czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
dialekt dzierżawi rolnika
porcelanowa trwoga
ukłony
wiatr wspina się na lipę
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
wylękniona radość
piła olbrzyma weryfikuje
w niemowlę zapatrzona
drzewo bez kapelusza
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
krawiec w postaci ulewy

kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
oczodołami
płonie
kwiaty plują
szklany
dzwonnica bez kałuży
każda rzecz jest żadna
w części wetknięta
jeż czyha w zakonie
człowiek służy też do podlewania ziemi
w futrze
początek świata jest wszędzie
księżyc zgasło
chuj odziedziczył naród
ociężałe maliny
za pomocą gdyby
najeżony
słowa wdychają się przez inne
czas spierdala przez odludzie w tłumie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
wypełniony treścią ropną
w studni
czyha
sprężyna
gigantyczny
płatki bez odpowiedzi
rzęsa
idź za nim
nurek składany nikomu
otruta
bóg nie do oderwania od wszy
kropla przerywa węgorza
w miniówie
popękane ważki
huśtawka
włóczka podwórek
w słodycz upadła
w bezzwiewnych intencjach
o ośmiu wargach
krzyk zarasta bulwary
i drobne konkrementy żółciowe
piegiem pochwalony
kakao
człowiek nie do oderwania od smyczy
pod postacią
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
jabłonki
zamazana
cieniów poutrącanych – 4
kobra nacina przyjęcie
z ręką na sercu
jest taki pociąg dlaczego
kosmos ma miejsce w lupie
dłuto autobusu flanela
szorstki
ręka sunie po udzie
rozbryzgując kałuże
powraca na ojczyzny łono
w postaci rosy
w trakcie przedrzeźniania mew
żyrafy
leżał owad w locie
tramwajem zarosłe
pokryte meszkiem bękarta
szczudeł tupot
karaluch ciepły jabłkowy
jakie to piękne!
twarzą ostemplowany
na skale posadzona
sową
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
pokrzywie dłoń wyrasta
chodziłam po tamtym świecie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
proszę zamknąć oczy gitarze
przegryziony
cyrklem zainfekowana
albo postać już niepotrzebna
wielkości niezapisanej myśli
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
rycerz na koninie
pozłacane świnie
klacz
wiosłują
i rozpadlina
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
albo postać nieważna
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w obcisłej spódnicy
w nadzieję rozsypane
proboszczem
wandale podlewają kwiatki
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
idiota wyje pomidory
samiec karuzeli
5 piąstek raju
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
niechcąco
albrecht dürer płynie na zelandię
torpedą
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
grad
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
w przebłysku samotności
jedno jest pewne
długości około 15 metrów
głaz bezgłowego pilota szkoli
karaluch
igła w oko puka
samica pomidorowej
w drodze do po nic
siekierą
albo postać odwrócona
jamnik tenorem urzędu
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pełznie
albo postać na niebie
deszcz korbką malowany
o niej chmarzy ziemia
wilgotna
w milczenie zawinięte
burzy się jagnię zapina szelki
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
w przybliżeniu nieistniejące
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
albo postać porzucona
bez końca panna włosie
modlitwą nażarte
olbrzyma
srebrnokulawy
na pustą arenę w kordobie wpada byk
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
prześcieradło się po nim lepi
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
mruga pogrzebacz
w kolorze ukrytym
chichoczą konwalie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
jakoś idzie dorsz w torbie
rekin lat temu
biegnie
dlatego że nie ma żadnego dlatego
o prawidłowej echostrukturze
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
i bez kropki
albo postać nieprzewidziana
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
snu muszlo nasza
mielony
w krzywdzie zbyt kusej
ςɔ
mgłą
w nikąd dorosły
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
stąd że nie ma żadnego stąd
dążąc do doskonałości
w trakcie nienastępowania
gryzie własny ogon
david attenborough poświadcza
istnienie jest słowem
czarne plamki na liściach klonowych
jabłonki wychodzą z nor
nasz adres:
albo postać rozlana
fiołkowy
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
twarzowa rozpacz
w klatce
ja do rzeźni jadę
i inne niepodobne
żeglarze prasują morza
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
patologiczna jama
ukryty w przymrozku
motyl w postaci cielska
drapieżny zemdlał tygrys
cudownie wąski
dziurawy fortepian widzi
niepodłączony
śniegiem przybita
ciemniejący w światło
albo postać podarta
na połamanym krześle
data złomowania nie znana
bagnista ujada rzęsa
kropla od mroku
szpak w puszce wieczór nietknięty
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
jakie pytanie taka krew
śnieg wymiotuje
gęsta
a pan daleko?
przemieszcza się kura olbrzyma
dźwig do suszenia sutann
obdarty
głębokości około 2 metrów
wielkości za późno
zręcznie tonie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
piach rozkwita
konduktor
albo postać do góry nogami
w porządku własnym
w locie
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
but cebulowy nerwicy
fryzura bez kierowcy