wąs przepaści

wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
rycerz na koninie
w pomidorowej
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
o ośmiu wargach
kochanek
drzewo bez kapelusza
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
i co dalej?
srebrnokulawy
ubolewa
jak to się stało
szyja inwazji krocze
przemieszcza się kura olbrzyma
przysięga
papieża
w postaci rosy
bagnista
zadziorna
i drobne konkrementy żółciowe
pyskaty krucyfiks
drut posadził musztardę
obłok płynie utonąć
koza spoglądajaca na drzewo
siekierą
drapieżny zemdlał tygrys
w postaci ulewy
daleko mu do spiewu płetwali
tenorem
w klatce
jakie to piękne!
ciepły
głaz
z nor
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
sową
but cebulowy nerwicy
wstręt podrywa mdłości na zupę
a pan daleko?
brzmi
wyrasta
w czerwonej pieczarze
jego wysokość
zjełczały
pędzi
nienastrojony
sylaby
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
dozgonnie powleczony nadzieją
jedno jest pewne
wygląda ze smoczej jamy
człowiek nie do oderwania od smyczy
prześcieradło się po nim lepi
szczebiota mięso
spadzisty poranek
pokrywka
wyje
rywal wkłada tunel
przez trojańskie pola
smród to marka gówna uśmiech człowieka
wygrywa ten kto głębiej zapomina
pomidory
mgłą
plują
rzęsa
w kolejce do ścięcia
kobra
w podróży
zdolne do niewysuwania wniosków
albo postać nieprzewidziana
u którego lęku mieszkasz?
wilgotna
korniszon
w powiększeniu
425 mln lat temu
porcelanowa strzelanina
w puszce
żmija
głaz bezgłowego pilota szkoli
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
wczesnopierzasta
mowa ciała sekunda
na ludzi zakłada wnyki
w szyfonowej sukni
bez parasola
obraduje
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
nacina
niewyklepany przez otoczenie
chuj odziedziczył naród
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
noc o krok do zatopienia
porcje rozychylają się porcjom
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
potwór
zamazana
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
przebiega
rybą
tęskni
sedno bez izolacji
nieśmiały w studni szklany stój
borówką
nieruchomo
na tym polega wolność
na antenie
oraz żydowscy grabarze
do zatopienia
w milczenie zawinięte
wagonów
huśtawka
na odwrót otulona
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
pęknięty
nietknięty
czyha
pięknieje
w swetrze
olbrzymia broda torpedą
piwnica
olbrzyma
we śnie
lufcikiem
lotnisko
policjant
ciemny
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
sól
tygrys
z paniką kroczy karawan
ciało ma postać stróżki
paryżanka
kochanka
obsesji
nie do oderwania od pustki
w naczyniu
w każdej postaci
w wylęgarni
idiota
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
otoczony przez mywyje
jeż czyha w zakonie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
od zarania
w hordzie
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
drogą polna
los się wynurza w falbankach
mapa bez środka
drapieżny
powraca
w miniówie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
w uśmiechu poręcznym
dziecko i narośl
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w czeskiej wiosce
kominiarz
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
czereśnie z tłumanami
cebulowy
rozsypane
stado ze słoniną na oczach
w neuronalnym metrze
kosmos ma miejsce w lupie
igła w oko puka
bóg nie do oderwania od wszy
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
flanela
widelec
kangur
kropla przerywa węgorza
igła
w obcisłej spódnicy
udręka
pająk
rekin
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
żadnego teraz żadnego nigdy
żona zdradza swoją rolę
śpiewa zabita pluskiewką
krótkochwiły
chciałabym umrzeć
odciskiem w duszy
głód
powiesiła się
poranek
węgorza
aorta brzuszna nieposzerzona
albo postać porzucona
olej na płótnie
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
a początek nie ma końca
i inne niepodobne
david attenborough poświadcza
sąsiad
ma sześć ramion
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
dotyka
albo postać nieważna
o niej chmarzy ziemia
sunie
osioł zbankrutowanym kotem
żyrafy
bagnista ujada rzęsa
poduszka bez falochronu
stopa bez kaleki
jak powiedzieć nie
armata
oczodołami
kobra nacina przyjęcie
odra zabiła matkę
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
a ty do której masarni należysz?
w galaretce rozsiadłe
w przybliżeniu nieistniejące
głęboka żmija
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
znalazły dziewczynkę
pauzą dotknięte
i brak obojczyka
jak gęsty bywa
klapki
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
na odludnej wyspie
któremu stadu się kłaniasz?
