jakoś idzie dorsz w torbie
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
i rozpadlina
w niemowlę zapatrzona
sprężyna
każda rzecz jest żadna
dialekt dzierżawi rolnika
albo postać już niepotrzebna
but cebulowy nerwicy
rzęsa
człowiek nie do oderwania od smyczy
albo postać porzucona
idź za nim
ja do rzeźni jadę
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
na pustą arenę w kordobie wpada byk
dziurawy fortepian widzi
fiołkowy
5 piąstek raju
kosmos ma miejsce w lupie
biegnie
głaz bezgłowego pilota szkoli
wilgotna
dźwig do suszenia sutann
fryzura bez kierowcy
obdarty
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
człowiek służy też do podlewania ziemi
jabłonki wychodzą z nor
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
i drobne konkrementy żółciowe
piła olbrzyma weryfikuje
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
porcelanowa trwoga
w postaci rosy
bez końca panna włosie
szczudeł tupot
długości około 15 metrów
wielkości za późno
ręka sunie po udzie
albo postać rozlana
początek świata jest wszędzie
zręcznie tonie
szorstki
wandale podlewają kwiatki
w nadzieję rozsypane
drzewo bez kapelusza
bagnista ujada rzęsa
śnieg wymiotuje
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
w klatce
w kolorze ukrytym
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
przemieszcza się kura olbrzyma
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
gęsta
płonie
wielkości niezapisanej myśli
w futrze
karaluch
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
chodziłam po tamtym świecie
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
jamnik tenorem urzędu
jeż czyha w zakonie
burzy się jagnię zapina szelki
oczodołami
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
albo postać nieprzewidziana
jakie pytanie taka krew
torpedą
rycerz na koninie
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
czas spierdala przez odludzie w tłumie
gigantyczny
w obcisłej spódnicy
krzyk zarasta bulwary
w milczenie zawinięte
sową
klacz
rekin lat temu
jedno jest pewne
w przybliżeniu nieistniejące
włóczka podwórek
szklany
albo postać do góry nogami
patologiczna jama
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wiatr wspina się na lipę
płatki bez odpowiedzi
w trakcie przedrzeźniania mew
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
i inne niepodobne
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
albo postać podarta
z ręką na sercu
słowa wdychają się przez inne
karaluch ciepły jabłkowy
huśtawka
śniegiem przybita
siekierą
w krzywdzie zbyt kusej
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ociężałe maliny
pełznie
w trakcie nienastępowania
przez cały listopad
kakao
albrecht dürer płynie na zelandię
na połamanym krześle
igła w oko puka
niechcąco
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
i bez kropki
chuj odziedziczył naród
w miniówie
w części wetknięta
stąd że nie ma żadnego stąd
dlatego że nie ma żadnego dlatego
kropla przerywa węgorza
wypełniony treścią ropną
o prawidłowej echostrukturze
wylękniona radość
drapieżny zemdlał tygrys
piegiem pochwalony
proszę zamknąć oczy gitarze
ukryty w przymrozku
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
konduktor
kwiaty plują
w nikąd dorosły
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
czarne plamki na liściach klonowych
deszcz korbką malowany
cyrklem zainfekowana
w locie
nurek składany nikomu
samiec karuzeli
w bezzwiewnych intencjach
kropla od mroku
mruga pogrzebacz
popękane ważki
albo postać nieważna
mgłą
chichoczą konwalie
żeglarze prasują morza
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
pokrzywie dłoń wyrasta
olbrzyma
krawiec w postaci ulewy
prześcieradło się po nim lepi
głębokości około 2 metrów
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
grad
jest taki pociąg dlaczego
czyha
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
mielony
piach rozkwita
w porządku własnym
albo postać odwrócona
ukłony
proboszczem
nasz adres:
gryzie własny ogon
dzwonnica bez kałuży
kobra nacina przyjęcie
david attenborough poświadcza
powraca na ojczyzny łono
w studni
w słodycz upadła
na skale posadzona
a pan daleko?
niepodłączony
albo postać na niebie
za pomocą gdyby
pokryte meszkiem bękarta
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
otruta
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
jakie to piękne!
ciemniejący w światło
o ośmiu wargach
najeżony
idiota wyje pomidory
motyl w postaci cielska
przegryziony
jabłonki
dążąc do doskonałości
wiosłują
pozłacane świnie
twarzą ostemplowany
twarzowa rozpacz
zamazana
żyrafy
cudownie wąski
o niej chmarzy ziemia
cieniów poutrącanych – 4
snu muszlo nasza
w drodze do po nic
dłuto autobusu flanela
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w przebłysku samotności
leżał owad w locie
modlitwą nażarte
rozbryzgując kałuże
samica pomidorowej
srebrnokulawy
szpak w puszce wieczór nietknięty
księżyc zgasło
tramwajem zarosłe
bóg nie do oderwania od wszy
wszystko jesteśmy tylko spójnikami