twarzą autobusu

twarzą ostemplowany
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
grad
słoń na druty tyje
po północnej stronie krateru schröter
w naczyniu
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
jest są bogiem zwyczajnie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
spadzisty poranek
zagląda matce pod majtki
czapka
chuj odziedziczył naród
pająk
w kropli
ja do rzeźni jadę
do wygniatania marzeń
wyje
świat nie do oderwania od wzroku
z nadzieją zaślinione
dziurawy
biegnie
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
głowa bez tacy
w lektyce chwili
o krok
byk
pośród lodów arktyki
kotem
w nosie
cukierek robotnikowi pieskiem
nieśmiały w studni szklany stój
krwią
obłok płynie utonąć
jak ślepy jest ten ślub
do straszenia umarłych
naprawdę istnieją tylko mniemania
wślizguje się
w wylęgarni kwiaty plują
kroczy
karawan
w kropce dojrzewające
żyrafy
wchodzi
albo postać odwrócona
albo postać nieprzewidziana
w hordzie
w masarni
osioł
śnieg wymiotuje
55 milionów lat świetlnych od nas
w przebraniu
w rzeczywistości
głaz
do mądrości się przytrafia
otwór
igła
znalazły dziewczynkę
huśtawka
źle wbite
nie do oderwania od wzroku
stąpa
chciałabym umrzeć
biegnie przez grząski jesienny las
albo postać rozlana
w łydkę ugryzione
o wieczność się napotyka
patelnia wyglądająca jak żywa
na antenie
w wylęgarni
but cebulowy nerwicy
na schodach
w futrze
drabina opiera się o ścianę
do góry nogami
plują
przenika wtędy
deszcz korbką malowany
truchleje
żadnego teraz żadnego nigdy
najeżony
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
sława
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
człowiek nie do oderwania od smyczy
okazało się że to prawda
wiatr ma tytuł czapka
podrapana
tramwajem zarosłe
paryżanka
głęboka żmija
w locie
bez parasola
melania trump odwiedza sierociniec
drzewa
pod wpływem oczywistego cudu
z paniką
zręcznie
nurek składany nikomu
nie do oderwania od śmierci
lotnisko
tajfun
powraca
jabłonki wychodzą z nor
pokrywka w bażancie stuka
o prawidłowej echostrukturze
jakie to piękne!
z ręką na sercu
to ślep stróż
to kruchość jest złotem
temu winien
albo postać nieważna
sedno bez izolacji
w postaci zakrzepów
trzustka prawidłowej wielkości
są światła widzialne i nie
puszczyk zanurza się śniegu
człowiek jest tym którym nie chce być
i drobne konkrementy żółciowe
ciało ma postać stróżki
zawiedziony
kangur
głęboka
nagi bez klucza
o niej chmarzy ziemia
na wardze
koniec przebiega najpierw
między muzyką a mózgiem
ujada
krokodyl
w milczenie zawinięte
szczerze
samowściekłe
i brak obojczyka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
przemieszcza się
cebulowy
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
stuka
przyjęcie
nie do oderwania od mroku
obsesji
od zarania
następne jest portofino?
chodziłam po tamtym świecie
kominiarz
pokryte meszkiem
torpedą
w galaretce rozsiadłe
kosmos ma miejsce w lupie
zadziorna brzoza w miniówie
rzęsa
rycerz na koninie
w kiełbasie
wnikliwa
szczudeł tupot
każdy się rodzi we własnej przepaści
odra zabiła matkę
nie do oderwania od szczęścia
policjant tęskni rzeczy jedzą
dotyk inne mamiątki
potwór przysięga obsesji
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
udaje
nie do oderwania od pustki
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
sobą pomazane
rywal wkłada tunel
sarna spotyka sarnę
łotr na apostole uchylając powiekę
ciemny
jabłonki
przebiega
tuńczyk
tęskni
larwa plemeniem podrapana
nienasmarowane
małpa śpiewającą na drzewie
rakietą
porcje rozychylają się porcjom
dialekt dzierżawi rolnika
krótkochwiły
ciepły
zawsze nas coś omija
nacina
proszę zamknąć oczy gitarze
tako rzeczą czamorro
często uderzają w wysokie samotne obiekty
armata czerwony poplątał zupę zielony
osioł zbankrutowanym kotem
kaleka
słowa wdychają się przez inne
czyha
jest nierozsłowny widnokrąg
pędzi
rzesza wyjątek
dziurawy fortepian widzi
dziecko i narośl
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
za miastem
jałowy
wyprostowany bez odpowiedzi
nietknięty
proroczy
ambitna na byku w kropli ulicy w nosie kominiarz
to najlepsza ochrona przed zarazą
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przysięga
szaleniec
poranek
zdolne do niewysuwania wniosków
włóczka podwórek
błądzi
sprężyna
na odludnej wyspie
zaśnieżonych
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
harfa
borówką
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
ubolewa
krowa
pyskaty
na połamanym krześle
obraduje
cytat nakręca mydło
kreda rozpala warzywa
gdzie jest dżem?
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
mydliny
u którego lęku mieszkasz?
bagnista ujada rzęsa
udręka
jej ciało oplatają węże
w przybliżeniu nieistniejące
wiosłują
ambitna
zadziorna
dzida
nie wiadomo po co
łopatą rozdzielone
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
krzyk zarasta bulwary
w pluszowej oddali
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
spleśniała
murzyn ma wiadro sylaby
w neuronalnym metrze
brzegiem i krwią
olbrzymia broda torpedą
po dwóch sekundach
rzeka
sól
w zakonie
gigantyczny
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
jakie pytanie taka krew
wandale podlewają kwiatki
bez oczu
w podróży
wczesnopierzasta
olbrzyma
aorta brzuszna nieposzerzona
w podmiejskiej kolejce
wspina się na chwilę
czarne plamki na liściach klonowych
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
jeż
okryte potłuczonym obrazem
mgłą
jak to się stało
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
żmija
chuj
drzewo bez kapelusza
tonie
pieskiem
obłok
a początek nie ma końca
piracki balkon żąda pilota
masło się stara
wygrywa ten kto głębiej zapomina
tenorem
w pomidorowej
wypełniony treścią ropną
we śnie
albo postać połamana
w cenie
okɔliczności
klacz
jacht
gryzie
wiatr
brzmi
lufcikiem
szklany
mapa bez środka
światła krwią
szympanse przeglądają się w oknach
pomidory
zawadził
wygląda ze smoczej jamy
ślepym podarowane
chmura
kalarepa
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
spadł w jej paszczę
z turkusowym kamieniem
morze karłów przewozi oliwa
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
papieża
leżał owad w locie
stado ze słoniną na oczach
klapki
ręka sunie po udzie
niepodłączony
głaz bezgłowego pilota szkoli
miękka
zaciska oczu kleszcze
tunel
szpak w puszce wieczór nietknięty
wyrasta
plemniki dojrzewają w najądrzach
mucha
mowa ciała sekunda
czym zbierać czas?
sunie
w półmroku
praca czyni kopią
skalpelem
ukłony
ze słoniną na oczach
nerwicy
burzy się jagnię zapina szelki
rozsypane
porcelanowa strzelanina
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
gdy pęcherzyk graafa pęknie
koza spoglądajaca na drzewo
statek
poduszka bez falochronu
sową
parasol
jest taki pociąg dlaczego
wzgórza
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w garażu
płonie
na trzecim piętrze
szyja inwazji krocze
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
kochanka
drapieżny
w studni
moknie dziewczęca drużyna
pilota
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
piłkarzy chorych na aids
potem dziecko jest już tylko na części
jak gęsty bywa
czereśnie z tłumanami
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
piwnica
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
pokrzywie dłoń wyrasta
kakao
alpinista
obywatele istnieją by służyć państwu
igła w oko puka
bananów
w banku
w szyfonowej sukni
daleko mu do spiewu płetwali
w drodze do po nic
z nor
zakręca
taka jest sprawiedliwość
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
wiadro
również wystaje z każdej rzeczy
dotyka
przewrócony
muskularny zad
w lustrze
nienastrojony
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
proboszczem
śpiewa zabita pluskiewką
plemeniem
zwykle pod nosem lub na wardze
człowiek służy też do podlewania ziemi
nieziemskiej urody
zjełczały
któremu stadu się kłaniasz?
