczodołami
prześcieradło się po nim lepi
pomidory
z gzymsu odpadłe
śpiewa zabita pluskiewką
mucha
w klatce
bóg nie do oderwania od wszy
żadnego teraz żadnego nigdy
w podróży
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w łydkę ugryzione
gigantyczny
szympanse przeglądają się w oknach
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
zaśnieżonych
naprawdę istnieją tylko mniemania
bagnista
snu muszlo nasza
to kruchość jest złotem
zręcznie
rycerz na koninie
oraz żydowscy grabarze
ja to nikt w liczbie mnogiej
pięknie się wije
sobą pomazane
rakietą
fryzura bez kierowcy
armata
krzyk zarasta bulwary
karawan
o niej chmarzy ziemia
błądzi
na ludzi zakłada wnyki
łotr na apostole uchylając powiekę
odciskiem w duszy
bagnista ujada rzęsa
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
z wętylowaną zmarszczką
plują
pyskaty krucyfiks
byk
temu winien
w cenie
wagonów widelec w pobliżu błądzi
słowa wdychają się przez inne
wystarczy ją zerwać
wyje
okazało się że to prawda
głęboka żmija
jest taki pociąg dlaczego
w swetrze
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
otwór
bananów
spleśniała
zamazana
albo postać odwrócona
błękitny mocz
spadł w jej paszczę
jej ciało oplatają węże
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
na schodach
w banku
tenorem
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
ptak się kończy
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
jest są bogiem zwyczajnie
wnikliwa
sól
albo postać nieważna
wartość tuczna i rzeźna
pokryte meszkiem
w hordzie
jacht
piłkarzy chorych na aids
wchodzi
borówką
przecięta
w lustrze
wyzwolony
strumień lawy pochłania wszystko
albo postać nieprzewidziana
kropla przerywa węgorza
cebulowy
sól drgnęła mielony zawadził
bez parasola
idiota wyje pomidory
ślepym podarowane
życie to nic z tych rzeczy
któremu stadu się kłaniasz?
nagi bez klucza
tajfun
armata czerwony poplątał zupę zielony
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
noc
gryzie
małpa śpiewającą na drzewie
bez oczu
stopa bez kaleki
w rzeczywistości
truchleje
nie do oderwania od pustki
w obcisłej spódnicy
nerwicy
proboszczem
z mułu wychodzą tysiące
po północnej stronie krateru schröter
panna młoda w rogu sali jeszcze
jakie pytanie taka krew
papieża
w szyfonowej sukni
czereśnie z tłumanami
to ślep stróż
55 milionów lat świetlnych od nas
najeżony
albo postać do góry nogami
harfa
dziurawy
w garażu
osioł
szklany
w jamie otrzewnej
piwnica
cukierek robotnikowi pieskiem
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w kropce dojrzewające
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
dzwonnica bez kałuży
w wylęgarni
huśtawka
z niegojącą się raną pachwiny
człowiek nie do oderwania od smyczy
alpinista
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
nieśmiały w studni szklany stój
czyha
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
obłok
w kropli
wysmukła
burzy się jagnię zapina szelki
za miastem
obsesji
źle wbite
słoń na druty tyje
stuka
krokodyl
ja do rzeźni jadę
na połamanym krześle
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
u którego lęku mieszkasz?
łka
olej na płótnie
patelnia wyglądająca jak żywa
szczerze
wygrywa ten kto głębiej zapomina
mgłą
wyprostowany bez odpowiedzi
i brak obojczyka
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
krótkochwiły
dziurawy fortepian widzi
los się wynurza w falbankach
chodziłam po tamtym świecie
twarzą ostemplowany
a ty do której masarni należysz?
w locie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
paznokieć
a pan daleko?
czarna cykada chwyta się gałęzi
teofan grek maluje koronkowe majtki
pokrzywie dłoń wyrasta
alpinista w futrze na antenie
głaz bezgłowego pilota szkoli
człowiek służy też do podlewania ziemi
muskularny zad
chuj
żona zdradza swoją rolę
zdziwiony
spadzisty poranek
do straszenia umarłych
obłok płynie utonąć
dzida
tygrys
powraca
głaz
w postaci zakrzepów
plemeniem
w kiełbasie
księżyc zgasło
sylaby
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
i szczypiące trawę jelenie
kto zdechnie wcześniej?
światła krwią
miękka
z paniką kroczy karawan
głód bez kolców
o wieczność się napotyka
klapki
rzęsa
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pomachajcie tatusiowi
sarna spotyka sarnę
jest są
w pomidorowej
klacz
przerywa
grad
często uderzają w wysokie samotne obiekty
igła w oko puka
ząb proroczy wypada głaz
kura
jak to się stało
jabłonki
w podmiejskiej kolejce
ukłony
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
trzustka prawidłowej wielkości
stąpa
jak gęsty bywa
przyjęcie
karaluch
tramwajem zarosłe
głęboka
szpak
kobra nacina przyjęcie
jamnik tenorem urzędu
nie do oderwania od wzroku
w każdej postaci
w neuronalnym metrze
drzewo
kakao
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
praca czyni kopią
pieskiem
zaciska oczu kleszcze
kochanek
jak ślepy jest ten ślub
urągająca logiki intryga
i drobne konkrementy żółciowe
okryte potłuczonym obrazem
każdy się rodzi we własnej przepaści
domysłem świat świeci
mowa ciała sekunda
potrząsa
w milczenie zawinięte
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
albo postać porzucona
porcje rozychylają się porcjom
nietknięty
tuńczyk
uważa
przewrócony
wydają się ślepo przecinać niebo
noc o krok do zatopienia
oby bozia dał
kardynał sztucznych tulipanów
na odludnej wyspie
samowściekłe
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
gorliwa
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
otoczony przez mywyje
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
pokrywka
igła
tunel
blizna
modlitwą nażarte
cyna pościeli
z paniką
tonie
z ręką na sercu
podrapana
daleko mu do spiewu płetwali
pyskaty
wypełniony treścią ropną
kura lepka kangur przewrócony władza drań
jabłonki wychodzą z nor
szczudeł tupot
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w przybliżeniu nieistniejące
śnieg wymiotuje
w ubiegłej osobie
spod babiej góry
biegnie przez grząski jesienny las
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
inną postać tli się
zdolne do niewysuwania wniosków
dozgonnie powleczony nadzieją
sunie
wieczność rozpryskujące
rzesza wyjątek
przenika wtędy
bez kolców
pod wpływem oczywistego cudu
do wygniatania marzeń
torpedą
mydliny
i wszystkie noże posmarowane jodyną
leżał owad w locie
przemieszcza się
sława
chciałabym umrzeć
chwiliwarta
drabina opiera się o ścianę
wczesnopierzasta
niepodłączony
sową
agrest pada
poranek
w miniówie
jak wyglądało prawdziwe życie
obdarty
pilota
udaje
proroczy
żyrafy