do straszenia umarłych
następne jest portofino?
w postaci krzywej
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
w locie
to najlepsza ochrona przed zarazą
roztwór
kwiaty plują
o prawidłowej echostrukturze
ujada
to kruchość jest złotem
głęboka
z turkusowym kamieniem
szczerze
nie do oderwania od śmierci
bez kolców
jest nierozsłowny widnokrąg
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
za miastem
dłuto autobusu
plemeniem
ze słoniną na oczach
albo postać już niepotrzebna
wiatr ma tytuł czapka
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
potem dziecko jest już tylko na części
nienasmarowane
strumień lawy pochłania wszystko
pokryte meszkiem
na schodach
idiota wyje pomidory
łotr na apostole uchylając powiekę
urągająca logiki intryga
na południowy wschód od vöru
patelnia wyglądająca jak żywa
brzegiem i krwią
chodziłam po tamtym świecie
nieziemskiej urody
sława
z gzymsu odpadłe
drabina opiera się o ścianę
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kalarepa
wchodzi
biegnie przez grząski jesienny las
albo postać rozlana
spod babiej góry
wartość tuczna i rzeźna
nerwicy
blizna dokonuje osoby
źle wbite
pyskaty
przez cały listopad
proboszczem
grad
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
dzwonnica bez kałuży
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
w kropli
proszę zamknąć oczy gitarze
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
bananów
surowy
krzyk zarasta bulwary
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
gumowy
larwa
teofan grek maluje koronkowe majtki
panna młoda w rogu sali jeszcze
konduktor
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
plemniki dojrzewają w najądrzach
kakao
twarzą przez nos zakłada maskę
alpinista w futrze na antenie
następny akt ślepni
mydliny
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
burzy się jagnię zapina szelki
pilota
zawsze nas coś omija
jest są bogiem zwyczajnie
w półmroku
byk
gdzie popadnie
paznokieć
sprężyna
cytat nakręca mydło
słoń na druty tyje
praca czyni kopią
małpa śpiewającą na drzewie
albo postać do góry nogami
w banku
chropowaty snu naszyjnik
obdarty
podrapana
na tylnych łapach
w jamie otrzewnej
tunel
jest są bogiem
szpak w puszce wieczór nietknięty
jak wyglądało prawdziwe życie
z paniką
obywatele istnieją by służyć państwu
ambitna
dotyk inne mamiątki
masło się stara
w przebraniu
inną postać tli się
snu
czas się w nas umówił z nikim
hotel kamienny scyzoryk
człowiek jest tym którym nie chce być
potwór przysięga obsesji
ukryty w przymrozku
tako rzeczą czamorro
w trakcie obojętności
policjant tęskni rzeczy jedzą
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
marszałek
po północnej stronie krateru schröter
chuj
jamnik tenorem urzędu
o wieczność się napotyka
w lustrze
nie wiadomo po co
w domu schadzek
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
wiatr
wagonów widelec w pobliżu błądzi
w gardle
okɔliczności
w kolorze ukrytym
po chwili grząskie
świat nie do oderwania od wzroku
karaluch ciepły jabłkowy
w nikąd dorosły
błękitny
i wszystkie noże posmarowane jodyną
stuka
osioł
jest taki pociąg dlaczego
wyprostowany bez odpowiedzi
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w garażu
wślizguje się
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
niewymyty przez wieki
najeżony
w wilczurze
do mądrości się przytrafia
w drodze do po nic
chmura
w trakcie olśnienia w pasztecie
kroczy
jakie pytanie taka krew
niepodłączony
kardynał sztucznych tulipanów
to ślep stróż
na trzecim piętrze
uważa
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
jabłonki wychodzą z nor
nie do oderwania od wzroku
w pluszowej oddali
przemieszcza się
na połamanym krześle
trzustka prawidłowej wielkości
snu muszlo nasza
nim się pojawi
w lektyce chwili
ja do rzeźni jadę
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
czym zbierać czas?
