piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w porządku własnym
tramwajem zarosłe
słowa wdychają się przez inne
piach rozkwita
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
jabłonki wychodzą z nor
jamnik tenorem urzędu
w nikąd dorosły
karaluch ciepły jabłkowy
chichoczą konwalie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
istnienie jest słowem
szklany
samica pomidorowej
gigantyczny
i inne niepodobne
dziurawy fortepian widzi
albo postać do góry nogami
zamazana
na skale posadzona
początek świata jest wszędzie
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
niepodłączony
przegryziony
modlitwą nażarte
olbrzyma
kosmos ma miejsce w lupie
deszcz korbką malowany
mielony
albo postać rozlana
włóczka podwórek
rekin lat temu
w milczenie zawinięte
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
5 piąstek raju
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jakie pytanie taka krew
w trakcie nienastępowania
cieniów poutrącanych – 4
powraca na ojczyzny łono
klacz
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
krawiec w postaci ulewy
zręcznie tonie
obdarty
a pan daleko?
kropla przerywa węgorza
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
w drodze do po nic
jakie to piękne!
i bez kropki
pełznie
porcelanowa trwoga
kakao
idiota wyje pomidory
w miniówie
pokrzywie dłoń wyrasta
cyrklem zainfekowana
mgłą
głębokości około 2 metrów
płonie

ukłony
ze wschodu nadciąga trzech mężczyzn w kominiarkach
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
biegnie
ja do rzeźni jadę
leżał owad w locie
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
jeż czyha w zakonie
księżyc zgasło
kwiaty plują
szczudeł tupot
proszę zamknąć oczy gitarze
stąd że nie ma żadnego stąd
snu muszlo nasza
twarzowa rozpacz
długości około 15 metrów
w słodycz upadła
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
dźwig do suszenia sutann
samiec karuzeli
albo postać odwrócona
za pomocą gdyby
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
igła w oko puka
dłuto autobusu flanela
w obcisłej spódnicy
rozbryzgując kałuże
o ośmiu wargach
człowiek nie do oderwania od smyczy
płatki bez odpowiedzi
żeglarze prasują morza
albo postać nieważna
ociężałe maliny
motyl w postaci cielska
śnieg wymiotuje
żyrafy
albo postać porzucona
bóg nie do oderwania od wszy
piorun bez spojrzenia
albrecht dürer płynie na zelandię
dlatego że nie ma żadnego dlatego
dążąc do doskonałości
data złomowania nie znana
kobra nacina przyjęcie
śniegiem przybita
w postaci rosy
niechcąco powabne
wielkości niezapisanej myśli
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
albo postać już niepotrzebna
mruga pogrzebacz
but cebulowy nerwicy
ciemniejący w światło
pozłacane świnie
albo postać na niebie
jedno jest pewne
otruta
ukryty w przymrozku
w nadzieję rozsypane
drapieżny zemdlał tygrys
w klatce
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
w krzywdzie zbyt kusej
jest taki pociąg dlaczego
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w locie
szorstki
fiołkowy
pyskaty krucyfiks
nurek składany nikomu
człowiek służy też do podlewania ziemi
srebrnokulawy
w futrze
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
sową
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
sprężyna
pokryte meszkiem bękarta
rycerz na koninie
david attenborough poświadcza
cudownie wąski
proboszczem
drzewo bez kapelusza
w przebłysku samotności
burzy się jagnię zapina szelki
w trakcie przedrzeźniania mew
piegiem pochwalony
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
o niej chmarzy ziemia
tako rzeczą czamorro
ręka sunie po udzie
chuj odziedziczył naród
piła olbrzyma weryfikuje
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
w studni
popękane ważki
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
głaz bezgłowego pilota szkoli
grad
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
szpak w puszce wieczór nietknięty
konduktor
albo postać nieprzewidziana
siekierą
bez końca panna włosie
bagnista ujada rzęsa
wielkości za późno
idź za nim
w przybliżeniu nieistniejące
albo postać podarta
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
chodziłam po tamtym świecie
jabłonki
nasz adres:
kropla od mroku
w części wetknięta
wylękniona radość
twarzą ostemplowany
każda rzecz jest żadna
huśtawka
krzyk zarasta bulwary
w niemowlę zapatrzona
po 17 latach życia pod ziemią
dzwonnica bez kałuży
ςɔ
fryzura bez kierowcy
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
prześcieradło się po nim lepi
dialekt dzierżawi rolnika
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
gęsta
czas spierdala przez odludzie w tłumie
torpedą
wiosłują
oczodołami
karaluch
jakoś idzie dorsz w torbie
wandale podlewają kwiatki
w bezzwiewnych intencjach
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
rzęsa
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
czyha
w kolorze ukrytym
z ręką na sercu
przemieszcza się kura olbrzyma
na połamanym krześle
najeżony
śliwką
wilgotna
wiatr wspina się na lipę