żmija drapieżny

żmija
paryżanka
ma sześć ramion
w pluszowej oddali
krokodyl
albo postać nieważna
w drodze do po nic
w zakonie
szaleniec
po północnej stronie krateru schröter
brzmi
noc o krok do zatopienia
do zatopienia
kobra nacina przyjęcie
w neuronalnym metrze
sól drgnęła mielony zawadził
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
jeż
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
kominiarz
w kolorze ukrytym
55 milionów lat świetlnych od nas
aorta brzuszna nieposzerzona
to kruchość jest złotem
powiesiła się
albo postać na niebie
nacina
na schodach
larwa
wilgotna
światła krwią
sedno bez izolacji
na odwrót otulona
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
hotel kamienny scyzoryk
roztwór w lustrze nazwisko w naczyniu
snu
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
z niegojącą się raną pachwiny
czarne plamki na liściach klonowych
jak powiedzieć nie
nerwicy
but cebulowy nerwicy
a pan daleko?
ubolewa
w każdej postaci
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
u którego lęku mieszkasz?
od zarania
głęboka żmija
fiołkowy
tramwajem zarosłe
kominiarz bez ćwierci
bananów
rzesza wyjątek
na ludzi zakłada wnyki
pęknięty
stuka
jaśnieje
niepodłączony
idiota wyje pomidory
z ręką na sercu
obłok
w podmiejskiej kolejce
jego wysokość
ja to nikt w liczbie mnogiej
wyzwolony
poduszka bez falochronu
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
karaluch
śnieg wymiotuje
zemdlał
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
mydliny
mydło
koza spoglądajaca na drzewo
wydają się ślepo przecinać niebo
jakie pytanie taka krew
w trakcie przedrzeźniania mew
okɔliczności
policjant tęskni rzeczy jedzą
daleko mu do spiewu płetwali
skalpelem
albo postać nieprzewidziana
nieziemskiej urody
we śnie
z paniką
pięknieje
człowiek nie do oderwania od smyczy
odra zabiła matkę
sarna spotyka sarnę
wiatr ma tytuł czapka
ujada
otyłe
melania trump odwiedza sierociniec
księżyc zgasło
jałowy
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
siekierą
dziurawy
twarzą ostemplowany
w czeskiej wiosce
spod babiej góry
kosmos ma miejsce w lupie
niewyklepany przez otoczenie
proboszczem
moknie dziewczęca drużyna
szczur
jamnik tenorem urzędu
bez parasola
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
krótkochwiły
nim się pojawi
widelec
kobra
krwią
idiota
ojciec bez froterki
jest taki pociąg dlaczego
bez kolców
źle wbite
mandolina zamiast wiosny
nie do oderwania od pustki
w przybliżeniu nieistniejące
ze stali niepojętej
w jamie otrzewnej
modlitwą nażarte
i brak obojczyka
jedno jest pewne
to ślep stróż
krowa
zaśnieżonych
borówką
po dwóch sekundach
czarna cykada chwyta się gałęzi
krążąc wokół ziemi
samica już odbyta
mucha
w lektyce chwili
żyrafy
sową
w trakcie spryskiwania ran poplamioną metaforą
atleta gotowy na raka klapki
pilota
w halce
kura lepka kangur przewrócony władza drań
nurek składany nikomu
w garażu
nieruchomo
w miniówie
dziś to baśń bez dna
sąsiad
jeż czyha w zakonie
w kiełbasie
noc
pomidory
ambitna
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
byk
szyja inwazji krocze
huśtawka
kalarepa
ukłony
bagnista
ja do rzeźni jadę
bóg nie do oderwania od wszy
flanela
nie do oderwania od mroku
między muzyką a mózgiem
tonie
piracki balkon żąda pilota
węgorza
wstręt podrywa mdłości na zupę
świat nie do oderwania od wzroku
karaluch ciepły jabłkowy
innego ratunku nie ma
klawesyn praczki trup
obywatele istnieją by służyć państwu
stado ze słoniną na oczach
igła w oko puka
piła olbrzyma weryfikuje
w nosie
głaz bezgłowego pilota szkoli
wagonów
pyskaty
w wylęgarni kwiaty plują
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
płonie
chuj
tako rzeczą czamorro
głęboka
do góry nogami
dialekt dzierżawi rolnika
na tym polega wolność
domysłem świat świeci
larwa plemeniem podrapana
któremu stadu się kłaniasz?
