bóg nie do oderwania od wszy
wiatr wspina się na lipę
w miniówie
rozbryzgując kałuże
albo postać nieważna
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
huśtawka
śnieg wymiotuje
w postaci rosy
ukryty w przymrozku
nasz adres:
płatki bez odpowiedzi
w części wetknięta
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
popękane ważki
w kolorze ukrytym
szpak w puszce wieczór nietknięty
chuj odziedziczył naród
jakie pytanie taka krew
twarzą ostemplowany
słowa wdychają się przez inne
burzy się jagnię zapina szelki
mgłą
samiec karuzeli
albo postać rozlana
przegryziony
za pomocą gdyby
powraca na ojczyzny łono
a pan daleko?
pokryte meszkiem bękarta
igła w oko puka
w obcisłej spódnicy
piła olbrzyma weryfikuje
wilgotna
chichoczą konwalie
tramwajem zarosłe
jest taki pociąg dlaczego
pełznie
człowiek służy też do podlewania ziemi
czas spierdala przez odludzie w tłumie
pokrzywie dłoń wyrasta
w locie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
szklany
ociężałe maliny
najeżony
drzewo bez kapelusza
otruta
żeglarze prasują morza
zamazana
proszę zamknąć oczy gitarze
biegnie
snu muszlo nasza
sprężyna
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
albrecht dürer płynie na zelandię
szorstki
i bez kropki
w milczenie zawinięte
rzęsa
w klatce
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
klacz
jakie to piękne!
dążąc do doskonałości
z ręką na sercu
konduktor
samica pomidorowej
w trakcie przedrzeźniania mew
bez końca panna włosie
proboszczem
cieniów poutrącanych – 4
w krzywdzie zbyt kusej
w drodze do po nic
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
wandale podlewają kwiatki
karaluch
5 piąstek raju
w przebłysku samotności
w słodycz upadła
o ośmiu wargach
mruga pogrzebacz
motyl w postaci cielska
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
w studni
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w nikąd dorosły
siekierą
dialekt dzierżawi rolnika
twarzowa rozpacz
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
w niemowlę zapatrzona
karaluch ciepły jabłkowy
w nadzieję rozsypane
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
w bezzwiewnych intencjach
nurek składany nikomu
zręcznie tonie
oczodołami
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
albo postać odwrócona
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
ręka sunie po udzie
albo postać porzucona
po 17 latach życia pod ziemią
śniegiem przybita
czyha
przemieszcza się kura olbrzyma
chodziłam po tamtym świecie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w futrze
księżyc zgasło
olbrzyma
każda rzecz jest żadna
płonie
w porządku własnym
fiołkowy
piorun bez spojrzenia
dlatego że nie ma żadnego dlatego
kosmos ma miejsce w lupie
kropla przerywa węgorza
gigantyczny
bagnista ujada rzęsa
albo postać na niebie
leżał owad w locie
jamnik tenorem urzędu
srebrnokulawy
i inne niepodobne
w przybliżeniu nieistniejące
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
człowiek nie do oderwania od smyczy
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
modlitwą nażarte
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jeż czyha w zakonie
ciemniejący w światło
idź za nim
w trakcie nienastępowania

włóczka podwórek
fryzura bez kierowcy
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
albo postać nieprzewidziana
piegiem pochwalony
kropla od mroku
rekin lat temu
ςɔ
wielkości za późno
gęsta
but cebulowy nerwicy
obdarty
krawiec w postaci ulewy
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
albo postać już niepotrzebna
niepodłączony
głębokości około 2 metrów
david attenborough poświadcza
wylękniona radość
pozłacane świnie
dźwig do suszenia sutann
jedno jest pewne
kobra nacina przyjęcie
deszcz korbką malowany
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
tako rzeczą czamorro
krzyk zarasta bulwary
wielkości niezapisanej myśli
długości około 15 metrów
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
na połamanym krześle
szczudeł tupot
grad
idiota wyje pomidory
cudownie wąski
głaz bezgłowego pilota szkoli
porcelanowa trwoga
o niej chmarzy ziemia
albo postać do góry nogami
dłuto autobusu flanela
jabłonki
niechcąco powabne
sową
mielony
ja do rzeźni jadę
jabłonki wychodzą z nor
na skale posadzona
stąd że nie ma żadnego stąd
dziurawy fortepian widzi
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
cyrklem zainfekowana
dzwonnica bez kałuży
data złomowania nie znana
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
kakao
drapieżny zemdlał tygrys
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
początek świata jest wszędzie
kwiaty plują
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
albo postać podarta
piach rozkwita
wiosłują
ukłony
torpedą
rycerz na koninie
jakoś idzie dorsz w torbie
żyrafy
istnienie jest słowem
prześcieradło się po nim lepi