istnienie jest słowem
olbrzyma
kosmos ma miejsce w lupie
czyha
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wiatr wspina się na lipę
w nikąd dorosły
w obcisłej spódnicy
prześcieradło się po nim lepi
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
w części wetknięta
albo postać nieważna
albo postać odwrócona
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
fryzura bez kierowcy
leżał owad w locie
powraca na ojczyzny łono
i drobne konkrementy żółciowe
o prawidłowej echostrukturze
w trakcie przedrzeźniania mew
kwiaty plują
idź za nim
w milczenie zawinięte
siekierą
gęsta
każda rzecz jest żadna
albo postać porzucona
fiołkowy
na połamanym krześle
w słodycz upadła
drapieżny zemdlał tygrys
nasz adres:
dialekt dzierżawi rolnika
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
proboszczem
kropla od mroku
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
karaluch
dźwig do suszenia sutann
porcelanowa trwoga
o niej chmarzy ziemia
ciemniejący w światło
niepodłączony
srebrnokulawy
5 piąstek raju
rozbryzgując kałuże
za pomocą gdyby
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w trakcie nienastępowania
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
pokrzywie dłoń wyrasta
cudownie wąski
mielony
pozłacane świnie
albo postać na niebie
grad
księżyc zgasło
idiota wyje pomidory
wandale podlewają kwiatki
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
płatki bez odpowiedzi
jeż czyha w zakonie
dziurawy fortepian widzi
chodziłam po tamtym świecie
albo postać już niepotrzebna
czas spierdala przez odludzie w tłumie
albo postać podarta
w miniówie
drzewo bez kapelusza
z ręką na sercu
igła w oko puka
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
śnieg wymiotuje
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
piła olbrzyma weryfikuje
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
początek świata jest wszędzie
ręka sunie po udzie
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
w postaci rosy
szklany
albrecht dürer płynie na zelandię
w krzywdzie zbyt kusej
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
w futrze
i bez kropki
człowiek służy też do podlewania ziemi
krzyk zarasta bulwary
jedno jest pewne
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w studni
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
długości około 15 metrów
twarzą ostemplowany
przegryziony
konduktor
pokryte meszkiem bękarta
albo postać rozlana
albo postać nieprzewidziana
jabłonki
szorstki
śniegiem przybita
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
jakoś idzie dorsz w torbie
snu muszlo nasza
motyl w postaci cielska

każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
ociężałe maliny
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
kakao
w nadzieję rozsypane
na skale posadzona
o ośmiu wargach
otruta
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
dzwonnica bez kałuży
sową
tramwajem zarosłe
bez końca panna włosie
twarzowa rozpacz
ukryty w przymrozku
sprężyna
jabłonki wychodzą z nor
huśtawka
dlatego że nie ma żadnego dlatego
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
dążąc do doskonałości
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
jakie pytanie taka krew
w porządku własnym
nurek składany nikomu
człowiek nie do oderwania od smyczy
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
biegnie
jamnik tenorem urzędu
deszcz korbką malowany
wilgotna
oczodołami
w przebłysku samotności
niechcąco
popękane ważki
albo postać do góry nogami
pod postacią
i rozpadlina
torpedą
w drodze do po nic
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
słowa wdychają się przez inne
dłuto autobusu flanela
david attenborough poświadcza
kobra nacina przyjęcie
krawiec w postaci ulewy
głębokości około 2 metrów
w bezzwiewnych intencjach
w klatce
samiec karuzeli
obdarty
głaz bezgłowego pilota szkoli
klacz
cieniów poutrącanych – 4
mruga pogrzebacz
piegiem pochwalony
w niemowlę zapatrzona
na pustą arenę w kordobie wpada byk
żyrafy
kropla przerywa węgorza
patologiczna jama
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
włóczka podwórek
piach rozkwita
bóg nie do oderwania od wszy
płonie
burzy się jagnię zapina szelki
w locie
modlitwą nażarte
proszę zamknąć oczy gitarze
ukłony
zamazana
chuj odziedziczył naród
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
but cebulowy nerwicy
cyrklem zainfekowana
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
zręcznie tonie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jakie to piękne!
mgłą
gigantyczny
wylękniona radość
samica pomidorowej
pełznie
rekin lat temu
chichoczą konwalie
rycerz na koninie
wiosłują
gryzie własny ogon
i inne niepodobne
wielkości niezapisanej myśli
ja do rzeźni jadę
karaluch ciepły jabłkowy
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
szczudeł tupot
a pan daleko?
żeglarze prasują morza
wielkości za późno
przemieszcza się kura olbrzyma
ςɔ
szpak w puszce wieczór nietknięty
jest taki pociąg dlaczego
stąd że nie ma żadnego stąd
bagnista ujada rzęsa
wypełniony treścią ropną
w kolorze ukrytym
rzęsa
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
czarne plamki na liściach klonowych
najeżony
w przybliżeniu nieistniejące
data złomowania nie znana