wielkości za późno
igła w oko puka
pozłacane świnie
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
data złomowania nie znana
szpak w puszce wieczór nietknięty
albo postać podarta
bóg nie do oderwania od wszy
5 piąstek raju
w postaci rosy
popękane ważki
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
wiatr wspina się na lipę
idiota wyje pomidory
niechcąco powabne
kakao
krzyk zarasta bulwary
w krzywdzie zbyt kusej
mielony
krawiec w postaci ulewy
na skale posadzona
w porządku własnym
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
dzwonnica bez kałuży
rekin lat temu
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
piegiem pochwalony
prześcieradło się po nim lepi
rozbryzgując kałuże
fiołkowy
gigantyczny
tako rzeczą czamorro
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
w drodze do po nic
kropla od mroku
biegnie
piła olbrzyma weryfikuje
mruga pogrzebacz
deszcz korbką malowany
proszę zamknąć oczy gitarze
prawda jest tak szybka że
twarzą ostemplowany
karaluch
albo postać rozlana
ςɔ
jest taki pociąg dlaczego
mięso
sprężyna
dialekt dzierżawi rolnika
żyrafy
nasz adres:
w nadzieję rozsypane
stąd że nie ma żadnego stąd
w drohobyczu
jabłonki wychodzą z nor
dźwig do suszenia sutann
ponad dowodami mieszka
ja do rzeźni jadę
słowa wdychają się przez inne
nurek składany nikomu
cieniów poutrącanych – 4
tramwajem zarosłe
gęsta
czas spierdala przez odludzie w tłumie
dziurawy fortepian widzi
bagnista ujada rzęsa
chodziłam po tamtym świecie
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
w części wetknięta
srebrnokulawy
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
w futrze
mgłą
w milczenie zawinięte
ukłony
najeżony
dlatego że nie ma żadnego dlatego
w trakcie nienastępowania
żeglarze prasują morza
burzy się jagnię zapina szelki
piach rozkwita
z ręką na sercu
wilgotna
oczodołami
za pomocą gdyby
piorun bez spojrzenia
pełznie
w obcisłej spódnicy
huśtawka
człowiek nie do oderwania od smyczy
każda rzecz jest żadna
konduktor
albo postać na niebie
szklany
w studni
jeż czyha w zakonie
david attenborough poświadcza
drapieżny zemdlał tygrys
innego ratunku nie ma
początek świata jest wszędzie
w żegiestowie leje
wiosłują
o niej chmarzy ziemia
przegryziony
czyha
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
but cebulowy nerwicy
ręka sunie po udzie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
nic się nie dzieje w lanckoronie
w bezzwiewnych intencjach
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
albo postać nieważna
wandale podlewają kwiatki
fryzura bez kierowcy
kobra nacina przyjęcie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pyskaty krucyfiks
kropla przerywa węgorza
w miniówie
narew zgubiła ogon
rzęsa
bez końca panna włosie
po 17 latach życia pod ziemią
niepodłączony
i inne niepodobne
głaz bezgłowego pilota szkoli
ze wschodu nadciąga trzech mężczyzn w kominiarkach
czynić
otruta
księżyc zgasło
wielkości niezapisanej myśli
jakie pytanie taka krew
motyl w postaci cielska
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
kwiaty plują
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
płatki bez odpowiedzi
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
drzewo bez kapelusza
w klatce
klacz
ukryty w przymrozku
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
i bez kropki
proboszczem
przemieszcza się kura olbrzyma
śniegiem przybita
modlitwą nażarte
dążąc do doskonałości
piach
wagonów widelec w pobliżu błądzi
albo postać do góry nogami
a pan daleko?
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
szczudeł tupot
cudownie wąski
w kolorze ukrytym
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
samica pomidorowej
powraca na ojczyzny łono
chichoczą konwalie
śnieg wymiotuje
jakoś idzie dorsz w torbie
chuj odziedziczył naród

albo postać odwrócona
w przybliżeniu nieistniejące
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
karaluch ciepły jabłkowy
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
na połamanym krześle
albo postać nieprzewidziana
sową
cyrklem zainfekowana
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
jedno jest pewne
snu muszlo nasza
w niemowlę zapatrzona
płonie
siekierą
w nikąd dorosły
w słodycz upadła
rycerz na koninie
w locie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w przebłysku samotności
jabłonki
albrecht dürer płynie na zelandię
jamnik tenorem urzędu
albo postać już niepotrzebna
leżał owad w locie
jakie to piękne!
w trakcie przedrzeźniania mew
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
obdarty
grad
torpedą
zamazana
włóczka podwórek
albo postać porzucona
pokrzywie dłoń wyrasta
olbrzyma
o ośmiu wargach
ciemniejący w światło
zręcznie tonie
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver