deszcz korbką malowany
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
krzyk zarasta bulwary
głębokości około 2 metrów
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
śpi jak na drożdżach
5 piąstek raju
dziurawy fortepian widzi
rozbryzgując kałuże
ukryty w przymrozku
albo postać już niepotrzebna
ja do rzeźni jadę
torpedą
w części wetknięta
śnieg wymiotuje
dialekt dzierżawi rolnika
sprężyna
pokrzywie dłoń wyrasta
nasz adres:
jedno jest pewne
samica pomidorowej
jest taki pociąg dlaczego
zręcznie tonie
szczudeł tupot
w obcisłej spódnicy
w kolorze ukrytym
chichoczą konwalie
w lanckoronie
ukłony
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
i inne niepodobne
nawóz bez wzajemności
wilgotna
obdarty
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
gęsta
sową
fiołkowy
jeż czyha w zakonie
dłuto autobusu flanela
dążąc do doskonałości
drzewo bez kapelusza
w nikąd dorosły
o prawidłowej echostrukturze
bagnista ujada rzęsa
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
na pustą arenę w kordobie wpada byk
albo postać nieważna
najeżony
kwiaty plują
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
wiatr wspina się na lipę
igła w oko puka
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
prześcieradło się po nim lepi
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
bóg nie do oderwania od wszy
fryzura bez kierowcy
w niemowlę zapatrzona
płatki bez odpowiedzi
jakoś idzie dorsz w torbie
głaz bezgłowego pilota szkoli
bez końca panna włosie
samiec karuzeli
ociężałe maliny
w nadzieję rozsypane
śniegiem przybita
albo postać porzucona
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
w miniówie
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
krawiec w postaci ulewy
jakie to piękne!
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
wielkości za późno
twarzą ostemplowany
cudownie wąski
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
drapieżny zemdlał tygrys
ręka sunie po udzie
płonie
srebrnokulawy
chuj odziedziczył naród
wiosłują
włóczka podwórek
albrecht dürer płynie na zelandię
kropla przerywa węgorza
jabłonki wychodzą z nor
w postaci rosy
pozłacane świnie
otruta
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
albo postać nieprzewidziana
niepodłączony
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
dźwig do suszenia sutann
kobra nacina przyjęcie
i drobne konkrementy żółciowe
piła olbrzyma weryfikuje
albo postać odwrócona
twarzowa rozpacz
albo postać podarta
w trakcie przedrzeźniania mew
początek świata jest wszędzie
w locie
przemieszcza się kura olbrzyma
w przebłysku samotności
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
burzy się jagnię zapina szelki
w studni
kosmos ma miejsce w lupie
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
rekin lat temu
przez cały listopad
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
huśtawka
przegryziony
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
stąd że nie ma żadnego stąd
mielony
niechcąco
dzwonnica bez kałuży
szklany
żeglarze prasują morza
na skale posadzona
w klatce
proboszczem
wypełniony treścią ropną
jamnik tenorem urzędu
biegnie
za pomocą gdyby
grad
gigantyczny
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
zamazana
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
kakao
popękane ważki
każda rzecz jest żadna
konduktor
proszę zamknąć oczy gitarze
albo postać na niebie
mgłą
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w krzywdzie zbyt kusej
w milczenie zawinięte
na połamanym krześle
karaluch ciepły jabłkowy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
ciemniejący w światło
szorstki
w porządku własnym
żyrafy
oczodołami
o ośmiu wargach
w przybliżeniu nieistniejące
nurek składany nikomu
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
o niej chmarzy ziemia
chodziłam po tamtym świecie
człowiek służy też do podlewania ziemi
cyrklem zainfekowana
karaluch
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
idź za nim
kula przeszyła mu czaszkę
a pan daleko?
but cebulowy nerwicy
w słodycz upadła
w trakcie nienastępowania
szpak w puszce wieczór nietknięty
księżyc zgasło
patologiczna jama
człowiek nie do oderwania od smyczy
mruga pogrzebacz
modlitwą nażarte
powraca na ojczyzny łono
tramwajem zarosłe
piach rozkwita
pokryte meszkiem bękarta
cieniów poutrącanych – 4
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
porcelanowa trwoga
czyha
pełznie
w drodze do po nic
motyl w postaci cielska
albo postać rozlana
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
z ręką na sercu
wandale podlewają kwiatki
gryzie własny ogon
długości około 15 metrów
david attenborough poświadcza
wwiercony
jakie pytanie taka krew
i bez kropki
w bezzwiewnych intencjach
snu muszlo nasza
piegiem pochwalony
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
czas spierdala przez odludzie w tłumie
klacz
olbrzyma
kropla od mroku
dlatego że nie ma żadnego dlatego
siekierą
w futrze
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
idiota wyje pomidory
rycerz na koninie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
słowa wdychają się przez inne
leżał owad w locie
drabina podmokły
wielkości niezapisanej myśli
rzęsa
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
czarne plamki na liściach klonowych
albo postać do góry nogami
wylękniona radość
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
płonie
na pustą arenę w kordobie wpada byk
w porządku własnym
olbrzyma
w nadzieję rozsypane
z ręką na sercu
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
gęsta
zręcznie tonie
deszcz korbką malowany
szorstki
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
nurek składany nikomu
a pan daleko?
