zawiedziony szklany

zawiedziony
nienastrojony
z niegojącą się raną pachwiny
wiatr
nie do oderwania od szczęścia
daleko mu do spiewu płetwali
nagi bez klucza
sową
igła
torpedą
i inne niepodobne
w kropce dojrzewające
klapki
jakie to piękne!
otyłe
wygląda ze smoczej jamy
obsesji
proboszczem
ujada
szczebiota mięso
zaciska oczu kleszcze
drzewa
a pan daleko?
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ukłony
pilota
krowa
zawadził
przysięga
plują
życie to nic z tych rzeczy
pyskaty
i brak obojczyka
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
każdy się rodzi we własnej przepaści
znalazły dziewczynkę
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
albo postać odwrócona
pyskaty krucyfiks
w miniówie
jeż
do zatopienia
piłkarzy chorych na aids
sylaby
marszałek
dziurawy
czereśnie z tłumanami
w nosie
sedno bez izolacji
leżał owad w locie
jaśnieje
często uderzają w wysokie samotne obiekty
morze karłów przewozi oliwa
zdolne do niewysuwania wniosków
oraz żydowscy grabarze
albo postać nieważna
w przybliżeniu nieistniejące
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
flanela
która jajowodem zmierza
piracki balkon żąda pilota
w kolorze ukrytym
zaśnieżonych
blizna
larwa
wyzwolony
murzyn ma wiadro sylaby
czas się w nas umówił z nikim
kura lepka kangur przewrócony władza drań
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
nie do oderwania od wzroku
gumowy
lufcikiem
kosmos ma miejsce w lupie
proszę zamknąć oczy gitarze
na trzecim piętrze
w nikąd dorosły
krótkochwiły
wyprostowany bez odpowiedzi
jedno jest pewne
mapa bez środka
lotnisko
w jamie otrzewnej
stopa bez kaleki
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
któremu stadu się kłaniasz?
na tylnych łapach
mucha
425 mln lat temu
w wylęgarni kwiaty plują
taka jest sprawiedliwość
w postaci krzywej
w lustrze
atleta gotowy na raka klapki
w czasie wytrysku
kroczy
okɔliczności
tunel
stuka
byk
w milczenie zawinięte
zadziorna
księżyc zgasło
idiota wyje pomidory
jałowy
parasol
jak to się stało
pokryte meszkiem
miękka
udręka
zawsze nas coś omija
karaluch
drzewo bez kapelusza
grad
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
łopatą rozdzielone
w cenie
snu
na południowy wschód od vöru
w rzeczywistości
bagnista
kotem
kochanka
musisz to zobaczyć
nim się pojawi
jest są bogiem
powiesiła się
przebiega
trzustka prawidłowej wielkości
rozsypane
w pluszowej oddali
chmura
po chwili grząskie
w postaci rosy
również wystaje z każdej rzeczy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
fryzura bez kierowcy
praca czyni kopią
albo postać porzucona
zamazana
w pomidorowej
ze słoniną na oczach
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
u którego lęku mieszkasz?
czarne plamki na liściach klonowych
czym zbierać czas?
ciemniejący w światło
sarna spotyka sarnę
ambitna
noc o krok do zatopienia
masło się stara
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
papieża
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
światła krwią
kwiaty plują
mowa ciała sekunda
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
strumień lawy pochłania wszystko
być może
błękitny
dłuto autobusu
i ukrył go w piasku
chropowaty snu naszyjnik
albo postać do góry nogami
w walizce o bardzo chudych nogach zatrzaśnięte
los się wynurza w falbankach
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
to najlepsza ochrona przed zarazą
tenorem
o wieczność się napotyka
mydliny
albo postać nieprzewidziana
armata czerwony poplątał zupę zielony
tajfun
ptak się kończy
nieśmiały w studni szklany stój
płonie
w studni
w porządku własnym
nieziemskiej urody
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
ja do rzeźni jadę
głęboka żmija
oby bozia dał
w wilczurze
na połamanym krześle
światła
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
do mądrości się przytrafia
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
do straszenia umarłych
poduszka bez falochronu
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
dotyka
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
następny akt ślepni
olbrzymia
zjełczały
o niej chmarzy ziemia
między muzyką a mózgiem
smród to marka gówna uśmiech człowieka
noc
niepodłączony
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
burzy się jagnię zapina szelki
kobra nacina przyjęcie
kominiarz bez ćwierci
surowy
z ręką na sercu
pomidory
ręka sunie po udzie
kto zdechnie wcześniej?
