człowiek nie do oderwania od smyczy
gęsta
przemieszcza się kura olbrzyma
cieniów poutrącanych – 4
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
czarne plamki na liściach klonowych
w części wetknięta
dialekt dzierżawi rolnika
samiec karuzeli
głaz bezgłowego pilota szkoli
w nadzieję rozsypane
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
chichoczą konwalie
idiota wyje pomidory
w porządku własnym
najeżony
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
huśtawka
niepodłączony
tramwajem zarosłe
płonie
rycerz na koninie
albo postać do góry nogami
zamazana
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
w słodycz upadła
gryzie własny ogon
kropla przerywa węgorza
prześcieradło się po nim lepi
srebrnokulawy
o ośmiu wargach
i bez kropki
w niemowlę zapatrzona
w locie
krawiec w postaci ulewy
czyha
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
karaluch
cyrklem zainfekowana
w miniówie
bez końca panna włosie
piegiem pochwalony
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
w obcisłej spódnicy
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
jedno jest pewne
fiołkowy
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
samica pomidorowej
każda rzecz jest żadna
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
jakie pytanie taka krew
burzy się jagnię zapina szelki
słowa wdychają się przez inne
grad
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
szorstki
bóg nie do oderwania od wszy
biegnie
w przybliżeniu nieistniejące
szpak w puszce wieczór nietknięty
w futrze
pokryte meszkiem bękarta
i inne niepodobne
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
leżał owad w locie
w przebłysku samotności
kropla od mroku
jamnik tenorem urzędu
wielkości za późno
albo postać rozlana
piła olbrzyma weryfikuje
stąd że nie ma żadnego stąd
za pomocą gdyby
jakie to piękne!
albo postać podarta
rozbryzgując kałuże
popękane ważki
płatki bez odpowiedzi
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
dzwonnica bez kałuży
rekin lat temu
idź za nim
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać na niebie
gigantyczny
w klatce
ociężałe maliny
twarzowa rozpacz
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
zręcznie tonie
ukryty w przymrozku
ręka sunie po udzie
dźwig do suszenia sutann
albo postać nieważna
księżyc zgasło
rzęsa
z ręką na sercu
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
proszę zamknąć oczy gitarze
w milczenie zawinięte
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
wielkości niezapisanej myśli
jeż czyha w zakonie
dążąc do doskonałości
modlitwą nażarte
twarzą ostemplowany
motyl w postaci cielska
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
czas spierdala przez odludzie w tłumie
pozłacane świnie
chuj odziedziczył naród
proboszczem
mgłą
olbrzyma
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
śnieg wymiotuje
dłuto autobusu flanela
albo postać odwrócona
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
i rozpadlina
siekierą
albrecht dürer płynie na zelandię
na połamanym krześle
w trakcie przedrzeźniania mew
patologiczna jama
dziurawy fortepian widzi
piach rozkwita
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
klacz
mruga pogrzebacz
mielony
na skale posadzona
bagnista ujada rzęsa
początek świata jest wszędzie
fryzura bez kierowcy
5 piąstek raju
w kolorze ukrytym
przegryziony
w postaci rosy
wylękniona radość
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w trakcie nienastępowania
ukłony
snu muszlo nasza
a pan daleko?
w bezzwiewnych intencjach
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
karaluch ciepły jabłkowy
albo postać już niepotrzebna
kosmos ma miejsce w lupie
kakao
na pustą arenę w kordobie wpada byk
wandale podlewają kwiatki
żeglarze prasują morza
jabłonki wychodzą z nor
chodziłam po tamtym świecie
but cebulowy nerwicy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
krzyk zarasta bulwary
ja do rzeźni jadę
jakoś idzie dorsz w torbie
w nikąd dorosły
o prawidłowej echostrukturze
obdarty
jest taki pociąg dlaczego
kobra nacina przyjęcie
cudownie wąski
torpedą
włóczka podwórek
nasz adres:
pełznie
deszcz korbką malowany
david attenborough poświadcza
żyrafy
szczudeł tupot
drzewo bez kapelusza
głębokości około 2 metrów
i drobne konkrementy żółciowe
sową
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
szklany
w krzywdzie zbyt kusej
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
powraca na ojczyzny łono
oczodołami
długości około 15 metrów
śniegiem przybita
drapieżny zemdlał tygrys
sprężyna
albo postać nieprzewidziana
nurek składany nikomu
porcelanowa trwoga
w drodze do po nic
wiatr wspina się na lipę
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
wilgotna
o niej chmarzy ziemia
wiosłują
w studni
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
igła w oko puka
kwiaty plują
dlatego że nie ma żadnego dlatego
przez cały listopad
ciemniejący w światło
albo postać porzucona
wypełniony treścią ropną
otruta
konduktor
pokrzywie dłoń wyrasta
jabłonki
niechcąco