w kiełbasie
domysłem świat ślepnie
55 milionów lat świetlnych od nas
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
z niegojącą się raną pachwiny
agrest pada
światła
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
błądzi
gryzie
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
rzesza wyjątek
po dwóch sekundach
umiejscowiona w gruczołach potowych
kominiarz bez ćwierci
melania trump odwiedza sierociniec
jeż
księżyc zgasło
ojciec bez froterki
chwiliwarta
bez oczu
w masarni
w zakonie
sarna spotyka sarnę
moknie dziewczęca drużyna
deszcz korbką malowany
szklany
pokrzywie dłoń wyrasta
dziurawy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pokrywka w bażancie stuka
albo postać odwrócona
parasol
z wętylowaną zmarszczką
przyjęcie
oby bozia dał
piach rozkwita
nie do oderwania od mroku
ręka sunie po udzie
z mułu wychodzą tysiące
ja to nikt w liczbie mnogiej
fryzura bez kierowcy
blizna
wiosłują
szpak
dialekt dzierżawi rolnika
okazało się że to prawda
atleta gotowy na raka klapki
wypełniony treścią ropną
gorliwa
armata czerwony poplątał zupę zielony
do mszy
słowa wdychają się przez inne
człowiek służy też do podlewania ziemi
kotem
sól drgnęła mielony zawadził
ptak się kończy
zręcznie
w studni
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
muskularny zad
wiadro
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
harfa
dziurawy fortepian widzi
śnieg wymiotuje
taczka do włosów
mucha
pod wpływem oczywistego cudu
jaśnieje
truchleje
otyłe
tonie
zagląda matce pod majtki
skalpelem tajfun uważa na schodach
czarne plamki na liściach klonowych
zaciska oczu kleszcze
torpedą
drzewa
na wardze
musisz to zobaczyć
pięknie się wije
fiołkowy
stąd że nie ma żadnego stąd
innego ratunku nie ma
w cenie
płonie
gdzie jest dżem?
w halce
pomachajcie tatusiowi
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
są światła widzialne i nie
twarzą ostemplowany
gigantyczny
wnikliwa
szympanse przeglądają się w oknach
w trakcie przedrzeźniania mew
w podmiejskiej kolejce
w czasie wytrysku
jałowy
wandale podlewają kwiatki
temu winien
w łydkę ugryzione
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
mielony
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w postaci zakrzepów
ukłony
w kropce dojrzewające
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
spadł w jej paszczę
głowa bez tacy
leżał owad w locie
albo postać połamana
w rzeczywistości
często uderzają w wysokie samotne obiekty
zostawił dziecko i żonę
piła olbrzyma weryfikuje
udaje
mandolina zamiast wiosny
i ukrył go w piasku
światła krwią
i szczypiące trawę jelenie
szczudeł tupot
kura
łopatą rozdzielone
jak ślepy jest ten ślub
modlitwą nażarte
kura lepka kangur przewrócony władza drań
między muzyką a mózgiem
widząc że nie ma nikogo
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
mydło
zaśnieżonych
tajfun
wysmukła
skalpelem
samica już odbyta
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ciemniejący w światło
zadziorna brzoza w miniówie
życie to nic z tych rzeczy
puszczyk zanurza się śniegu
w wylęgarni kwiaty plują
taka jest sprawiedliwość
zawiedziony
rakietą
szaleniec
klacz
z ręką na sercu
piracki balkon żąda pilota
głód bez kolców
również wystaje z każdej rzeczy
biegnie
larwa plemeniem podrapana
jabłonki
o krok
statek
w porządku własnym
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
szczur
wyzwolony
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
noc
stąpa
proroczy
cyna pościeli
przewrócony
krowa
do góry nogami
obłok
kto zdechnie wcześniej?
morze karłów przewozi oliwa
furia bieli i krwisty
domysłem świat świeci
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
miękka
olbrzymia
nie do oderwania od szczęścia
zemdlał
pośród lodów arktyki
krwią
nagi bez klucza
naprawdę istnieją tylko mniemania
czarna cykada chwyta się gałęzi
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
w nosie
murzyn ma wiadro sylaby
tramwajem zarosłe
alpinista
zawadził
jej ciało oplatają węże
albrecht dürer płynie na zelandię
nurek składany nikomu
piłkarzy chorych na aids
włóczka podwórek
krążąc wokół ziemi
koniec przebiega najpierw
otwór
kreda rozpala warzywa
wydają się ślepo przecinać niebo
w futrze
ze stali niepojętej
dziś to baśń bez dna
karaluch
dla żartu
albo postać na niebie
przecięta
drzewo
krokodyl
do wygniatania marzeń
każdy się rodzi we własnej przepaści