w kiełbasie
w galaretce rozsiadłe
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
niewyklepany przez otoczenie
w zakonie
i wszystkie noże posmarowane jodyną
modlitwą nażarte
z wętylowaną zmarszczką
to ślep stróż
jej ciało oplatają węże
szczerze
nie wiadomo po co
kreda rozpala warzywa
wiatr ma tytuł czapka
w kolejce do ścięcia
powraca
jeż czyha w zakonie
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
snu muszlo nasza
spadzisty poranek
wiadro
rybą
w każdej postaci
głód bez kolców
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
david attenborough poświadcza
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
drzewo
statek
w masarni
biegnie
ojciec bez froterki
olbrzymia broda torpedą
we śnie
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
sława
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
widelec
w przebraniu
wysmukła
dzwonnica bez kałuży
łotr na apostole uchylając powiekę
kalarepa
stado ze słoniną na oczach
gdzie popadnie
piwnica
i szczypiące trawę jelenie
z turkusowym kamieniem
spod babiej góry
w postaci ulewy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
nieruchomo
rzęsa
potwór przysięga obsesji
przemieszcza się
krwią
naprawdę istnieją tylko mniemania
albrecht dürer płynie na zelandię
kangur
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
olbrzyma
w uśmiechu poręcznym
w obcisłej spódnicy
borówką
wagonów widelec w pobliżu błądzi
szaleniec
jest taki pociąg dlaczego
obywatele istnieją by służyć państwu
agrest pada
rekin
jest nierozsłowny widnokrąg
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
bananów
przemieszcza się kura olbrzyma
blizna dokonuje osoby
karaluch ciepły jabłkowy
w popegeerowskim pałacu
w garażu
poranek
teofan grek maluje koronkowe majtki
w trakcie obojętności
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
kobra
w klatce
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
konduktor
larwa plemeniem podrapana
huśtawka
od zarania
wypełniony treścią ropną
w gardle
na antenie
przez cały listopad
biegnie przez grząski jesienny las
szyja inwazji krocze
plemniki dojrzewają w najądrzach
rycerz na koninie
do wygniatania marzeń
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
wyrasta
stąpa
odciskiem w duszy
dziurawy fortepian widzi
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
nienasmarowane
kakao
patelnia wyglądająca jak żywa
w futrze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
z gzymsu odpadłe
innego ratunku nie ma
uważa
chodziłam po tamtym świecie
kropla przerywa węgorza
śpiewa zabita pluskiewką
skalpelem tajfun uważa na schodach
w hordzie
igła w oko puka
spadł w jej paszczę
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
wczesnopierzasta
w naczyniu
bóg nie do oderwania od wszy
drut posadził musztardę
klacz
o prawidłowej echostrukturze
niewymyty przez wieki
za miastem
obłok
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
są światła widzialne i nie
ze stali niepojętej
samica już odbyta
pięknie się wije
czyha
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
świat nie do oderwania od wzroku
krążąc wokół ziemi
to kruchość jest złotem
tonie
i drobne konkrementy żółciowe
policjant
porcelanowa strzelanina
jakie pytanie taka krew
pod wpływem oczywistego cudu
dozgonnie powleczony nadzieją
głaz
w łydkę ugryzione
rzesza wyjątek
fiołkowy
gdzie jest dżem?
jabłonki
w powiększeniu
cyna pościeli
najeżony
obłok płynie utonąć
chwiliwarta
albo postać rozlana
po północnej stronie krateru schröter
kominiarz
na odwrót otulona
widząc że nie ma nikogo
cebulowy
oczodołami
chuj
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
pośród lodów arktyki
szpak w puszce wieczór nietknięty
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
zwany srogim
w halce
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
i co dalej?
z mułu wychodzą tysiące
but cebulowy nerwicy
taczka do włosów
brzegiem i krwią
udaje
sąsiad
na schodach
z nor
urągająca logiki intryga
głęboka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
pies ją dopadł
tygrys
wydają się ślepo przecinać niebo
mielony
o ośmiu wargach
osioł
korniszon
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
policjant tęskni rzeczy jedzą
wtędy wplątane
następne jest portofino?
