panna borówką

panna młoda w rogu sali jeszcze
karaluch
noc o krok do zatopienia
albo postać nieprzewidziana
wydają się ślepo przecinać niebo
widelec
człowiek nie do oderwania od smyczy
tuńczyk
w lustrze
wieczność rozpryskujące
obsesji
czereśnie z tłumanami
obywatele istnieją by służyć państwu
roztwór
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
jest są bogiem zwyczajnie
tam też pomocnicy rzeźników stoczyli ostrą bitwę
zadziorna brzoza w miniówie
naprawdę istnieją tylko mniemania
masło się stara
we śnie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w podmiejskiej kolejce
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
rekin
do mszy
bóg nie do oderwania od wszy
krowa
w nosie
w powiększeniu
gryzie
o ośmiu wargach
ślepym podarowane
ze słoniną na oczach
ambitna
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
następne jest portofino?
błądzi
w każdej postaci
chciałabym umrzeć
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
zawadził
deszcz korbką malowany
kominiarz bez ćwierci
obłok
bananów
spod babiej góry
kakao
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
leżał owad w locie
wagonów
rycerz na koninie
w jamie otrzewnej
skalpelem tajfun uważa na schodach
rzęsa
idiota wyje pomidory
w postaci ulewy
najeżony
nagi bez klucza
krwią
rybą
teofan grek maluje koronkowe majtki
niepodłączony
pędzi
david attenborough poświadcza
kotem
nienastrojony
nie do oderwania od śmierci
u którego lęku mieszkasz?
albo postać rozlana
spadł w jej paszczę
ja to nikt w liczbie mnogiej
nieruchomo
proszę zamknąć oczy gitarze
szpak
biegnie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
potem dziecko jest już tylko na części
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
kalarepa
cebulowy
cyna pościeli
albo postać połamana
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
puszczyk zanurza się śniegu
to najlepsza ochrona przed zarazą
krążąc wokół ziemi
kobra
agrest pada
twarzą ostemplowany
inną postać tli się
w czasie wytrysku
zadziorna
strumień lawy pochłania wszystko
śpiewa zabita pluskiewką
stado ze słoniną na oczach
z gzymsu odpadłe
mgłą
świat nie do oderwania od wzroku
spadzisty poranek
w kiełbasie
człowiek jest tym którym nie chce być
w czerwonej pieczarze
tajfun
nie do oderwania od szczęścia
nie do oderwania od mroku
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
ukłony
w puszce
jest taki pociąg dlaczego
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
rakietą
kto zdechnie wcześniej?
dzida
osioł
nie do oderwania od pustki
w studni
powraca
w pomidorowej
piracki balkon żąda pilota
księżyc zgasło
burzy się jagnię zapina szelki
drapieżny zemdlał tygrys
koniec przebiega najpierw
tramwajem zarosłe
szczur
zawsze nas coś omija
srebrnokulawy
dziurawy fortepian widzi
pyskaty krucyfiks
zdolne do niewysuwania wniosków
nietknięty
rozwiązłe tańce są grobem niewinności
wchodzi
nieśmiały w studni szklany stój
taczka do włosów
paryżanka
w kropce dojrzewające
sól
rzesza wyjątek
głęboka
w locie
kwiaty plują
wzgórza
przerywa
olbrzymia broda torpedą
chwiliwarta
larwa plemeniem podrapana
sunie
łotr na apostole uchylając powiekę
sąsiad
dzwonnica bez kałuży
wczesnopierzasta
bez parasola
któremu stadu się kłaniasz?
flanela
do wygniatania marzeń
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
sprężyna
sową
proroczy
a ty do której masarni należysz?
piach rozkwita
wnikliwa
taka jest sprawiedliwość
węgorza
blizna dokonuje osoby
otyle
425 mln lat temu
poduszka bez falochronu
jest są bogiem
dziecko i narośl
samica już odbyta
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
olej na płótnie
kardynał sztucznych tulipanów
po dwóch sekundach
zwykle pod nosem lub na wardze
do straszenia umarłych
umiejscowiona w gruczołach potowych
przysięga
dotyk inne mamiątki
idiota
obłok płynie utonąć
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
kochanka
kominiarz
szympanse przeglądają się w oknach
w futrze
jakie to piękne!