david attenborough poświadcza
wielkości za późno
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
powraca na ojczyzny łono
żeglarze prasują morza
w postaci rosy
w klatce
czarne plamki na liściach klonowych
huśtawka
ukryty w przymrozku
w nikąd dorosły
i inne niepodobne
jedno jest pewne
jabłonki wychodzą z nor
krawiec w postaci ulewy
wiosłują
burzy się jagnię zapina szelki
w przebłysku samotności
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
bez końca panna włosie
w krzywdzie zbyt kusej
gryzie własny ogon
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
samiec karuzeli
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
chodziłam po tamtym świecie
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
i drobne konkrementy żółciowe
piach rozkwita
w obcisłej spódnicy
na skale posadzona
piła olbrzyma weryfikuje
w studni
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
karaluch ciepły jabłkowy
wiatr wspina się na lipę
w lanckoronie
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
prześcieradło się po nim lepi
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
w miniówie
w trakcie przedrzeźniania mew
wylękniona radość
w futrze
fryzura bez kierowcy
oczodołami
proboszczem
bóg nie do oderwania od wszy
kula przeszyła mu czaszkę
bagnista ujada rzęsa
dźwig do suszenia sutann
czyha
rycerz na koninie
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
wandale podlewają kwiatki
stąd że nie ma żadnego stąd
mielony
albo postać do góry nogami
srebrnokulawy
snu muszlo nasza
przegryziony
ręka sunie po udzie
konduktor
albo postać na niebie
5 piąstek raju
twarzowa rozpacz
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
ciemniejący w światło
jakie to piękne!
gigantyczny
głębokości około 2 metrów
cudownie wąski
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
jakie pytanie taka krew
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
kosmos ma miejsce w lupie
kropla przerywa węgorza
płatki bez odpowiedzi
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
rzęsa
wielkości niezapisanej myśli
pełznie
wypełniony treścią ropną
fiołkowy
torpedą
w kolorze ukrytym
w bezzwiewnych intencjach
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
proszę zamknąć oczy gitarze
o ośmiu wargach
żyrafy
idź za nim
szpak w puszce wieczór nietknięty
niechcąco
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
dążąc do doskonałości
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
albrecht dürer płynie na zelandię
twarzą ostemplowany
chichoczą konwalie
samica pomidorowej
dziurawy fortepian widzi
najeżony
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
za pomocą gdyby
albo postać odwrócona
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
w locie
w słodycz upadła
pokrzywie dłoń wyrasta
włóczka podwórek
obdarty
jakoś idzie dorsz w torbie
albo postać nieprzewidziana
albo postać porzucona
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
igła w oko puka
cyrklem zainfekowana
śniegiem przybita
pokryte meszkiem bękarta
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
but cebulowy nerwicy
porcelanowa trwoga
początek świata jest wszędzie
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
przez cały listopad
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w części wetknięta
śnieg wymiotuje
mruga pogrzebacz
albo postać nieważna
patologiczna jama
czas spierdala przez odludzie w tłumie
niepodłączony
o niej chmarzy ziemia
rekin lat temu
karaluch
jeż czyha w zakonie
w drodze do po nic
idiota wyje pomidory
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
wwiercony
głaz bezgłowego pilota szkoli
rozbryzgując kałuże
w milczenie zawinięte
kakao
szklany
sową
siekierą
sprężyna
ukłony
drzewo bez kapelusza
chuj odziedziczył naród
zamazana
kobra nacina przyjęcie
albo postać rozlana
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
pozłacane świnie
albo postać podarta
dzwonnica bez kałuży
długości około 15 metrów
jamnik tenorem urzędu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wilgotna
przemieszcza się kura olbrzyma
każda rzecz jest żadna
słowa wdychają się przez inne
człowiek służy też do podlewania ziemi
dialekt dzierżawi rolnika
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
i bez kropki
księżyc zgasło
leżał owad w locie
albo postać już niepotrzebna
cieniów poutrącanych – 4
popękane ważki
motyl w postaci cielska
szczudeł tupot
kropla od mroku
modlitwą nażarte
drapieżny zemdlał tygrys
w trakcie nienastępowania
kwiaty plują
krzyk zarasta bulwary
dłuto autobusu flanela
o prawidłowej echostrukturze
nawóz bez wzajemności
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
śpi jak na drożdżach
w niemowlę zapatrzona
ociężałe maliny
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
biegnie
w przybliżeniu nieistniejące
piegiem pochwalony
człowiek nie do oderwania od smyczy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
ja do rzeźni jadę
na połamanym krześle
klacz
mgłą
dlatego że nie ma żadnego dlatego
drabina podmokły
jest taki pociąg dlaczego
grad
otruta
tramwajem zarosłe
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
nasz adres: