w porządku postaci

w porządku własnym
smród to marka gówna uśmiech człowieka
bez parasola
szczebiota mięso
tęskni
na południowy wschód od vöru
pyskaty krucyfiks
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
sława
zawsze nas coś omija
w przebraniu
z paniką
otyłe
głęboka
drut posadził musztardę
dłuto autobusu
ciepły
snu
widelec
rzęsa
twarzą ostemplowany
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
wyprostowany bez odpowiedzi
but cebulowy nerwicy
bagnista ujada rzęsa
z człowieka wyczyszczony
pęknięty
jest są bogiem
gorliwa
koza spoglądajaca na drzewo
na schodach
425 mln lat temu
w postaci krzywej
na odwrót otulona
słowa wdychają się przez inne
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
krzyk zarasta bulwary
wstręt podrywa mdłości na zupę
szklany
zadziorna
co to jest jak
nerwicy
ja to nikt w liczbie mnogiej
jak to się stało
źle wbite
spadzisty poranek
z turkusowym kamieniem
na tym polega wolność
ciemny
w kiełbasie
jaśnieje
wartość tuczna i rzeźna
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
chuj odziedziczył naród
któremu stadu się kłaniasz?
skalpelem tajfun uważa na schodach
chuj
samica już odbyta
gumowy
korniszon
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
z wętylowaną zmarszczką
buja pomarańcz orkiestrą
w wylęgarni kwiaty plują
twarzą przez nos zakłada maskę
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
olej na płótnie
zagląda matce pod majtki
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
taka jest sprawiedliwość
wygląda ze smoczej jamy
krowa
policjant
drabina opiera się o ścianę
głaz
na odludnej wyspie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
gigantyczny
obłok płynie utonąć
odciskiem w duszy
w puszce
najeżony
w trakcie przedrzeźniania mew
atleta gotowy na raka klapki
w locie
głaz bezgłowego pilota szkoli
daleko mu do spiewu płetwali
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ukryty w przymrozku
kreda rozpala warzywa
żyrafy
do mszy
mydło
alpinista
w swetrze
dialekt dzierżawi rolnika
kobra
plemniki dojrzewają w najądrzach
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
cyna pościeli
stuka
wandale podlewają kwiatki
siekierą
paryżanka
noc
poduszka bez falochronu
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
w masarni
tako rzeczą czamorro
bez oczu
kangur
pędzi
noc o krok do zatopienia
o niej chmarzy ziemia
prześcieradło się po nim lepi
hotel kamienny scyzoryk
każda kobieta w cieście
sól drgnęła mielony zawadził
jak ślepy jest ten ślub
gryzie
obdarty
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
chmura
człowiek jest tym którym nie chce być
inną postać tli się
w postaci rosy
sarna spotyka sarnę
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
szpak w puszce wieczór nietknięty
praca czyni kopią
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
głęboka żmija
po północnej stronie krateru schröter
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
światła krwią
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
rycerz na koninie
jakie to piękne!
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
okazało się że to prawda
idiota wyje pomidory
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
skalpelem
moknie dziewczęca drużyna
a początek nie ma końca
sylaby
mowa ciała sekunda
lotnisko
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
we śnie
stado ze słoniną na oczach
chodziłam po tamtym świecie
w kropce dojrzewające
wiosłują
do góry nogami
w trakcie dochodzenia do blasku
nietknięty
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w podmiejskiej kolejce
miękka
w zakonie
i szczypiące trawę jelenie
w gardle
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
wagonów
leżał owad w locie
aorta brzuszna nieposzerzona
olbrzymia
tramwajem zarosłe
blizna
snu muszlo nasza
kotem
w pogniecione prostują się wę że
pomachajcie tatusiowi
cytat nakręca mydło
następne jest portofino?
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
ciało ma postać stróżki
jeż czyha w zakonie
pomidory
gdzie popadnie
wchodzi
tonie
człowiek nie do oderwania od smyczy
rybą
węgorza
klacz
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
albo postać nieprzewidziana
poranek
zaciska oczu kleszcze
mapa bez środka
niewyklepany przez otoczenie
o prawidłowej echostrukturze
pięknieje
jamnik tenorem urzędu
stopa bez kaleki
proboszczem
wyrasta
potwór przysięga obsesji
przewrócony
w jamie otrzewnej
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
z niegojącą się raną pachwiny
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w kropli
w rzeczywistości
zamazana
piła olbrzyma weryfikuje
idiota
fiołkowy
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
bez kolców
dziurawy fortepian widzi
otwór
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
temu winien
szczerze
to najlepsza ochrona przed zarazą
która jajowodem zmierza
chwiliwarta
jej ciało oplatają węże
david attenborough poświadcza
nienastrojony
głód
szczudeł tupot
w łydkę ugryzione
teofan grek maluje koronkowe majtki
szyja inwazji krocze
tenorem
brzegiem i krwią
proszę zamknąć oczy gitarze
uważa
wypełniony treścią ropną
jak powiedzieć nie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w hordzie
chciałabym umrzeć
surowy
klapki
przepaść w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięta
drapieżny zemdlał tygrys
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
do straszenia umarłych
niepodłączony
słoń na druty tyje
wygrywa ten kto głębiej zapomina
spadł w jej paszczę
borówką
w lustrze
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
dziś to baśń bez dna
jeż
żmija
srebrnokulawy
w wylęgarni
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w wilczurze
są światła widzialne i nie
pająk
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
w miniówie
życie to nic z tych rzeczy
piwnica
i wszystkie noże posmarowane jodyną
i co dalej?
nie do oderwania od mroku
stąd że nie ma żadnego stąd
harfa
jabłonki wychodzą z nor
nie do oderwania od pustki
wyzwolony
kropla przerywa węgorza
sprężyna
w kolorze ukrytym
za miastem
w pomidorowej
obraduje
w naczyniu
czyha
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
na ludzi zakłada wnyki
olbrzymia broda torpedą
patelnia wyglądająca jak żywa
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
i inne niepodobne
w podróży
pięknie się wije
albo postać na niebie
znalazły dziewczynkę
ujada
z gzymsu odpadłe
i drobne konkrementy żółciowe
organy burzą wypchane
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
zawiedziony
kakao
w trakcie obojętności
pauzą dotknięte
innego ratunku nie ma
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w postaci zakrzepów
szympanse przeglądają się w oknach
w futrze
a ty do której masarni należysz?
pokryte meszkiem
igła w oko puka
naprawdę istnieją tylko mniemania
pośród lodów arktyki
krokodyl
na antenie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
kochanek
kochanka
kwiaty plują
taczka do włosów
nim się pojawi
jak wyglądało prawdziwe życie
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w postaci ulewy
otoczony przez mywyje
albo postać porzucona
parasol
wagonów widelec w pobliżu błądzi
piracki balkon żąda pilota
nieziemskiej urody
burzy się jagnię zapina szelki
bóg nie do oderwania od wszy
domysłem świat świeci
krótkochwiły
czas się w nas umówił z nikim
w szyfonowej sukni
larwa
następny akt ślepni
ubolewa
wtędy wplątane
kura lepka kangur przewrócony władza drań
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
to ślep stróż
tajfun
nagi bez klucza
mandolina zamiast wiosny
w banku
to kruchość jest złotem
sedno bez izolacji
oczodołami
melania trump odwiedza sierociniec
drzewo
biegnie
armata
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
zdolne do niewysuwania wniosków
czarne plamki na liściach klonowych
potem dziecko jest już tylko na części
na trzecim piętrze
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
łotr na apostole uchylając powiekę
szpak
głowa bez tacy
zręcznie
rekin
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w neuronalnym metrze
mgłą
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
po chwili grząskie
bagnista
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
kroczy
gdzie jest dżem?
krążąc wokół ziemi
grad
księżyc zgasło
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
urągająca logiki intryga
u którego lęku mieszkasz?
biegnie przez grząski jesienny las
w trakcie olśnienia w pasztecie
płonie
jest taki pociąg dlaczego
porcelanowa strzelanina
murzyn ma wiadro sylaby
sunie
ze słoniną na oczach
w lektyce chwili
w popegeerowskim pałacu
oraz żydowscy grabarze
w klatce
lufcikiem
nurek składany nikomu
od zarania
na tylnych łapach
ambitna
sąsiad
w galaretce rozsiadłe
nie do oderwania od wzroku
zadziorna brzoza w miniówie
jest są bogiem zwyczajnie
i brak obojczyka
łopatą rozdzielone
przysięga
śpiewa zabita pluskiewką
w półmroku
powiesiła się
na połamanym krześle
dotyka
flanela
włóczka podwórek
albrecht dürer płynie na zelandię
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
zwany srogim
często uderzają w wysokie samotne obiekty
przecięta
ukłony
gorącą pierś sudanu i inne apary
plemeniem
człowiek służy też do podlewania ziemi
deszcz korbką malowany
wysmukła
jedno jest pewne
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
kominiarz bez ćwierci
zawadził
agrest pada
puszczyk zanurza się śniegu
czarna cykada chwyta się gałęzi
ja do rzeźni jadę
modlitwą nażarte
przemieszcza się
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
55 milionów lat świetlnych od nas
paznokieć
nieruchomo
kura
pies ją dopadł
po dwóch sekundach
plują
okɔliczności
o ośmiu wargach
w czerwonej pieczarze
jakie pytanie taka krew
marszałek
i pękają wszechściany
trzustka prawidłowej wielkości
albo postać rozlana
przez trojańskie pola
pokrywka w bażancie stuka
drzewa
jabłonki
podrapana
szczur
dla żartu
albo postać nieważna
udręka
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
drzewo bez kapelusza
o wieczność się napotyka
żadnego teraz żadnego nigdy
do mądrości się przytrafia
obywatele istnieją by służyć państwu
umiejscowiona w gruczołach potowych
konduktor
w nosie
masło się stara
każdy się rodzi we własnej przepaści
truchleje
w obcisłej spódnicy
cebulowy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w czeskiej wiosce
ręka sunie po udzie
spod babiej góry
wnikliwa
wiatr
panna młoda w rogu sali jeszcze
rywal wkłada tunel
w cenie
musisz to zobaczyć
albo postać do góry nogami
wiatr ma tytuł czapka
do wygniatania marzeń
jego wysokość
osioł zbankrutowanym kotem
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
fryzura bez kierowcy
rozsypane
torpedą
osioł
pilota
wślizguje się
obłok
papieża
zaśnieżonych
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
przez cały listopad
w uśmiechu poręcznym
policjant tęskni rzeczy jedzą
w milczenie zawinięte
przemieszcza się kura olbrzyma
w domu schadzek
larwa plemeniem podrapana
karaluch ciepły jabłkowy
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
dziurawy
byk
morze karłów przewozi oliwa
los się wynurza w falbankach
kalarepa
krwią
nieśmiały w studni szklany stój
oby bozia dał
rzesza wyjątek
o krok
chropowaty snu naszyjnik
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
z mułu wychodzą tysiące
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
śnieg wymiotuje
igła
gangreny gangren
ojciec bez froterki
w przybliżeniu nieistniejące
nie wiadomo po co
pokrywka
jest nierozsłowny widnokrąg
świat nie do oderwania od wzroku
w studni
albo postać połamana
zjełczały
brzmi
mucha
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
wczesnopierzasta
piach rozkwita
być może
olbrzyma
małpa śpiewającą na drzewie
ciemniejący w światło
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
pod wpływem oczywistego cudu
karaluch
w halce
alpinista w futrze na antenie
obsesji
ptak się kończy
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
udaje
jałowy
dozgonnie powleczony nadzieją
błądzi
drogą polna
i ukrył go w piasku
przebiega
bananów
kobra nacina przyjęcie
jak gęsty bywa
błękitny
wiadro
muskularny zad
również wystaje z każdej rzeczy
do zatopienia
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
nie do oderwania od śmierci
kominiarz
odra zabiła matkę
sól
dzwonnica bez kałuży
szaleniec
widząc że nie ma nikogo
w czasie wytrysku
w drodze do po nic
nie do oderwania od szczęścia
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
czereśnie z tłumanami
wilgotna
światła
piłkarzy chorych na aids
zemdlał
pyskaty
w nikąd dorosły
niewymyty przez wieki
powraca
głód bez kolców
w kolejce do ścięcia
ma sześć ramion
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
huśtawka
a pan daleko?
blizna dokonuje osoby
kosmos ma miejsce w lupie
pokrzywie dłoń wyrasta
albo postać już niepotrzebna
w pluszowej oddali
statek
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
armata czerwony poplątał zupę zielony
z ręką na sercu
tygrys
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
strumień lawy pochłania wszystko
w powiększeniu
drapieżny
koniec przebiega najpierw
czym zbierać czas?
dziecko i narośl
sową
nienasmarowane
rakietą
w garażu
albo postać odwrócona
kto zdechnie wcześniej?
mielony
wyje
ze stali niepojętej
wydają się ślepo przecinać niebo
w każdej postaci