jej ciało oplatają węże
mowa ciała sekunda
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
otyłe
rywal wkłada tunel
żmija
brzmi
sedno bez izolacji
kura lepka kangur przewrócony władza drań
przyjęcie
bagnista
w gardle
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
źle wbite
krótkochwiły
przebiega
wiosłują
pięknieje
ujada
o krok
byk
zdziwiony
muskularny zad
w przybliżeniu nieistniejące
przewrócony
w domu schadzek
bez kolców
ręka sunie po udzie
cytat nakręca mydło
w klatce
skalpelem
zakręca
wyrasta
gigantyczny
małpa śpiewającą na drzewie
łopatą rozdzielone
chmura
to ślep stróż
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
policjant tęskni rzeczy jedzą
ojciec bez froterki
i brak obojczyka
zemdlał
chuj odziedziczył naród
larwa
szyja inwazji krocze
płonie
czym zbierać czas?
w wilczurze
wyprostowany bez odpowiedzi
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w pluszowej oddali
z paniką
konduktor
jak wyglądało prawdziwe życie
udaje
nie wiadomo po co
jeż
koza spoglądajaca na drzewo
ptak się kończy
albo postać już niepotrzebna
w wylęgarni
w postaci rosy
jest są
krzyk zarasta bulwary
przenika wtędy
dotyka
w milczenie zawinięte
jakie pytanie taka krew
musisz to zobaczyć
jabłonki
nerwicy
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
sarna spotyka sarnę
stuka
i wszystkie noże posmarowane jodyną
albo postać nieważna
jak to się stało
kroczy
wiadro
harfa
ja do rzeźni jadę
jałowy
ciemny
pomidory
w podróży
ma sześć ramion
zagląda matce pod majtki
but cebulowy nerwicy
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
jak ślepy jest ten ślub
w swetrze
morze karłów przewozi oliwa
odra zabiła matkę
do mądrości się przytrafia
zaśnieżonych
w drodze do po nic
pyskaty
w wylęgarni kwiaty plują
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
stąpa
ciało ma postać stróżki
w obcisłej spódnicy
o niej chmarzy ziemia
czyha
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
ogromnieje do joktotaktu
ciemniejący w światło
patelnia wyglądająca jak żywa
żyrafy
człowiek służy też do podlewania ziemi
kosmos ma miejsce w lupie
chuj
dozgonnie powleczony nadzieją
czas się w nas umówił z nikim
w postaci zakrzepów
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
wartość tuczna i rzeźna
do góry nogami
w cenie
ubolewa
w lektyce chwili
paznokieć
życie to nic z tych rzeczy
w hordzie
trzustka prawidłowej wielkości
często uderzają w wysokie samotne obiekty
drabina opiera się o ścianę
plują
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
z nadzieją zaślinione
porcje rozychylają się porcjom
głowa bez tacy
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
do zatopienia
kochanek
w zakonie
alpinista
noc
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w ubiegłej osobie
w kropli
pokrywka
przez cały listopad
55 milionów lat świetlnych od nas
w garażu
jamnik tenorem urzędu
jedno jest pewne
na wardze
udręka
oczodołami
na połamanym krześle
daleko mu do spiewu płetwali
samowściekłe
wilgotna
w miłości skulone
w postaci krzywej
za miastem
czarna cykada chwyta się gałęzi
znalazły dziewczynkę
chodziłam po tamtym świecie
drzewo bez kapelusza
jabłonki wychodzą z nor
urągająca logiki intryga
pięknie się wije
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
sława
karaluch ciepły jabłkowy
domysłem świat świeci
szczebiota mięso
w półmroku
od zarania
szklany
mydliny
głaz
gumowy
głód bez kolców
szpak w puszce wieczór nietknięty
drzewa
również wystaje z każdej rzeczy
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
dłuto autobusu
słoń na druty tyje
kreda rozpala warzywa
pod wpływem oczywistego cudu
głód
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
sylaby
nacina
w masarni
oby bozia dał
lotnisko
dziurawy
snu
grad
jest nierozsłowny widnokrąg
głęboka żmija
kura
siekierą
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
policjant
albo postać porzucona
nieziemskiej urody
mucha
jeż czyha w zakonie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
mandolina zamiast wiosny
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w kolorze ukrytym
korniszon
wślizguje się
z ręką na sercu
i drobne konkrementy żółciowe