śnieg wymiotuje
chciałabym umrzeć
alpinista
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
jabłonki wychodzą z nor
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
alpinista w futrze na antenie
prześcieradło się po nim lepi
w domu schadzek
otwór
co to jest jak
słowa wdychają się przez inne
armata
paznokieć
rakietą
na ludzi zakłada wnyki
jak powiedzieć nie
obraduje
zagląda matce pod majtki
tramwajem zarosłe
ciemny
drapieżny zemdlał tygrys
nietknięty
mydło
obdarty
hotel kamienny scyzoryk
wnikliwa
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
srebrnokulawy
albo postać na niebie
piła olbrzyma weryfikuje
jamnik tenorem urzędu
głowa bez tacy
krokodyl
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
sunie
w neuronalnym metrze
wagonów
przecięta
w locie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
wchodzi
ukryty w przymrozku
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w podmiejskiej kolejce
głaz bezgłowego pilota szkoli
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
nie do oderwania od mroku
plemeniem
deszcz korbką malowany
wygrywa ten kto głębiej zapomina
w trakcie olśnienia w pasztecie
gigantyczny
harfa
żyrafy
gorliwa
potem dziecko jest już tylko na części
po dwóch sekundach
truchleje
moknie dziewczęca drużyna
żmija
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
drapieżny
idiota
w kropli
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
55 milionów lat świetlnych od nas
pająk
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
chuj odziedziczył naród
nie do oderwania od śmierci
w wylęgarni
głód
sprężyna
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
jak ślepy jest ten ślub
do mszy
w trakcie dochodzenia do blasku
szympanse przeglądają się w oknach
kura
melania trump odwiedza sierociniec
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
mgłą
ma sześć ramion
źle wbite
wiosłują
ciepły
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
wstręt podrywa mdłości na zupę
człowiek służy też do podlewania ziemi
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
małpa śpiewającą na drzewie
dziecko i narośl
z paniką
piach rozkwita
szczudeł tupot
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
siekierą
puszczyk zanurza się śniegu
szpak
skalpelem
tako rzeczą czamorro
nurek składany nikomu
w puszce
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
słoń na druty tyje
cytat nakręca mydło
ciało ma postać stróżki
porcje rozychylają się porcjom
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
umiejscowiona w gruczołach potowych
dialekt dzierżawi rolnika
okazało się że to prawda
czarna cykada chwyta się gałęzi
pędzi
temu winien
w drodze do po nic
twarzą ostemplowany
wyje
w swetrze
pięknieje
koza spoglądajaca na drzewo
zadziorna brzoza w miniówie
podrapana
sól
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
krzyk zarasta bulwary
drabina opiera się o ścianę
człowiek jest tym którym nie chce być
szczur
dziś to baśń bez dna
odra zabiła matkę
w szyfonowej sukni
nie do oderwania od pustki
pomachajcie tatusiowi
w banku
nerwicy
jak wyglądało prawdziwe życie
w lektyce chwili
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
na odludnej wyspie
brzmi
w postaci zakrzepów
inną postać tli się
muskularny zad
bez parasola
w trakcie przedrzeźniania mew
aorta brzuszna nieposzerzona
wartość tuczna i rzeźna
twarzą przez nos zakłada maskę
przewrócony
tęskni
panna młoda w rogu sali jeszcze
pęknięty
w podróży
ja to nikt w liczbie mnogiej
a początek nie ma końca
jego wysokość
wślizguje się
stąd że nie ma żadnego stąd
rywal wkłada tunel
bez kolców
o krok
bez oczu
olej na płótnie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
sól drgnęła mielony zawadził
bagnista ujada rzęsa
człowiek nie do oderwania od smyczy
zemdlał
w czerwonej pieczarze
w półmroku
pokrywka w bażancie stuka
koniec przebiega najpierw
do góry nogami
albo postać połamana
pokrzywie dłoń wyrasta
jak gęsty bywa
gryzie
w czeskiej wiosce
osioł zbankrutowanym kotem
błądzi
każda kobieta w cieście
pokrywka
pauzą dotknięte
żadnego teraz żadnego nigdy
węgorza
zręcznie
jest są bogiem zwyczajnie
mandolina zamiast wiosny
a ty do której masarni należysz?
wandale podlewają kwiatki
dla żartu
wilgotna
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
drogą polna
ubolewa
na tym polega wolność
przez trojańskie pola
albo postać już niepotrzebna
domysłem świat świeci
kochanek
włóczka podwórek
paryżanka
otoczony przez mywyje
szklany