gigantyczny
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
słowa wdychają się przez inne
tako rzeczą czamorro
burzy się jagnię zapina szelki
czas spierdala przez odludzie w tłumie
data złomowania nie znana
otruta
pokrzywie dłoń wyrasta
w kolorze ukrytym
w trakcie przedrzeźniania mew
głębokości około 2 metrów
nasz adres:
twarzowa rozpacz
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
albo postać odwrócona
o ośmiu wargach
piegiem pochwalony
idiota wyje pomidory
david attenborough poświadcza
biegnie
z ręką na sercu
niechcąco powabne
powraca na ojczyzny łono
grad
popękane ważki
motyl w postaci cielska
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
śnieg wymiotuje
jakoś idzie dorsz w torbie
jest taki pociąg dlaczego
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
kakao
irlich bron. z córką i boną żona dr. w-wa
dążąc do doskonałości
jabłonki wychodzą z nor
albo postać nieważna
ja do rzeźni jadę
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
w klatce
ręka sunie po udzie
rzęsa
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
płatki bez odpowiedzi
w bezzwiewnych intencjach
istnienie jest słowem
w obcisłej spódnicy
wiatr wspina się na lipę
klacz
człowiek służy też do podlewania ziemi
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
ςɔ
albo postać na niebie
szpak w puszce wieczór nietknięty
dzwonnica bez kałuży
mielony
najeżony
huśtawka
mruga pogrzebacz
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy

kwiaty plują
krawiec w postaci ulewy
przemieszcza się kura olbrzyma
konduktor
w nikąd dorosły
dlatego że nie ma żadnego dlatego
tramwajem zarosłe
srebrnokulawy
kobra nacina przyjęcie
oczodołami
wielkości niezapisanej myśli
jamnik tenorem urzędu
chichoczą konwalie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
na połamanym krześle
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
rozbryzgując kałuże
każda rzecz jest żadna
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
bez końca panna włosie
żyrafy
w drodze do po nic
twarzą ostemplowany
zręcznie tonie
karaluch
sową
jabłonki
ciemniejący w światło
szczudeł tupot
a pan daleko?
deszcz korbką malowany
stąd że nie ma żadnego stąd
przegryziony
albo postać rozlana
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
kropla przerywa węgorza
za pomocą gdyby
chuj odziedziczył naród
w porządku własnym
i inne niepodobne
ukłony
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
5 piąstek raju
fryzura bez kierowcy
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
śniegiem przybita
w futrze
dźwig do suszenia sutann
kropla od mroku
albo postać do góry nogami
but cebulowy nerwicy
wielkości za późno
mgłą
ociężałe maliny
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
w postaci rosy
karaluch ciepły jabłkowy
wandale podlewają kwiatki
wylękniona radość
wiosłują
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
samica pomidorowej
jakie to piękne!
jakie pytanie taka krew
cudownie wąski
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
porcelanowa trwoga
fiołkowy
niepodłączony
żeglarze prasują morza
w części wetknięta
w nadzieję rozsypane
albo postać podarta
człowiek nie do oderwania od smyczy
wilgotna
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
rycerz na koninie
siekierą
leżał owad w locie
proszę zamknąć oczy gitarze
albo postać porzucona
idź za nim
długości około 15 metrów
na pustą arenę w kordobie wpada byk
piach rozkwita
szklany
jeż czyha w zakonie
krzyk zarasta bulwary
jedno jest pewne
w miniówie
w trakcie nienastępowania
prześcieradło się po nim lepi
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
proboszczem
w locie
albo postać nieprzewidziana
płonie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w przebłysku samotności
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
w milczenie zawinięte
bagnista ujada rzęsa
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
włóczka podwórek
szorstki
chodziłam po tamtym świecie
głaz bezgłowego pilota szkoli
zamazana
pełznie
w słodycz upadła
bóg nie do oderwania od wszy
samiec karuzeli
rekin lat temu
księżyc zgasło
gęsta
w studni
albrecht dürer płynie na zelandię
cieniów poutrącanych – 4
olbrzyma
w krzywdzie zbyt kusej
piła olbrzyma weryfikuje
i bez kropki
cyrklem zainfekowana
igła w oko puka
nurek składany nikomu
w niemowlę zapatrzona
obdarty
drapieżny zemdlał tygrys
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
dziurawy fortepian widzi
początek świata jest wszędzie
kosmos ma miejsce w lupie
dłuto autobusu flanela
sprężyna
na skale posadzona
dialekt dzierżawi rolnika
drzewo bez kapelusza
o niej chmarzy ziemia
w przybliżeniu nieistniejące
ukryty w przymrozku
albo postać już niepotrzebna
pozłacane świnie
pokryte meszkiem bękarta
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
torpedą
snu muszlo nasza
modlitwą nażarte
czyha