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
szympanse przeglądają się w oknach
masło się stara
chuj odziedziczył naród
chwiliwarta
srebrnokulawy
jakie to piękne!
paznokieć
zdolne do niewysuwania wniosków
torpedą
porcelanowa strzelanina
z nor
powraca
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
pies ją dopadł
gryzie
425 mln lat temu
w banku
grad
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
huśtawka grad spisuje widok niepodłączony tuńczyk kaleka powraca
stopa bez kaleki
drogą polna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
zagląda matce pod majtki
żadnego teraz żadnego nigdy
po chwili grząskie
czas się w nas umówił z nikim
pomachajcie tatusiowi
potem dziecko jest już tylko na części
muskularny zad
do mądrości się przytrafia
słoń na druty tyje
twarzą przez nos zakłada maskę
zadziorna
czyha
w lustrze
olbrzymia
w masarni
albo postać połamana
z mułu wychodzą tysiące
o wieczność się napotyka
jabłonki wychodzą z nor
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
zamazana
stąpa
szpak
wyrasta
wiosłują
błękitny
w pomidorowej
pokrywka w bażancie stuka
ciemny
na tylnych łapach
na trzecim piętrze
wypełniony treścią ropną
słowa wdychają się przez inne
brzegiem i krwią
pokrzywie dłoń wyrasta
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
zawsze nas coś omija
tygrys
i inne niepodobne
olej na płótnie
głód
taczka do włosów
spadł w jej paszczę
jest nierozsłowny widnokrąg
udręka
patelnia wyglądająca jak żywa
tunel
chropowaty snu naszyjnik
głowa bez tacy
wygląda ze smoczej jamy
przemieszcza się
chmura
na południowy wschód od vöru
i szczypiące trawę jelenie
o prawidłowej echostrukturze
są światła widzialne i nie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
agrest pada
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
nagi bez klucza
błądzi
pięknie się wije
w czerwonej pieczarze
sława
pośród lodów arktyki
pauzą dotknięte
tenorem
kochanek
często uderzają w wysokie samotne obiekty
przez trojańskie pola
za miastem
szczerze
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
klacz
w trakcie podnoszenia głosu przez chińskie prowincje
sól
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
w studni
klapki
w galaretce rozsiadłe
i drobne konkrementy żółciowe
rzęsa
w postaci krzywej
pędzi
nieśmiały w studni szklany stój
armata czerwony poplątał zupę zielony
kwiaty plują
w trakcie obojętności
biegnie przez grząski jesienny las
pokryte meszkiem
mowa ciała sekunda
kakao
umiejscowiona w gruczołach potowych
ptak się kończy
gigantyczny
rybą
przysięga
plują
piłkarzy chorych na aids
leżał owad w locie
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
rakietą
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
wnikliwa
panna młoda w rogu sali jeszcze
burzy się jagnię zapina szelki
alpinista
skalpelem tajfun uważa na schodach
to najlepsza ochrona przed zarazą
musisz to zobaczyć
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
lotnisko
jak ślepy jest ten ślub
poranek
szczebiota mięso
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
nie wiadomo po co
rozsypane
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem
proszę zamknąć oczy gitarze
zjełczały
przemieszcza się kura olbrzyma
w powiększeniu
spadzisty poranek
w obcisłej spódnicy
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nienastrojony
dłuto autobusu
która jajowodem zmierza
wiadro
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
praca czyni kopią
albo postać odwrócona
nietknięty
przebiega
korniszon
do mszy
konduktor
jest są bogiem zwyczajnie
albo postać porzucona
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
miękka
znalazły dziewczynkę
biegnie
urągająca logiki intryga
nienasmarowane
wiatr
drzewa
puszczyk zanurza się śniegu
w trakcie oswajania się z terminem kwoka z okrutną litanią
taka jest sprawiedliwość
dziurawy fortepian widzi
marszałek
wchodzi
olbrzyma
drut posadził musztardę
naprawdę istnieją tylko mniemania
teofan grek maluje koronkowe majtki
ukryty w przymrozku
plemeniem
drabina opiera się o ścianę
okazało się że to prawda
podrapana
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
ślizgawek kolan gniazda ech czarnych
z turkusowym kamieniem
z gzymsu odpadłe
gdzie popadnie
z wętylowaną zmarszczką
uważa
w puszce
przez cały listopad
głód bez kolców
obsesji
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
o niej chmarzy ziemia
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
przyjęcie
w futrze
alpinista w futrze na antenie
kropla przerywa węgorza
łotr na apostole uchylając powiekę
w trakcie olśnienia w pasztecie
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
na połamanym krześle
olbrzymia broda torpedą
ciepły
zręcznie
kroczy
armata
szczudeł tupot
surowy
mgłą
osioł
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ze słoniną na oczach
obdarty kochanek żyrafy w swetrze mydliny uprawia
plemniki dojrzewają w najądrzach
łopatą rozdzielone
sylaby
drapieżny zemdlał tygrys
david attenborough poświadcza
rekin
w nikąd dorosły
odciskiem w duszy
małpa śpiewającą na drzewie
w łydkę ugryzione
kochanka
wygrywa ten kto głębiej zapomina
tęskni
jest są bogiem
w locie
statek
rycerz na koninie
proroczy
w hordzie
murzyn ma wiadro sylaby
albo postać do góry nogami
niewymyty przez wieki
zawadził
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w wylęgarni
obskurny celebryta śnieg wymiotuje
piwnica
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
roztwór
o ośmiu wargach
papieża
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
czym zbierać czas?
