człowiek nie do oderwania od smyczy
rekin lat temu
w przebłysku samotności
jeż czyha w zakonie
ukłony
ukryty w przymrozku
oczodołami
w nadzieję rozsypane
w krzywdzie zbyt kusej
o ośmiu wargach
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
jakoś idzie dorsz w torbie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
żyrafy
ςɔ
przemieszcza się kura olbrzyma
kosmos ma miejsce w lupie
albo postać rozlana
burzy się jagnię zapina szelki
w porządku własnym
księżyc zgasło
w drodze do po nic
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
wiatr wspina się na lipę
fiołkowy
dążąc do doskonałości
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
stąd że nie ma żadnego stąd
ja do rzeźni jadę
klacz
śniegiem przybita
drapieżny zemdlał tygrys
początek świata jest wszędzie
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
kropla od mroku
bez końca panna włosie
jakie pytanie taka krew
pokryte meszkiem bękarta
wandale podlewają kwiatki
karaluch
wylękniona radość
grad
niechcąco powabne
w niemowlę zapatrzona
płonie
nurek składany nikomu
niepodłączony
w bezzwiewnych intencjach
data złomowania nie znana
bagnista ujada rzęsa
idź za nim
śnieg wymiotuje
chuj odziedziczył naród
dziurawy fortepian widzi
czas spierdala przez odludzie w tłumie
biegnie
przegryziony
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
albrecht dürer płynie na zelandię
w części wetknięta
każda rzecz jest żadna
obdarty
czyha
kropla przerywa węgorza
jakie to piękne!
w trakcie nienastępowania
człowiek służy też do podlewania ziemi
głębokości około 2 metrów
sprężyna
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
i bez kropki
albo postać na niebie
w miniówie
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
w studni
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
płatki bez odpowiedzi
samica pomidorowej
chichoczą konwalie
żeglarze prasują morza
długości około 15 metrów
dzwonnica bez kałuży
z ręką na sercu
pokrzywie dłoń wyrasta
olbrzyma
o niej chmarzy ziemia
kakao
a pan daleko?
na połamanym krześle
w słodycz upadła
otruta
włóczka podwórek
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
wiosłują
głaz bezgłowego pilota szkoli
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
w obcisłej spódnicy
twarzą ostemplowany
porcelanowa trwoga
albo postać porzucona
ręka sunie po udzie
powraca na ojczyzny łono
sową
huśtawka
wielkości niezapisanej myśli
proszę zamknąć oczy gitarze
kobra nacina przyjęcie
piegiem pochwalony
albo postać nieważna
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
mielony
najeżony
prześcieradło się po nim lepi
tako rzeczą czamorro
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
za pomocą gdyby
drzewo bez kapelusza
jest taki pociąg dlaczego
w klatce
w locie
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
chodziłam po tamtym świecie
w przybliżeniu nieistniejące
albo postać już niepotrzebna
konduktor
twarzowa rozpacz
ociężałe maliny
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
srebrnokulawy
idiota wyje pomidory
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
dźwig do suszenia sutann
motyl w postaci cielska
szpak w puszce wieczór nietknięty
pełznie
w milczenie zawinięte
kwiaty plują
piach rozkwita
szorstki
krawiec w postaci ulewy
albo postać podarta
rozbryzgując kałuże
w futrze
w kolorze ukrytym
krzyk zarasta bulwary
albo postać nieprzewidziana
słowa wdychają się przez inne
mgłą
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
po 17 latach życia pod ziemią
rzęsa
samiec karuzeli
jamnik tenorem urzędu
szczudeł tupot
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
dlatego że nie ma żadnego dlatego
gęsta
karaluch ciepły jabłkowy
zręcznie tonie
wilgotna
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
igła w oko puka
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
dłuto autobusu flanela
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
albo postać odwrócona
nasz adres:
leżał owad w locie
jabłonki wychodzą z nor
david attenborough poświadcza
gigantyczny
cieniów poutrącanych – 4
cyrklem zainfekowana
w postaci rosy
popękane ważki
pozłacane świnie
istnienie jest słowem
ciemniejący w światło
5 piąstek raju
jedno jest pewne
na skale posadzona
torpedą
snu muszlo nasza
deszcz korbką malowany
dialekt dzierżawi rolnika
i inne niepodobne
szklany
bóg nie do oderwania od wszy
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
tramwajem zarosłe
w trakcie przedrzeźniania mew
w nikąd dorosły
mruga pogrzebacz
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
jabłonki
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo

zamazana
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
cudownie wąski
but cebulowy nerwicy
proboszczem
fryzura bez kierowcy
wielkości za późno
siekierą
piła olbrzyma weryfikuje
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
modlitwą nażarte
rycerz na koninie
albo postać do góry nogami