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
tako rzeczą czamorro
blizna
praca czyni kopią
na schodach
zjełczały
proboszczem
wypełniony treścią ropną
mielony
papieża
igła w oko puka
porcja nie ma rozmiaru brzegu granic
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
poranek
karawan
wiatr
o prawidłowej echostrukturze
uważa
z paniką kroczy karawan
armata
na stertę
fiołkowy
olbrzyma
modlitwą nażarte
osioł zbankrutowanym kotem
obraduje
okɔliczności
obdarty
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w łydkę ugryzione
zawiedziony
okryte potłuczonym obrazem
śnieg wymiotuje
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
wyzwolony
torpedą
przemieszcza się kura olbrzyma
wagonów widelec w pobliżu błądzi
wysmukła
tenorem
igła
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
to kruchość jest złotem
dialekt dzierżawi rolnika
na tylnych łapach
sól drgnęła mielony zawadził
albo postać na niebie
miękka
z niegojącą się raną pachwiny
nim się pojawi
brzegiem i krwią
marszałek
wandale podlewają kwiatki
prześcieradło się po nim lepi
okazało się że to prawda
i inne niepodobne
armata czerwony poplątał zupę zielony
przemieszcza się
krokodyl
kangur
głaz bezgłowego pilota szkoli
na ludzi zakłada wnyki
pieskiem
sobą pomazane
nie do oderwania od wzroku
na południowy wschód od vöru
plemniki dojrzewają w najądrzach
są światła widzialne i nie
rozsypane
mydło
murzyn ma wiadro sylaby
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
piła olbrzyma weryfikuje
cukierek robotnikowi pieskiem
albo postać do góry nogami
pilota
stopa bez kaleki
pokrzywie dłoń wyrasta
wygląda ze smoczej jamy
porcelanowa strzelanina
w porządku własnym
otwór
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wygrywa ten kto głębiej zapomina
przecięta
pokryte meszkiem
moknie dziewczęca drużyna
parasol
żadnego teraz żadnego nigdy
na antenie
jacht
w neuronalnym metrze
na odwrót otulona
jak gęsty bywa
statek
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
z mułu wychodzą tysiące
pomachajcie tatusiowi
z turkusowym kamieniem
włóczka podwórek
truchleje
huśtawka
między muzyką a mózgiem
z nor
klacz
tunel
piłkarzy chorych na aids
plemeniem
w banku
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
kropla przerywa węgorza
oraz żydowscy grabarze
w galaretce rozsiadłe
światła krwią
ciepły
a początek nie ma końca
snu muszlo nasza
aorta brzuszna nieposzerzona
w naczyniu
pokrywka w bażancie stuka
gorliwa
w miniówie
po północnej stronie krateru schröter
pęknięty
lufcikiem
ząb proroczy wypada głaz
atleta gotowy na raka klapki
wiatr ma tytuł czapka
bez oczu
stąd że nie ma żadnego stąd
klapki
o wieczność się napotyka
słowa wdychają się przez inne
otoczony przez mywyje
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
kobra nacina przyjęcie
dziś to baśń bez dna
olbrzymia
szaleniec
nienasmarowane
w rzeczywistości
każdy się rodzi we własnej przepaści
w przebraniu
pająk
zaciska oczu kleszcze
fryzura bez kierowcy
temu winien
nurek składany nikomu
a pan daleko?
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
gdzie jest dżem?
drapieżny
jego wysokość
na odludnej wyspie
piwnica
smród to marka gówna uśmiech człowieka
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
drogą polna
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
tonie
odciskiem w duszy
po chwili grząskie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w szyfonowej sukni
zamazana
podrapana
potwór przysięga obsesji
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
na trzecim piętrze
tęskni
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
tygrys
buduarowe spazmy modne wyjazdy do wód
albo postać odwrócona
kiedy mozart miał dwa lata
potrząsa
bagnista ujada rzęsa
spleśniała
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
szczudeł tupot
melania trump odwiedza sierociniec
czarne plamki na liściach klonowych
wyje
pośród lodów arktyki
alpinista w futrze na antenie
pauzą dotknięte
w nigdy umorusana
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
mapa bez środka
zręcznie
szczerze
światła
biegnie przez grząski jesienny las
i szczypiące trawę jelenie
borówką