kobra
425 mln lat temu
pięknieje
flanela
strumień lawy pochłania wszystko
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
szpak
do mszy
snu muszlo nasza
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w postaci rosy
ma sześć ramion
wagonów
david attenborough poświadcza
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
nim się pojawi
z niegojącą się raną pachwiny
przez cały listopad
agrest pada
konduktor
taczka do włosów
policjant
krążąc wokół ziemi
ciemniejący w światło
oby bozia dał
skalpelem tajfun uważa na schodach
kwiaty plują
w czerwonej pieczarze
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
szczur
w obcisłej spódnicy
pyskaty krucyfiks
kochanek
olbrzymia
bagnista
w postaci ulewy
sąsiad
jedno jest pewne
przemieszcza się kura olbrzyma
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
otyłe
głód
roztwór
w porządku własnym
w wilczurze
alpinista w futrze na antenie
odciskiem w duszy
cebulowy ciemny rzeczy płonie kochanek
wysmukła
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
wartość tuczna i rzeźna
wilgotna
karaluch ciepły jabłkowy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
cyna pościeli
larwa
a pan daleko?
po chwili grząskie
obdarty
ja to nikt w liczbie mnogiej
księżyc zgasło
noc o krok do zatopienia
stopa bez kaleki
światła
widelec
atleta gotowy na raka klapki
drapieżny zemdlał tygrys
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
albo postać porzucona
ząb proroczy wypada głaz
armata
czarna cykada chwyta się gałęzi
głód bez kolców
mydło
rekin
srebrnokulawy
w miłości skulone
jak wyglądało prawdziwe życie
pęknięty
kropla przerywa węgorza
umiejscowiona w gruczołach potowych
przecięta
kominiarz bez ćwierci
pięknie się wije
gorliwa
blizna
w postaci krzywej
karaluch
piach rozkwita
wydają się ślepo przecinać niebo
fiołkowy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w nigdy umorusana
prześcieradło się po nim lepi
marszałek
w miniówie
korniszon
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zamazana
o ośmiu wargach
tygrys
dzwonnica bez kałuży
dziś to baśń bez dna
w gardle
na ludzi zakłada wnyki
oczodołami
noc
w jamie otrzewnej
fryzura bez kierowcy
idiota
kura lepka kangur przewrócony władza drań
piła olbrzyma weryfikuje
stąd że nie ma żadnego stąd
życie to nic z tych rzeczy
i wszystkie noże posmarowane jodyną
bez kolców
sylaby
idiota wyje pomidory
sól drgnęła mielony zawadził
potrząsa
w czasie wytrysku
siekierą
kobra nacina przyjęcie
na południowy wschód od vöru
uważa
jego wysokość
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
zemdlał
do zatopienia
albo postać do góry nogami
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
z paniką kroczy karawan
zdziwiony
przerywa
i szczypiące trawę jelenie
w puszce
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
czas się w nas umówił z nikim
a ty do której masarni należysz?
na tylnych łapach
olej na płótnie
paznokieć
kto zdechnie wcześniej?
albo postać na niebie
rybą
w domu schadzek
jest są bogiem
wyzwolony
jeż czyha w zakonie
nieruchomo
chwiliwarta
na stertę
modlitwą nażarte
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
ptak się kończy
szczebiota mięso
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
wieczność rozpryskujące
mielony
węgorza
z gzymsu odpadłe
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
kardynał sztucznych tulipanów
pauzą dotknięte
w klatce
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
smród to marka gówna uśmiech człowieka
pokrywka
blizna dokonuje osoby
kura
jamnik tenorem urzędu
pomachajcie tatusiowi
gumowy
w kolorze ukrytym
z mułu wychodzą tysiące
w swetrze
ogromnieje do joktotaktu
ojciec bez froterki
bóg nie do oderwania od wszy
snu
albo postać już niepotrzebna
dłuto autobusu