wysmukła
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
pokrywka
jej ciało oplatają węże
fryzura bez kierowcy
udaje
w naczyniu
otoczony przez mywyje
do straszenia umarłych
rywal wkłada tunel
drzewo
smród to marka gówna uśmiech człowieka
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
kto zdechnie wcześniej?
w milczenie zawinięte
wandale podlewają kwiatki
strumień lawy pochłania wszystko
następne jest portofino?
oraz żydowscy grabarze
być może
lufcikiem
sunie
przecięta
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
wyje
dozgonnie powleczony nadzieją
dzwonnica bez kałuży
żona zdradza swoją rolę
na antenie
tajfun
w półmroku
osioł zbankrutowanym kotem
i ukrył go w piasku
szpak w puszce wieczór nietknięty
blizna
w podróży
mapa bez środka
w postaci zakrzepów
zaciska oczu kleszcze
sprężyna
w przebraniu
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
tak rozpoczyna się powieść obfitująca
włóczka podwórek
albo postać już niepotrzebna
otwór
albrecht dürer płynie na zelandię
wagonów widelec w pobliżu błądzi
a początek nie ma końca
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
deszcz korbką malowany
oczodołami
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
gdzie jest dżem?
ciemniejący w światło
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
dla żartu
cebulowy
policjant
widząc że nie ma nikogo
w rzeczywistości
pod wpływem oczywistego cudu
wślizguje się
ciało ma postać stróżki
temu winien
i wszystkie noże posmarowane jodyną
również wystaje z każdej rzeczy
jabłonki
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
harfa
kotem
morze karłów przewozi oliwa
obłok płynie utonąć
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w kolejce do ścięcia
w wilczurze
obdarty
najeżony
kura
dotyka
w swetrze
piach rozkwita
w szyfonowej sukni
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
stąd że nie ma żadnego stąd
parasol
gumowy
cytat nakręca mydło
bez oczu
dziecko i narośl
nie do oderwania od wzroku
do wygniatania marzeń
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
na odludnej wyspie
człowiek służy też do podlewania ziemi
zawiedziony
w postaci ulewy
prześcieradło się po nim lepi
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w klatce
w porządku własnym
mielony
w kropce dojrzewające
pyskaty krucyfiks
wartość tuczna i rzeźna
jak wyglądało prawdziwe życie
szklany
zadziorna brzoza w miniówie
igła
obraduje
a ty do której masarni należysz?
o krok
w postaci rosy
w popegeerowskim pałacu
truchleje
jak to się stało
światła
oby bozia dał
chodziłam po tamtym świecie
cyna pościeli
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym fikołkiem właśnie
każdy się rodzi we własnej przepaści
snu muszlo nasza
koniec przebiega najpierw
jak gęsty bywa
chciałabym umrzeć
blizna dokonuje osoby
przewrócony
życie to nic z tych rzeczy
drzewo bez kapelusza
głaz
inną postać tli się
gorliwa
kangur
bagnista ujada rzęsa
w domu schadzek
wyprostowany bez odpowiedzi
ręka sunie po udzie
kreda rozpala warzywa
albo postać rozlana
w cenie
nie do oderwania od śmierci
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
zwany srogim
pająk
nie do oderwania od szczęścia
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w gardle
55 milionów lat świetlnych od nas błądzi rakietą kominiarz
porcje rozychylają się porcjom
los się wynurza w falbankach
potwór przysięga obsesji
każda kobieta w cieście
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
wczesnopierzasta
drzewo jaśnieje ojciec łka błękitny mocz
w uśmiechu poręcznym
w kropli
i co dalej?
czereśnie z tłumanami
jego ptaszek nigdy nie twardnieje
człowiek jest tym którym nie chce być
krzyk zarasta bulwary
trzustka prawidłowej wielkości
śpiewa zabita pluskiewką
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
w czasie wytrysku
następny akt ślepni
drapieżny